Poznaj naszą Rodzinę

Odkąd tylko pamiętam chciałam mieć psa 🐶🐕 Najlepszego przyjaciela, który spałby ze mną w łóżku, pocieszał w gorszych momentach życia, wyprowadzał na fajne spacery i bezinteresownie kochał mnie taką jaka jestem. Na spełnienie tego marzenia przyszło mi czekać wiele lat, ale wreszcie przyszedł dzień, gdy stało się to możliwe.

Niewinne początki naszej sfory 🐶❤🐕

Leonek – mój kochany „pierworodny synuś” 🙂 To była miłość od pierwszej pogryzionej sznurówki 🙂 Wraz z siedmiorgiem swojego rodzeństwa przyszedł na świat we wspaniałej, domowej hodowli „Uszata Sfora”. Gdy pieski miały 4 tygodnie, pojechałam z wizytą by poznać szczeniaczki i… wtedy przepadłam ❤❤❤

Zanim zabrałam Leosia do domu musiałam jeszcze odczekać kilka tygodni, ale kiedy tylko mogłam odwiedzałam maluszki i obserwowałam jak mój Leoś rośnie. Dosłownie odliczałam dni by móc zabrać go do siebie. No sami zobaczcie – jak  tu się nie zakochać?

Ile ten mały szkrab dał mi popalić za młodu, to tylko nieliczni wiedzą 🙂 Nieprzespane noce, obgryzione meble, podrapane drzwi, wybuchające legowiska, czy zasikane dywany…  To wszystko nic w porównaniu do ogromnej ilości szczęścia i miłości, którą od tego malucha dostałam. W trudnym momencie mojego życia to właśnie Leonek był moim największym pocieszycielem. Powiercą sekretów, wiernym towarzyszem wybaczającym wszystkie moje błędy. A potem… osobiście wyszukał sobie najlepszego Tatusia (serio!) i to w sumie dzięki niemu jesteśmy dziś Rodziną 😉

Skąd wziął się pomysł na drugiego psa 🐕 ? 

Przez pierwsze trzy latka swojego życia Leonek był jedynakiem. Widzieliśmy jednak z Łukaszem jak bardzo lgnie do innych piesków i jak bardzo nie lubi zostawać sam w domu. Pewnego razu podjęliśmy decyzję o opiece nad suczką przyjaciół, też beagielką, na czas ich wyjazdu do Japonii. To był szalony miesiąc, pełen beaglowego szczęścia, zabaw i wspaniałych wspólnych wycieczek.

Miesiąc minął bardzo szybko, a my widzieliśmy jak smutny był Leonek, gdy Indii wróciła do swojego domu. Nam też brakowało drugiego merdającego ogonka i mokrego noska do całowania.

To właśnie wtedy zapadła decyzja o adopcji drugiego psa. Dlaczego o adopcji, a nie o kupnie? Bo chcieliśmy odmienić życie choć jednego bezdomnego stworzenia. Zresztą nie marzyliśmy wtedy o pachnącym szczeniaczku, wręcz przeciwnie – chcieliśmy odchowanego, dorosłego psa, który zapewniłby Leosiowi towarzystwo, a nam dodatkowa dawkę bezwarunkowej miłości.  I tak na poszukiwaniu odpowiedniego psiaka minęło nam kilka dobrych miesięcy, aż któregoś razu wreszcie zobaczyłam JĄ 🐶❤❤

Moja piękna dziewczynka – Bella 😍

Bella (wtedy Sierra) została uratowana przez Stowarzyszenie „SOS Beagle” przed wyjazdem na eksperymenty do Niemiec. Tłuściutka, troszkę zaniedbana, ale dla nas najpiękniejsza, idealna ❤❤❤ Nieważne było wtedy ile ma lat, zresztą nikt nie mógł nam tego z całą pewnością określić. Nasza decyzja zapadła bardzo szybko. Wypełniliśmy ankietę, przeszliśmy wizytę przedadopcyjną i klamka zapadła. Wreszcie naszedł ten dzień, gdy pojechaliśmy po Bellę do podwarszawskich Janek i zabraliśmy ją do DOMU.

Belcia szybko okazała się być typem kierowniczki 😉 Od początku, drobnymi kroczkami przejmowała władzę w domu. To opanowana suczka z dużym dystansem do otaczającego ją świata. Jej największym hobby jest oczywiście jedzenie 😉 Nie ma szans, by zjeść choć plasterek sałaty bez jej wiernej asysty, a kroki w pobliżu kuchni obudzą ją z najtwardszego snu. Zresztą ulubione miejsce Bellusi do spania od pierwszego dnia w naszym domu znajduje się tuż pod lodówką 😉

Razem z Leonkiem szybko zaczęła tworzyć świetny zaczepno-obronny team, w którym to Leon zaczepia a Bella go broni 🙂 No rodzeństwo idealne i absolutnie nierozłączne 😁 Od początku KAŻDĄ chwilę spędzali razem i naprawdę bardzo się pokochali ❤

Przez ponad cztery lata żyliśmy w takiej równowadze – dwa człowieki 🧍‍♀️🧍‍♂️ i dwa psy 🐶🐶  To zestawienie wydawało się być dla nas idealne. Na spacerach Łukasz prowadził tryskającego energią Leonka, a ja spokojną i opanowaną Belleczkę. Żaden problem. Nawet wyjście w pojedynkę z dwoma psami nie było jakieś kłopotliwe- mamy przecież po dwie ręce, dawaliśmy radę 🙂

Trzy psy – poziom level hard 🙂

Czasem któreś z nas, śledząc stronę Stowarzyszenia SOS Beagle na facebooku natknęło się na ogłoszenie o piesku, na myśl o którym troszkę mocniej zabiło serducho. Nie traktowaliśmy jednak poważnie możliwości posiadania kolejnego zwierzaka, do momentu jak nie zobaczyliśmy TEGO ZDJĘCIA.

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Ogromny smutek i mnóstwo wylanych łez nad losem tego staruszka. W wieku 13 lat został sam po śmierci swojej opiekunki. Bigi, Bigulec, Bigosik 💞 od razu skradł mi serce. Czułam, że on po prostu musi być mój ‼ Łukasza na szczęście nie trzeba było specjalnie namawiać i jeszcze tego samego dnia wykonaliśmy telefon w jego sprawie. Nie było dla nas ważne, że to pies, który z racji wieku ma swoje zdrowotne problemy. Nie martwiliśmy się też tym, że będziemy musieli zrezygnować z pewnych swoich przyzwyczajeń. Wtedy ważne było tylko to, by jak najszybciej zabrać tego biedaka do naszego DOMU. Choć asekuracyjnie mówiliśmy, że bierzemy go na tymczas, to od początku wiedzieliśmy,  że nie ma takiej opcji, że go komuś oddamy 🙂

Początki były dość trudne. Podejmując decyzję nie myśleliśmy za wiele o tym, że mamy już w domu jednego dorosłego samca i że psiaki mogą się po prostu nie polubić. Na początku było sporo kłótni między Bigim i Leonkiem, również takich, gdy musieliśmy tych łobuzów rozdzielać. Tylko Bella jak zwykle olała sprawę i udawała, że nie zauważa żadnej zmiany. Bigosa traktowała jak powietrze, no chyba, że kręcił się za blisko kuchni – wtedy ustawiała go do kąta tak samo jak robiła kilka lat wcześniej z Leonkiem 🙂 Kuchnia to przecież jej rewir i obcych do niej nie dopuszcza 🙂

Wszystko zmieniło się już po kilku dniach podczas naszego wspólnego wyjazdu w Góry Stołowe. Spędziliśmy wtedy trzy dni w fajnym domku z ogródkiem, gdzie nasza ekipa mogła się poznać i zakumplować na neutralnym gruncie. I wiecie co? Tam stał się CUD i chłopaki po prostu się dogadały 💓

Gdy wracaliśmy byliśmy już pewni, że Bigosik idealnie pasuje do naszej Rodziny. I choć drobne afery między chłopakami nadal się czasem zdarzają, to nie mamy żadnych wątpliwości, że oni wszyscy naprawdę się mocno kochają. Ba! Okazało się nawet, że SAMA potrafię wyprowadzić trzy psy jednocześnie 🙃 I choć czasem wygląda to pewnie mega komicznie, gdy każdy chce iść w swoją stronę, a ja robię dziwne akrobacje przeskakując i kręcąc się wokół tych trzech smyczy  🤣, to co mi tam! Dzisiaj jestem przekonana, że adopcja tego dziadziusia, to było najlepsze co nas w ubiegłym roku mogło spotkać 😀 A ten słodki widok poniżej tylko to potwierdza 🙂

#niekupujadoptuj

Piszę to ja, choć pierwszego psa kupiłam prosto z hodowli, wybierając pomiędzy szczeniaczkami jak w ulęgałkach. Piszę to, bo adoptując psa masz szansę odmienić, a nawet uratować jakieś psie życie! I gwarantuję, że sam poczujesz się dzięki temu jak superbohater, zyskując przy tym najwierniejszego przyjaciela. A jeśli choć jedna z czytających ten tekst osób zdecyduje się na ten krok, to wtedy uznam, że warto było to napisać. Bo tak naprawdę, ten post miał być o czymś innym, a wyszło… prosto z serca!

Kochani - bądźcie zdrowi w tym trudnym dla nas wszystkich czasie. Trzymamy kciuki (i łapki), byśmy wszyscy niebawem mogli wrócić na szlak. Jeszcze niejedna podróż przed nami! A tymczasem prosimy- uważajcie na siebie i swoich bliskich! 

Wenecja – z psem czy bez psa?

Czy podróż do Wenecji z psem jest dobrym pomysłem?

Pomysł zwiedzenia Wenecji pojawił się w mojej głowie spontanicznie, podczas szukania fajnego miejsca na stopover w podróży powrotnej z Toskanii. Wcześniej nigdy na poważnie nie rozważałam wizyty w tym mieście, ale bliska okolica Wenecji wydała mi się nagle całkiem atrakcyjnym punktem na nocleg.  Długo zastanawiałam się, czy to aby na pewno ma jakikolwiek sens. Przeczytałam dziesiątki wpisów w necie na ten temat i… moje uczucia były mocno mieszane. Generalnie – Ci, którzy byli tam z psem i tak raczej nie wypowiadali się entuzjastycznie. Opinie krążą takie, że niby da się, ale chyba raczej nie warto… Koniec końców – postanowiliśmy mimo wszystko podjąć wyzwanie i zmierzyć się z Wenecją na czterech, a właściwie ośmiu łapkach. No i nie taki diabeł straszny, jak się okazuje 🙂

Punta Sabbioni – idealny punkt wypadowy

Do dyspozycji mieliśmy dwie noce, więc jeden pełny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie słynnego miasta na wodzie. Na nocleg wybraliśmy bliską okolicę Punta Sabbioni i jest to naszym zdaniem idealna baza wypadowa. Okolica szczyci się długimi, piaszczystymi plażami, a ceny są nawet kilka razy niższe niż w samej Wenecji. Teren jest mocno zagospodarowany turystycznie, a wybrzeże pełne ośrodków wypoczynkowych i campingów. Znajdujemy przyzwoity nocleg w jednym z nich (dla zainteresowanych wklejam link ). Pieski przyjmowane są tu za opłatą 5 euro za szt/noc 🙂 Szczerze polecamy. Tym bardziej, że w drugiej połowie września była tu totalna cisza i spokój.

Z Punta Sabbioni, pod sam Plac Św. Marka, kursują weneckie tramwaje wodne, czyli vaporetto. Podróż zajmuje ok. 30 min, a widok Wenecji z perspektywy wody na pewno na długo pozostanie w Twojej pamięci. Punta Sabbioni to też doskonałe miejsce wypadowe do zwiedzania pozostałych wysepek Laguny Weneckiej. Koniecznie polecam Ci zajrzeć przynajmniej na wyspę Murano i kolorowe Burano 🙂 Tym bardziej, że kupując bilet na vaporetto można wybrać opcję 24-godzinną. Koszt to 20 euro, a wydatek zwraca się już przy trzecim kursie. Z dobrych informacji – pieski pływają za free. Dla psa należy mieć kaganiec, ale ani razu nie kazali nam go zakładać.

Co musisz wiedzieć przed wyjazdem?

Przyznaję, że nienawidzimy tłumów. Przeciskanie się między tysiącem innych turystów to dla nas istna droga przez mękę. Na całe szczęście dla nas to jednak większa trauma, niż dla naszych Futrzaków. One są zupełnie bezproblemowe – cierpliwie dają się głaskać obcym, a nawet pozują im do zdjęć. Potrafią zasnąć pod nogami nieznanych im ludzi, traktując ich buty jak poduszkę. Nie boją się nowych miejsc, nieznanych dźwięków, obcych zapachów. Jak przystało na psy myśliwskie – są wszystkiego ciekawe i wszystko koniecznie muszą obwąchać. No i obsikać 🙂 I tu może pojawić się pewien problem…

Pamiętaj, że Wenecja jest właściwie cała zabetonowana. Na próżno tu szukać jakiś placów czy trawników. Między uliczkami należy rozglądać się za wystającymi drzewami, by psiaki mogły na bieżąco załatwiać swoje potrzeby. Naszym na szczęście wystarczy jedno drzewko, a Bella to nawet nic sobie nie robi z siusiania na środku chodnika. Kilka kropelek, teren zaznaczony i pies szczęśliwy. Jeśli masz powody sądzić, że Twój pupil będzie miał problemy, by w takich warunkach załatwiać fizjologiczne potrzeby – dobrze się zastanów, czy na pewno powinieneś jechać z nim do Wenecji.

A czy jest jakiś sposób, by uniknąć tłumów w tym mieście?

1. Nigdy, przenigdy nie jedź do Wenecji z psem w szczycie sezonu!

Bez psa zresztą też sobie daruj. Choć to trochę trudne, bo na Wenecję jest chyba zawsze sezon… Tam zawsze są turyści, ale poza wakacjami z pewnością jest ich nieco mniej. O ile to możliwe do zorganizowania – nie jedź w weekend, tylko w tygodniu. Liczba turystów powinna być wtedy nieco mniejsza. My byliśmy w sobotę i vaporetto dosłownie pękało w szwach. No i najważniejsze – koniecznie unikaj upalnych dni, bo zarówno Ty jak i Twój pies będziecie się tylko męczyć!

2. Odwiedź Wenecję wcześnie rano.

Z Punta Sabbioni pierwsze vaporetto odpływa już bladym świtem.  Szczegółowy rozkład jazdy wszystkich połączeń znajdziecie na stronie przewoźnika ACTV. My wybraliśmy drugi bezpośredni kurs linii nr 15 i ok. godziny 7:30 byliśmy już w Wenecji. To był świetny wybór! Na Placu św. Marka było jeszcze pusto. Kawiarnie, sklepiki i inne punkty usługowe dopiero przygotowywały się do otwarcia. Zobaczyć jak to niesamowite miasto dopiero budzi się do życia – bezcenne 🙂

3. Wyrzuć mapę !

Jeśli chcesz cieszyć się Wenecją tylko dla siebie – zapomnij o najbardziej popularnych uliczkach. Skręć w inną stronę niż pozostała rzesza turystów i złap oddech. Zrób to nie tylko dla swojego psa, ale przede wszystkim dla siebie. Zobaczysz – Wenecja zaskakuje i zachwyca na każdym rogu. Czy nie lepiej cieszyć się tym w samotności, poza utartymi ścieżkami, którymi pomykają tłumy spacerowiczów?

4. Odwiedź Murano.

By się tu dostać musieliśmy spędzić kilkanaście minut w zatłoczonym tramwaju wodnym. My jakoś przeżyliśmy, a Futrzaki wyglądały, jakby tego tłoku zupełnie nie zauważały. Poszły spać, mając wszystko w tylnej części ciała 🙂

Murano to wyspa, która słynie głownie z produkowanego tu od wieków dmuchanego szkła. Szklane wyroby sprzedawane są tu niemal w każdym sklepiku, a ceny potrafią naprawdę przyprawić o zawrót głowy. I choć nie jest to najpiękniejsze miejsce na Lagunie Weneckiej, to jednak warto tu wpaść choć na chwilę. Choćby po to, by zobaczyć ukryte w zakamarkach miasta niepowtarzalne szklane rzeźby. Spacerowanie pomiędzy kanałami w poszukiwaniu kolejnych arcydzieł jest niezwykle przyjemne. O ile nie chce Ci się właśnie siku…

5. Koniecznie wpadnij też na Burano!

Twój pies Ci za to podziękuje! Tuż obok portu znajdziesz tu zielony skwer, gdzie można ukryć się w cieniu drzew, rozłożyć kocyk i zapomnieć na chwilkę o wybetonowanej Wenecji.

Wyspa jest niezwykle urocza i tworzy mega pozytywne wrażenie. Wszystko to za sprawą różnokolorowych domów, które przepięknie prezentują się na tle kanałów, odbijając w wodzie swoje fasady.  Coś pięknego! Nie ma się co dziwić, że przyciąga to turystów jak prawdziwy magnes.

Burano znane jest również z koronek, podobnych do tych, które można spotkać w Koniakowie. Przy odrobinie szczęścia możesz spotkać gospodynie, wyszywające koronkowe arcydzieła pod swoimi domami 😉 Bosssko 🙂

To w końcu warto, czy nie warto brać psa do Wenecji?

Na to pytanie nie ma niestety jednej odpowiedzi. To ty znasz swojego psa najlepiej i to Ty będziesz musiał podjąć decyzję. My taki wypad chętnie byśmy powtórzyli, ale zdecydowanie wybralibyśmy inną porę roku. Wydaje mi się, że wczesna wiosna mogłaby być idealnym momentem na wizytę w tych okolicach.

A może Twój pies był już z Tobą w Wenecji i masz zupełnie inne doświadczenia? Koniecznie daj znać w komentarzu.

Do zobaczenia gdzieś na trasie! 

 

 

Beskid Żywiecki – Pilsko 1557 m n.p.m.

BURZOWE PROGNOZY POGODY

Burza w górach to naprawdę nic fajnego. Nie chodzimy po górach od wczoraj i już kilka razy przeżyliśmy taką konkretną. Za którymś tam razem przestałam się łudzić, że „może przejdzie bokiem”. Przed wyjściem w góry zawsze sprawdzam radary burzowe, które zwykle mnie nie zawodzą. Nie ryzykuję. Czasem lepiej zmienić plany, co w obliczu tegorocznych wydarzeń na Giewoncie, polecam rozważyć każdemu. Zdrowie i życie jest zdecydowanie zbyt cenne, by je tak głupio stracić.

Do rzeczy. Plan na ten dzień mieliśmy zupełnie inny. Rano, gdy Łukasz pakował plecaki, ja postanowiłam ponownie sprawdzić pogodę. No i całe szczęście, bo w prognozach pojawiły się burze już w okolicach godzin południowych. Szybko postanowiliśmy zatem dostosować swoje plany do niepewnej pogody. Zamiast całodziennej wędrówki po graniach, wybieramy trasę, która prowadzi w pobliżu górskiego schroniska.

Szybka decyzja – jedziemy na Pilsko.

Pilsko to drugi pod względem wysokości (zaraz po Babiej Górze) beskidzki szczyt. Od lat zresztą bardzo przez nas lubiany. Ostatnio, dokładnie taką samą pętelkę jaką mamy dziś w planie, przeszliśmy ze dwa lata temu. Uznaliśmy, że to świetna okazja by wrócić w te rejony. Tym bardziej, że nieco poniżej szczytu funkcjonuje duże schronisko, w którym w razie załamania pogody będziemy mogli przeczekać.

kORBIELÓW – GRANICA ZE SŁOWACJĄ

Nasza trasa rozpoczyna się na Przełęczy Glinne, która stanowi granicę ze Słowacją. Na przełęczy mieści się parking, który zawsze był bezpłatny, jednak od tego roku pobierana jest tu drobna opłata za postój – 8 zł. za cały dzień. Startujemy z tego miejsca po godzinie ósmej rano. Początek trasy prowadzi asfaltową drogą po słowackiej stronie granicy, aż do rozdroża Biela Farma. To jakieś 45 min. żwawego marszu. Na rozdrożu zmieniamy kolor szlaku na niebieski,  Przez dłuższy czas nadal wędrujemy asfaltem, ale coraz bardziej oddalamy się od głównej drogi, coraz dalej w las. Za plecami co jakiś czas pojawia się świetny widok na Babią Górę. Aż zatęskniliśmy 🙂

Wreszcie dochodzimy do miejsca, gdzie ścieżka zaczyna się wyraźniej piąć w górę. Przedtem robimy sobie przerwę na śniadanie. Cisza, spokój, zero ludzi. To lubimy 🙂

mozolnie pod górę

Wyraźnie nabieramy wysokości. Można się konkretnie zasapać, tym bardziej, że dzień staje się coraz bardziej gorący. Na szczęście w dużej mierze idziemy przez las, więc jest się gdzie schować przed słoneczkiem. Wciąż jesteśmy zaskoczeni brakiem turystów. Od samego rana nie spotkaliśmy na szlaku żywej duszy. Po drodze za to mijamy mnóstwo jagodowych krzaczków, więc co jakiś czas robimy przerwę na ich zbieranie i konsumpcję. Mniam 🙂

Wreszcie dochodzimy do miejsca, gdzie szlak zmienia kolor na zielony. Drogowskaz wskazuje, że zostało nam jeszcze 25 minut marszu. Po raz setny zatrzymujemy się, by dać Futrzakom wody. Na szczęście ścieżka staje się wyraźnie mniej stroma przez co dość szybko wyprowadza nas bezpośrednio na wyższy, słowacki wierzchołek Pilska.

Pilsko 1557 m n.p.m

No i jesteśmy 🙂

Po drodze robiliśmy sporo przystanków, więc jest już prawie godzina trzynasta. Wyraźne widzimy, że zmienia się pogoda. Niebo staje się coraz bardziej zachmurzone i jest naprawdę parno. To zwiastuje nieuchronną burzę. Mam do tego nosa, uwierzcie mi. Żadne radary nie są nam właściwie potrzebne, bo ja burzy w górach boję się jak diabeł święconej wody, więc zawsze wyczuwam, kiedy nadejdzie.

Na szczycie po raz pierwszy tego dnia spotykamy innych turystów. Po prawie pięciu godzinach to całkiem miła odmiana 🙂 Większość przyszła tu z pobliskiej Hali Miziowej, gdzie stoi wspomniane już wcześniej schronisko. Całe szczęście, że sam szczyt jest dość rozległy, przez co nie mamy poczucia tłoku. Siadamy na trawce i delektujemy się widokami na okolicę. Futrzaki ucinają sobie krótką drzemkę, a my obserwujemy, jak z każdą chwilą niebo staje się coraz bardziej zachmurzone. Nie dane nam jest dziś napatrzeć się na nasze ukochane Tatry. Przy dobrej pogodzie widać je stąd doskonale, ale dzisiaj widoczność jest kiepska. Mimo wszystko jest pięknie. Sami zobaczcie 🙂

Idzie burza – trzeba wiać 😉

W powietrzu, z każdą minutą, coraz bardziej czuć zbliżające się nieuchronnie załamanie pogody. Po chwili docierają też do nas pierwsze dźwięki zbliżającej się burzy. No nic, trzeba się ewakuować. Na szczęście do Hali Miziowej jest stąd stosunkowo niedaleko. Zbiegamy po kamienistym zboczu jak najszybciej do schroniska, po drodze mijając spore ilości turystów, którzy nie zważając na nic pchają się do góry. Co gorsza, większość z nich to osoby zupełnie nieprzygotowane na zapowiadaną gwałtowną zmianę pogody. Nie zrozumcie mnie źle – też kiedyś chodziłam w góry w adidasach i z plecaczkiem, w którym była tylko butelka wody i czekolada. Nigdy jednak nie zrozumiem, jak można świadomie podejmować ryzyko, by w odsłoniętym, wysoko położonym terenie, pchać się prosto w burzę. Co gorsza, ciągnąć ze sobą małe dzieci. W krótkim rękawie, w trampkach, bez kurtki… Zawsze w takich momentach zastanawiam się – w imię czego oni tam idą? Przecież góra stoi tam od wieków, poczeka, a zdrowia nikt im nie wróci!

schronisko na hali miziowej

No, obiektywna to ja nie będę, bo naprawdę lubię to miejsce. Za psiolubność, za sympatyczne warunki, za dobrą kuchnię i za czyste łazienki. Za wypas owiec, za mnogość szlaków turystycznych i za cudowne widoki. Za to, że to naprawdę duży obiekt, a nadal można się tam poczuć jak w kameralnym schronisku. Polecam na noclegi, jak i na krótką wizytę. Warto tu zajrzeć, bo to przecież najwyżej położone schronisko w polskich Beskidach. Leży na wysokości 1330 m n.p.m. i oferuje wspaniały widok na Babią Górę. Obiekt jest naprawdę duży. Znajduje się tu niemal 90 miejsc noclegowych w pokojach o zróżnicowanym standardzie. Jest czysto i wbrew pozorom naprawdę przytulnie. Nocleg z psem jest tu jak najbardziej możliwy, dopłacamy za pupila 15 zł/dobę. Uważam, że naprawdę warto zatrzymać się tu na dłużej. Wbrew pozorom panuje tu naprawdę rodzinna atmosfera. My na tym schronisku jeszcze nigdy się nie zawiedliśmy 🙂

Tym razem korzystamy tylko z bufetu, wpadając dosłownie chwilę przed burzą. Znajdujemy wolny stolik i siadamy w kąciku. Obserwujemy przez okno prawdziwe oberwanie chmury i solidną burzę z wyładowaniami. Zamawiamy piwko i zamierzamy spędzić tu co najmniej dwie najbliższe godziny. Właśnie tyle, według prognoz, ma trwać przejście frontu atmosferycznego. Jest dopiero godzina czternasta, nie musimy się nigdzie spieszyć. Bella i Leonek zasypiają zmęczeni pod stołem, a my gadamy o głupotach i cieszymy się, że zmieniliśmy plany na dzisiejszy dzień. W przeciwnym razie wcale nie byłoby nam teraz tak wesoło 🙂

Przez okno obserwujemy, jak przemoknięci turyści, których mijaliśmy,  zbiegają w stronę schroniska. Z dzieciakami na barana… 🙁 Nie będę tego komentować, bo szkoda stukania w klawiaturę… Strachu się pewnie najedli, ale żyją i nic im nie ma, a to najważniejsze.

A PO BURZY Będzie słońce?

W drogę powrotną postanawiamy wybrać się czerwonym szlakiem w stronę przełęczy Glinne. Gdy poniżej schroniska docieramy do granicy lasu, zaskakuje nas tablica ze znakiem Rezerwatu Przyrody i zakazem wprowadzania zwierząt (*przeczytaj ps. pod tekstem). Dałabym głowę, że ostatnio jej tu nie było… Wyciągam mapę i uspokajam sumienie: szlak turystyczny, wg. mojej mapy nie przechodzi przez obszar Rezerwatu, więc śmiało możemy iść dalej. Po drodze mijamy też Pana z dwoma kundelkami, więc zupełnie przestaję się przejmować.

Zejście zabrało nam nieco więcej czasu niż wskazywał szlak. Po deszczu było bardzo ślisko, a ten odcinek jest dość kamienisty, więc wskazana była większa ostrożność. Do samochodu docieramy już w słońcu, z postanowieniem, że musimy wrócić na Miziową w mroźny zimowy weekend. Ktoś chętny na wspólnego grzańca? 🙂

do zobaczenia na szlaku! 🙂

A jeśli szukacie więcej beskidzkich inspiracji to wpadajcie na:

Beskid Śląski – Skrzyczne na 4 łapach

lub:

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

PS. Postanowiłam po powrocie skontaktować się z Nadleśnictwem Jeleśnia, w celu rozwiania swoich wątpliwości dotyczących wspomnianego Rezerwatu Przyrody "Pilsko". Pani, z którą prowadziłam korespondencję uświadomiła mnie, że czerwony szlak którym szliśmy, na krótkim odcinku przebiega jednak przez obszar Rezerwatu. Z udostępnionej mi mapy wynika, że przejście tego odcinka zajmuje najwyżej kilkanaście minut, jednak mimo to, mają tu zastosowanie ogólnokrajowe przepisy, zakazujące wprowadzania zwierząt na obszar ścisłej ochrony przyrody i nie przewiduje się tutaj żadnych odstępstw w tym temacie. Co ciekawe, wzdłuż Rezerwatu możecie śmiało wędrować szlakiem niebieskim na szczyt Pilska, gdyż jest to szlak graniczny i stosuje się na nim bardziej liberalne przepisy naszych sąsiadów. Ot, polskich absurdów niezliczona ilość :/ 

 

 

 

Kaszuby z psem – przepis na weekend idealny

SZUKASZ INSPIRACJI NA LENIWY WEEKEND?
MAM DLA CIEBIE GOTOWĄ RECEPTĘ 🙂 

Czasem człowiek (i pies) chce po prostu odpocząć. Nie biegać z wywieszonym jęzorem, nie zmęczyć się 🙂 , tylko zwyczajnie wyluzować. Robić nic i jednocześnie coś fajnego 🙂 Uciec od zgiełku miasta i się zresetować. Tak na 100%. Długo szukaliśmy, ale trzeba przyznać, że chyba znaleźliśmy przepis na weekend idealny. Nie do końca sami, bo szukaliśmy recepty w internetach. Pomógł nam niezastąpiony blog makulscy.com. To właśnie u nich znaleźliśmy inspirację do tej podróży (link do ich wpisu znajdziecie na końcu tekstu) Jak było? Zobaczcie sami 🙂 <3

góra sobótka – ręboszewo 

Ręboszewo – maleńka miejscowość położona przy tzw. Drodze Kaszubskiej, pomiędzy jeziorami Małe Brodno i Wielkie Brodno. To właśnie tutaj, na szczycie góry Sobótka, postanowiliśmy zakotwiczyć w ten weekend.

Podjazd na górę jest mega stromy i  zaskakujący, ale jak najbardziej możliwy. Na szczycie jest niewielki parking i nie lada atrakcja – piękny drewniany wiatrak – koźlak, który prezentuje się niezwykle urokliwie i romantycznie. Wiecie co jest najlepsze – to właśnie w nim mamy spędzić dwie najbliższe noce <3 Cudowna perspektywa! Tylko spójrzcie na ten widok <3

Nocleg w wiatraku? czemu nie! 

Noclegi w wiatraku zarezerwujecie bezpośrednio na stronie obiektu lub przez booking.com. Przy okazji – jeśli zamierzacie cokolwiek rezerwować na tym portalu, to odezwijcie się do nas na facebooku lub instagramie. Chętnie podzielimy się linkiem polecającym, a dzięki niemu otrzymacie (i my też) 5 dyszek zwrotu po zakończonej podróży. Drogą wszak nie chodzi, prawda? 🙂

A sam wiatrak? Miejsce idealne na sielski wypoczynek. Cisza i spokój. Wieczorem i rano byliśmy tu praktycznie sami. Bar czynny jest do godziny 20-tej, a później zapada tu błoga cisza, którą tak bardzo uwielbiamy <3

punkt widokowy na wiatraku

Polecamy odwiedzić też punkt widokowy, znajdujący się na najwyższej kondygnacji wiatraka. Pachnie tu drewnem, a z okien można podziwiać wspaniałe widoki na okolicę. No bajka. Tym bardziej, że pies może zwiedzać z Wami 🙂

Jezioro kłodno – zawory 

Prawda jest taka, że Kaszubski Park Krajobrazowy to teren na tyle malowniczy, że gdziekolwiek się nie wybierzecie, będziecie mogli nacieszyć oczy pięknymi widokami. Jeśli tylko lubicie spacery, te tereny są dla Was. Możecie iść gdzie tylko Was nogi i łapki zaprowadzą. Nas pierwszego dnia pognało do pobliskiej miejscowości Zawory. Wzdłuż brzegu jeziora Kłodno urządziliśmy sobie niemały spacer. Futrzaki były zachwycone, my też <3

PUNKT WIDOKOWY „ZŁOTA GÓRA” 

Nieco bardziej na południe od naszej kwatery znajduje się bardzo fajny punkt widokowy na Jezioro Brodno Wielkie – „Złota Góra”. Pierwszego dnia przejechaliśmy tędy czym prędzej, bo trafiliśmy akurat na huczną, coroczną imprezę o wdzięcznej nazwie Truskawkobranie. Dla naszych Futrzaków koncert Roksany Węgiel czy Grzegorza Hyżego nie wydawał się jakąkolwiek atrakcją 🙂 Za głośno i ludzi zdecydowanie za dużo. Wróciliśmy tu więc kolejnego dnia. Już przed południem nie było śladu po wczorajszej imprezie. A widok – sami zobaczcie 🙂

Postanowiliśmy również zejść nad jezioro, gdzie mieści się przystań żeglarska. Pieski są tu mile widziane, ale koniecznie na smyczy.

wieżyca – by poczuć się jak w górach 

Wieżyca jest najwyższym wzniesieniem Wzgórz Szymbarskich. Mierzy prawie 329 m n.p.m. a na jej szczycie stoi wieża widokowa. Auto najlepiej zaparkować na bezpłatnym parkingu leśnym, usytuowanym na drugim końcu czarnego szlaku turystycznego na szczyt.

Wieżyca leży na terenie Rezerwatu Przyrody, jednak bez problemu można tu spacerować z pieskami. Dojście na górę jest proste, a wręcz banalne. Naprawdę trudno tu o zadyszkę. Na wieżę bez problemu weszliśmy z pieskami. Wstęp kosztuje 8 złotych, pieski za darmoszkę.

Przez moment mogliśmy się poczuć jak w górach 🙂 Tym bardziej, że pogoda okazała się być zmienna, tak jak to zwykle w górach bywa. Chwila ze słońcem, chwila z deszczem, a na dodatek na szczycie wieży mocno wiało. No tylko te widoki jakieś takie bardziej płaskie 🙂 Ale ładne, naprawdę.

punkt widokowy jastrzębia góra

Ostrzyce to kolejna urokliwa miejscowość leżąca przy Drodze Kaszubskiej. Pomimo niewielkich rozmiarów miasteczko to uznawane jest za centrum turystyczne regionu. Spotkacie więc tutaj znacznie więcej turystów. Wycieczki, kolonie, obozy… Fajnie, ale na chwilę. Po sezonie jest tu pewnie znacznie spokojniej, ale w lipcowy weekend dosyć gwarnie. Za to jest mała plaża i molo, z którego wypływają na Jezioro Ostrzyckie wycieczkowe stateczki.

Na jezioro można też spojrzeć z góry. Warto się przespacerować na punkt widokowy Jastrzębia Góra, skąd rozpościera się przyjemny widok na okolicę.

Chmielno

Chmielno to kolejna słynna wieś letniskowa. Położna jest nad jeziorami Kłodno i Białym. Wzdłuż brzegów tego drugiego urządziliśmy sobie bardzo przyjemny spacer. Spodziewaliśmy się znacznie większej ilości turystów, a było niezwykle spokojnie. Być może to za sprawą zmiennej pogody tego dnia. Raz słońce, raz deszcz. Jak dla nas idealnie, ale domyślam się, że nie każdy lubi w środku lata zakładać kurtkę przeciwdeszczową.

Nad brzegiem Jeziora Białego znajdziecie też niezwykłą „Ławkę przyjaźni”, która jest symbolem partnerstwa Chmielna z niemieckim miasteczkiem Hamminkeln. Ławkę wykonano ze stali, według projektu lokalnej artystki. Jej oparcie przypomina rozłożyste drzewo. Warto tu choć na chwilkę przysiąść i rozkoszować się widokiem na jezioro.

Chëcz u Kaszëbë

Jak tu nie napisać w samych superlatywach o knajpce, która:

  • posiada wspaniały, zadaszony taras z widokiem na jezioro Białe
  • serwuje pyszne, regionalne potrawy (polecam rzucanki i grocholce)
  • ma niewygórowane ceny (serio – bardzo przystępnie)
  • bez problemu zaprasza w swoje progi ze zwierzakami <3
  • poza ludzkim posiada również psie menu, a sądząc po reakcji naszych Futrzaków, jest równie przyzwoite 🙂

Następnym razem trzeba będzie koniecznie zamówić dwie porcje kurczaka z marchewką. Futrzaki były zachwycone i niechętnie podzieliły się jedną miską  <3

Kochani, pakujcie plecaki i koniecznie jedźcie na Kaszuby! Niech roześmiane psie (i nasze) mordki będą najlepszym dowodem na to, że warto! 

Do zobaczenia na szlaku!

Ps. Jeśli chcecie przeczytać wpis Makulskich o ich wyprawie na Kaszuby, wrzucam Wam odnośnik do ich wpisu na blogu:

Kaszuby na weekend – letnia wersja hygge

Beskid Śląski – Skrzyczne na 4 łapach

Propozycja sympatycznej górskiej "pętelki"

Skrzyczne to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Mierzy 1257 m n.p.m. Z naszego mieszkania, a właściwie balkonu 🙂 , doskonale widać jego górującą nad okolicznymi dolinami sylwetkę. Odległość w linii prostej to ok. 50 km.

Na szczycie stoi schronisko i zawsze jest bardzo dużo ludzi, a dzieje się tak przede wszystkim za sprawą kursującej tu dwuetapowej kolejki krzesełkowej ze Szczyrku. Większość pieszych turystów również rozpoczyna wędrówkę w tej znanej mieścinie. My jednak, jak już wiecie, nie znosimy tłumów, więc wybieramy mniej obleganą trasę, do której przejścia chcielibyśmy dzisiaj Was zachęcić 🙂

Na początek spacer Doliną Zimnika.

Nasza trasa rozpoczyna się we wsi Lipowa-Ostre. Na końcu drogi dojazdowej, zaraz za Hotelem Zimnik, znajduje się bezpłatny parking. Jest czerwcowy weekend, więc już ok. 8:00 jest tam sporo samochodów, ale bez większego problemu udaje się nam zaparkować auto. Postanawiamy naszą wędrówkę rozpocząć żółtym szlakiem, biegnącym przez Dolinę Zimnika w stronę Malinowskiej Skały. Początkowy etap trasy wiedzie nas asfaltem. Znacznie przyjemniej w naszej ocenie zacząć w tym właśnie kierunku, ponieważ asfalt na sam koniec trasy potrafi nieco dobić zarówno zmęczone stopy jak i psie łapki. Rano wędruje się tędy dosyć przyjemnie. Nie ma dużo ludzi, a po drodze psiaki mogą skorzystać z kąpieli w rzeczce. Droga prowadzi przez las, a my mamy dziś towarzystwo, więc czas ucieka nam błyskawicznie.

Wspinaczka na Malinowską Skałę.

Ostatnia godzina trasy wyprowadza nas już bardziej stromo pod górkę. Czym wyżej jesteśmy, tym bardziej widoczna staje się dla nas Malinowska Skała, nasz pierwszy dzisiejszy cel. Droga usłana jest małymi kamyczkami, więc trzeba uważać, żeby się nie potknąć i nie przewrócić. Poza tym idzie się przyjemnie, jednak trzeba pamiętać, że momentami nie ma gdzie uciec przed słońcem. W ciepły dzień koniecznie trzeba mieć ze sobą spory zapas wody, również dla czworonogów. Na szczęście co jakiś czas jest też gdzie odsapnąć w cieniu. Nigdzie się dziś nie spieszymy, więc raz za razem korzystamy z tej sposobności 🙂

Po ok. 2 godzinach od wyjścia z parkingu, docieramy na główny grzbiet, gdzie szlak zmienia kolor na zielony. Do Malinowskiej Skały zostało nam dosłownie kilka minut drogi. Psiaki znajdują tu kałużę z wodą, postanawiamy więc dać im chwilę odpocząć i schłodzić futerka, zanim ruszymy w dalszą drogę.

Malinowska Skała 1152 m n.p.m.

Malinowska Skała to od stosunkowo niedawna wspaniały punkt widokowy na Beskid Śląski i Żywiecki. Od niedawna, ponieważ niegdyś ta znana wychodnia skalna była całkowicie zalesiona. Na przestrzeni ostatnich lat bardzo zmienił się jednak otaczający ją krajobraz. Przyczyn tego zjawiska jest wiele. Początkowo uważano, że las zanika przez zanieczyszczenie środowiska znad Górnego Śląska, jednak okazało się, że przyczyny tego zjawiska tkwią znacznie głębiej. Już w XIX w. zaczęto tu wycinkę liściastego lasu na potrzeby przemysłu, a w zamian nasadzono drzewa iglaste, głównie świerki. Te początkowo przyjmowały się dobrze, jednak sadzonki pochodzące z upraw w dolinach nie były w stanie w pełni przystosować się do bardziej surowego, górskiego klimatu. Posunęło to za sobą całą lawinę konsekwencji. Począwszy od tego, że w wyniku tych działań, została mocno zakwaszona gleba, przez co drzewa w końcu zostały zaatakowane przez grzyby. To było powodem rozkładu i gnicia znacznej ilości systemów korzeniowych. Istny raj dla korników! Dodajmy do tego suszę, zanieczyszczenie środowiska oraz silne wiatry wiejące w wyższych partiach gór i mamy przepis na prawdziwą katastrofę ekologiczną. Sami zobaczcie, jak ta okolica zmieniała się na przestrzeni lat.

Obecnie sytuacja wygląda na opanowaną, a dzięki ciągłej pracy leśników jest szansa, że za jakieś kilkadziesiąt lat, powróci w to miejsce dojrzały i piękny las. Póki co Malinowska Skała służy jako piękny punkt widokowy. Panorama z pewnością zapada w pamięci na długo.

Tego dnia na szczycie wiał bardzo silny wiatr, jednak postanowiliśmy mimo to zrobić sobie przerwę na drugie śniadanie. Dobrze, że mamy ze sobą ciepłą herbatę 🙂 Chowamy się przed wiatrem za skałką i delektujemy oczy naprawdę przyjemnym widokiem. Futrzaki odpoczywają razem z nami. Wyobrażam sobie jak ładnie tu musi być o zachodzie słońca i od razu w głowie rodzi się kolejny plan wizyty w tym miejscu 🙂

Spacerkiem na Skrzyczne przez Małe Skrzyczne.

Posileni kierujemy się w stronę najwyższego szczytu Beskidu Śląskiego. Wg. znaku wędrówka zajmie nam jeszcze 1,5 godziny. Skrzyczne mierzy 1257 m n.p.m. i należy do Korony Gór Polskich. Wierzchołek tej góry jest bardzo charakterystyczny, ponieważ od 1992 roku na szczycie stoi pokaźnych rozmiarów nadajnik radiowo-telewizyjny. Cel naszej wędrówki jest zatem widoczny z daleka.

Na szlaku jest naprawdę dużo ludzi.  Droga jest bardzo wygodna i odpowiednia również dla turystów z dziećmi. Dużo osób jeździ tu jednak na rowerach, więc trzeba bardzo uważać i mieć oczy dookoła głowy.  Większość z nich jest bardzo ostrożna, ale jak wszędzie i tu wariatów nie brakuje. Futrzaki obowiązkowo prowadzimy na smyczy, nawet te najgrzeczniejsze!

Po drodze mijamy jeszcze szczyt Małego Skrzycznego – 1211 m n.p.m. Stoi tutaj górna stacja wyciągu, który zimą wchodzi w skład jednego z największych ośrodków narciarskich w Polce – Szczyrk Mountain Resort. Jakieś 200 m. poniżej szczytu, na Hali Skrzyczeńskiej, mieści się również górna stacja 10-osobowej kolejki gondolowej, która bardzo chętnie na swój pokład zabiera zwierzęta. I to całkowicie bezpłatnie! Jeśli macie ochotę ułatwić sobie wędrówkę, to wrzucam link do ich stronki.

My idziemy dalej. Do szczytu zostało nam tylko pół godziny.  Po drodze raz za razem mijamy pokaźnych rozmiarów kałuże, pozostałość po niedawnych deszczach. Raj dla naszych psów. Słoneczko przyświeca dość mocno, więc nie ma się co dziwić, że postanowiły sobie urządzić tu SPA 🙂

Kawałek dalej otwiera się przed nami wspaniała panorama na Beskid Żywiecki. Dobrą chwilę rozkminiamy która góra to Pilsko, a która Babia. W sumie nie wiem dlaczego, chyba słoneczko przygrzało za mocno, a obraz w okularach słonecznych jakoś mi się rozmył. Patrząc teraz na zdjęcia nie mam już żadnych wątpliwości 😀 Ale przyznaję się bez bicia – pierwszy raz wzięłam Pilsko za Babią – no wstyd 🙂

Najwyższy punkt programu - Skrzyczne.

Zbliżamy się do szczytu. Przed nami już tylko kilka chwil w lasku i wychodzimy wprost pod schronisko. Ludzi tu jak mrówek, a już gołym okiem widać, że większość tych osób dotarła na szczyt kolejką krzesełkową. Jeśli chcecie iść na łatwiznę, proszę bardzo. Na kolejkę również możecie wejść z pieskiem, ale na własną odpowiedzialność. Pamiętajcie, że to jednak nie jest zamknięta kabina, tylko krzesełka, a po drodze na szczyt przyjdzie Wam się jeszcze przesiąść w połowie jazdy. Nasze Futrzaki korzystały już z takich atrakcji i nie było żadnych problemów, ale niech każdy z Was indywidualnie oceni, czy jego Przyjaciel da radę przetrwać taką podróż bez ataku paniki. Za psi bilet tutaj również nic nie płacimy. Zainteresowanym wklejam link do strony gdzie znajdziecie aktualny cennik i godziny kursowania kolejki.

Postanawiamy urządzić sobie dłuższą przerwę obok schroniska. Jest to bardzo przyjazny czworonogom obiekt, więc jeśli będziecie chcieli wybrać się tu na nocleg, wrzucam bezpośredni odnośnik do ich strony.

Rozbijamy się na trawce i łapiemy troszkę słońca. Wieje przyjemny wiatr i nie ma upału, więc zarówno dla nas jak i dla Futrzaków są to idealne warunki. Kupujemy zimne piwko w schronisku, a potem leżymy i resetujemy myśli. Czasem tylko mały Bartek coś powie, albo pies zaszczeka, ale głównie spędzamy ten czas w ciszy. Nawet ludzie wokół nam nie przeszkadzają, a nie często udaje się nam aż tak wyłączyć.

Na koniec robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcia. W duchu myślę, że naprawdę bardzo lubię to miejsce. Najpiękniej jest zdecydowanie jesienią, gdy wieczorami zapada tu prawdziwa cisza, a na szlakach jest znacznie mniej ludzi, ale dziś też było fajnie, naprawdę.

Powrót niebieskim szlakiem. 

Do samochodu wracamy niebieskim szlakiem. Droga początkowo prowadzi dość mocno w dół po luźnych kamieniach,więc trzeba patrzeć pod nogi,by się nie przewrócić. Aż szkoda, bo widok przed nami jest naprawdę bardzo przyjemny. Jest spokojnie, a na szlaku jest naprawdę niewielu turystów. Spokojnym tempem do samochodu dochodzimy w niecałe 2 godzinki, a po drodze zaliczamy jeszcze krótki postój na uzupełnienie płynów.
Aż żal wracać do domu.

Bo w Beskidach "nic nie ma" - no kurde, nieprawda! 

No dobra, może to nie są Tatry, więc nie spodziewajcie się tu jakiś mega spektakularnych widoków. Beskid Śląski to jednak w większości niewielkie górki, ale dzięki temu są idealne dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z górskim łazikowaniem. Nie zdziwcie się jednak, że pomimo braku technicznych trudności, kondycyjnie te góry też potrafią dać nieźle w kość 🙂 Tu zbocza są w większości zalesione, a widoki rozpoczynają się dopiero w okolicy partii szczytowych. Ale i tak jest pięknie, naprawdę. Pamiętajcie, że ma to swoje niewątpliwe zalety, większość trasy pokonujemy w cieniu drzew, co latem ma dość duże znaczenie.

Skrzyczne, jako najwyższy szczyt w okolicy, cieszy się naprawdę dużą popularnością. Prowadzi tu wiele szlaków, a my z racji bliskości, przeszliśmy je już wszystkie i to po kilka razy 🙂 Zdecydowanie najfajniejsza opcja to opisana powyżej pętelka z Ostrego, do której przejścia zdecydowanie Was zachęcamy.

Kto wie, może spotkamy się kiedyś jesienią na Malinowskiej Skale o zachodzie słońca? 😀

Jeśli macie ochotę na więcej wpadnijcie też poczytać opis trasy na Jałowiec 🙂

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Przyjemnej wędrówki i do zobaczenia na szlaku!

 

Polska Sahara – pies na Pustyni Błędowskiej

W naszych głowach kotłowało się wiele pomysłów jak aktywnie spędzić niedzielę. Góry? Trzeba wstać wcześnie, a jakoś nie mieliśmy na to chęci. Ubiegły tydzień w pracy był dość wyczerpujący, przydałoby się kiedyś porządnie wyspać. Jezioro? Ładna pogoda, więc ludzi będzie dużo – odpada. Najbardziej nie lubimy tłumów. Nagle pojawia się w mojej głowie myśl – a gdyby tak pojechać na jakieś odludzie? Może np. na pustynię? 🙂

Pustynia Błędowska
Pustynia Błędowska - nasza "Polska Sahara".

Wyjątkowe to miejsce, trzeba przyznać. Aż dziwne, że dotychczas ani ja, ani Łukasz tutaj nie trafiliśmy.

Pustynia Błędowska leży na pograniczu województw śląskiego i małopolskiego. Jest to największa tego typu atrakcja na całym kontynencie europejskim. Łącznie zajmuje powierzchnię prawie 32 hektarów. Na jej obszarze wyznaczono kilka atrakcyjnych szlaków turystycznych. Najciekawszy i najdłuższy wydaje się szlak żółty z miejscowości Klucze do Błędowa, dzielnicy Dąbrowy Górniczej. Szlak ten mierzy ok 10 km i pozwala przemierzyć całą pustynię w poprzek.

W planie mieliśmy co prawda przejście tego długiego odcinka w całości, ale na miejscu tak nam się spodobało, że robiliśmy ciągłe przerwy na wygłupy w tej kupie piachu. Najszczęśliwsze były psiaki. Biegały luzem, goniły patyczki i kopały dołki. Można się poczuć jak na plaży – tylko morza brak 🙂

Punkt widokowy Czubatka w Kluczach. 

Auto zaparkowaliśmy w miejscowości Klucze. Dojazd z Tychów zajął nam ok. 40 minut. Drogowskazy bez problemu zaprowadziły nas do parkingu zlokalizowanego na szczycie wzgórza Czubatka. Parking jest dość spory i darmowy. Obok niego mieści się ciekawy punkt widokowy na Pustynię Błędowską. Trzeba przyznać – robi to wrażenie. Nie miałam pojęcia, że jest to tak duży obszar.

Dla turystów jest tu do dyspozycji kilka ławeczek i zadaszona wiata. Na chwilkę przysiadamy i pozwalamy psiakom wypasać się na świeżej trawce 🙂 My w tym czasie napawamy oczy ciekawym widokiem. Wiecie, jak dla nas świat widziany z góry zawsze lepiej się prezentuje. Pełen relaks 😀

Żółtym szlakiem przez pustynię. 

Nieopodal parkingu znajdujemy żółty szlak turystyczny, którym zamierzamy dziś wędrować. Początkowo prowadzi przez las, gdzie zaczynam żałować, że nie wzięłam ze sobą jakiś dłuższych ciuchów. Komary tną tu jak oszalałe. Na szczęście laskiem nie spaceruje się długo, a w naszym wypadku był to niemal sprint. Jak ja nienawidzę robactwa! Do dziś (minęły prawie 2 tygodnie!) zostały mi po tym spacerze spore ślady po ukąszeniach tych przebrzydłych owadów. Na szczęście kawałek dalej podłoże zmienia się w bardziej piaszczyste. Wychodzimy z lasu. Wreszcie naszym oczom ukazuje się wielka „piaskownica”.

Psy tu dosłownie oszalały. Ostatnio z taką radością biegały w sylwestra po nadbałtyckiej plaży 🙂 Swoją drogą, wtedy też było fajnie 🙂 Rozglądamy się w koło i jesteśmy mocno zdziwieni, że na horyzoncie NIE MA LUDZI. Korzystamy z okazji i puszczamy Futrzaki ze smyczy. Na pustyni raczej nic nie upolują 😀 Hulaj duszo, piekła nie ma 🙂 Co jak co, ale piasek to oni oboje kochają! My zresztą też 😀

 

Dobrą godzinę ganiamy tak po tym piachu. Na szczęście pogoda nam dziś bardzo dopisuje. Nie ma upału, a słoneczko jest głównie za chmurką. Dzięki temu piasek nie parzy w łapki, ale jest przyjemnie i ciepło. Dodatkowo wieje dość silny wiatr, który przyjemnie nas ochładza. Wszystko to sprawia, że mamy ochotę bawić się tak bez końca. Zdecydowanie odradzam wizytę w tym miejscu w bardzo upalny dzień. Można by było się usmażyć jak na patelni!

Nasz plan dojścia aż do Błędowa posypał się jednak całkowicie. Spędziliśmy tyle czasu na zabawach z Futrzakami, że już po przejściu 2,5 km byliśmy potwornie zmęczeni. Wcale nie tak łatwo chodzić po pustyni! W piachu zapadamy się z każdym krokiem i człowiek męczy się szybciej niż zwykle. Podejmujemy decyzję, by tym razem odpuścić. Psy też dyszą jak oszalałe, nasza zabawa również dla nich była wyczerpująca. Postanawiamy jednogłośnie, że  wrócimy tu jesienią, w jakiś pogodny dzień. Zaplanujemy wtedy kilkugodzinną wędrówkę po pustyni i troszkę lepiej się do tego przygotujemy. Tym razem nie mieliśmy ze sobą nic oprócz wody i jogurtu 🙂 Takie z nas turysty 😀

W kierunku Róży Wiatrów.

Wracając skręcamy nieco ze szlaku i kierujemy się w stronę tzw. Róży Wiatrów. To stosunkowo nowe kładki widokowe z kilkoma zadaszonymi wiatami dla turystów. Widzimy tą ciekawą konstrukcję z daleka, ale finalnie nie decydujemy się na wizytę w tym miejscu. W trakcie wędrówki kolejny raz zmieniamy plany. Z pewnością warto się tam wybrać, jeśli będziecie na Pustyni Błędowskiej. Tym bardziej, że w okolice Róży Wiatrów można dojechać samochodem po nieutwardzonej drodze. Widzieliśmy wyraźny drogowskaz jadąc główną drogą do Kluczy.

Tym razem postanawiamy powoli wracać do samochodu. Z tym że robimy to naprawdę pooowoooli 🙂 Nie spieszymy się nigdzie, więc decydujemy się jeszcze na krótki odpoczynek na jednej z kilku drewnianych platform widokowych. Pijemy wodę i uspokajamy psiaki. Czas na zabawę minął. Mogliby tak biegać bez końca, ale widzimy, że są już mocno zmęczeni. Wyciszamy się, spokojnie obserwując unikatowy krajobraz. Prawdziwy chillout 😀 Spędzam tak z Futrzakami co najmniej 15 lajtowych minut 🙂 W tym czasie Łukasz dalej biega po pustyni, bo okazało się że gdzieś zgubił koszulkę 😀 😀

Powrót na Czubatkę.

Czas wracać. W oddali widzimy charakterystyczną wieżę na szczycie wzgórza, gdzie zaparkowaliśmy auto. Postanawiamy dojść tam inną drogą, bo wygląda nam na krótszą. Całe szczęście, że podjęliśmy taką decyzję, bo zdecydowanie krótszy okazał się również fragment w lasku. Ostatnie kroki stawiamy dość mocno pod górkę. Odwracamy się za siebie, ostatni raz spoglądając na pustynię. Na pewno tu jeszcze wrócimy.

Dlaczego warto? 
  • Jeśli nie chcecie się za bardzo zmęczyć, ale za to zobaczyć coś ciekawego, to będziecie zadowoleni z wyboru tego miejsca. Wystarczy krótki spacer i chwila oddechu na jednym z punktów widokowych.
  • Jeśli lubicie wędrówki  i macie ochotę na przejście dłuższego dystansu po interesującym terenie, to żółty szlak z pewnością da Wam troszkę satysfakcji. Tym bardziej, jeśli w planie będziecie mieć powrót do samochodu tą samą drogą – gwarantuję, że można się zmęczyć 🙂
  • Jeśli Wasze psiaki są już wiekowe, jestem pewna, że zyskają tu drugą młodość. Zresztą nie tylko psiaki, bo i nam, człowiekom, włączył się tu tryb „głupawka” 🙂
  • Jeśli nie lubicie tłumów i tak jak my szukacie często miejsc, gdzie można odetchnąć od zgiełku, to zdecydowanie jest to miejsce dla Was. Wakacyjna niedziela, świetna pogoda, a my podczas prawie trzech godzin pobytu spotykamy może max 10 osób. No dobra, na szczycie Czubatki było więcej ludzi, ale ich nie biorę pod uwagę. Mało kto zapuszcza się szlakiem w dół na pustynię.  Ludzie podjeżdżają samochodem, popatrzą na widok z góry i wracają.
Dajcie znać, jak Wam podobała się Pustynia Błędowska. 

Jeśli już byliście w tych okolicach, to koniecznie dajcie znać, które pustynne zakamarki są również warte odwiedzenia. Może będziecie naszą inspiracją do kolejnych podróży w to miejsce? 😀

Ściskamy i tradycyjnie – do zobaczenia gdzieś na szlaku 😀

 

Góry Izerskie – 3 dni z plecakiem

Uff, ta wyprawa już za nami. Dziś spoglądam na nią mądrzejsza o to nowe, bądź co bądź, doświadczenie. Z perspektywy moich bąbli na stopach, co nieco bym zmieniła, ale niech będzie to lekcją na przyszłość. Tak czy siak, nawet za cenę piekącego bólu przy każdym kroku, naprawdę było warto.

Dlaczego wybraliśmy właśnie Góry Izerskie? 

Pomysłów na spędzenie przedłużonego weekendu mieliśmy od groma, ale ten jeden wydał się najrozsądniejszy.
Dlaczego?

  • Na weekend zapowiadali upały, a trasy w Izerach nie są ani trudne kondycyjnie, ani technicznie. Co ważne, w trakcie wędrówki można je kilka razy modyfikować, biorąc pod uwagę zasób swoich sił i możliwości.
  • Obczailiśmy fajny parking w czeskiej miejscowości Jizerka, Dało nam to możliwość odkrycia nowych szlaków w tych górach, co zdecydowanie mocno nas zmotywowało.
  • Bez problemu znaleźliśmy noclegi w schroniskach na trasie z naszymi Futrzakami. I to bez dodatkowych opłat!
  • Decydujący jednak okazał się fakt, że naprawdę dawno nas tu nie było. Ostatni raz mroźną zimą, jeszcze przed adopcją Belli. No przecież trzeba nadrobić zaległości 🙂

Co by tu spakować do plecaka? 

Dla mnie to swego rodzaju nowe przeżycie. Nie to, żebym nigdy dotychczas nie spała w schronisku 🙂 Kilka razy do roku robimy takie wypady, ale zwykle kończy się na jednej nocy i niewielkim bagażu. Tym razem jednak było inaczej. Plecak jakiś cięższy i w ogóle… 🙂

  • Po pierwsze ciuchów trzeba było trochę wziąć na zmianę. Bo upał, bo się spocę, bo w czymś trzeba spać, coś założyć wieczorem grubszego, no i obowiązkowo kurtka gdyby padało i sandały, żeby stopy odpoczęły.  Tym samym pakuję o kilka rzeczy za dużo, ale nie sposób wszystkiego przewidzieć, więc lepiej mieć, niż nie mieć. Biorę rzeczy, które mało ważą, więc w sumie wydaje się, że nie ma tragedii.
  • Żarcie. No to już jednak swoje waży. Przy wyjeździe na 1 noc jest tego znacznie mniej. Nawet nie sądziłam, że to może być aż taka różnica! Następnym razem ten element bagażu znacznie poprawię i wybiorę rzeczy o mniejszej wadze 🙂
  • Picie, termosy, czajnik turystyczny i inne takie pakuje Łukasz. Podobnie jak żarcie dla piesów. Ja biorę zapasowe smycze, paszporty, mapę, apteczkę i kosmetyki. Aha – jeszcze ładowarki, latarki, karty do gry wieczorami i inne takie cuda. No niby nic, ale jednak wszystko razem coś tam waży.
  • Śpiwory – kupiliśmy nowe, więc trzeba było je przetestować 🙂 No nic, że duże i ważą po prawie 2 kg, za to wygodne, cieplutkie i nie będzie trzeba za pościel w schronach dopłacać 🙂
  • Finalnie, nie wiem jak to się stało, ale mój plecak ważył jakieś 15 kg, a plecak Łukasza ponad 20 kg. No kurde! Przy 30 stopniach C to naprawdę spore obciążenie.

Tradycyjne przeboje na starcie. 

Wyjeżdżamy punkt 5 rano, planując dojazd na parking w  Jizerce w granicach godziny 10-tej. Tymczasem na szlaku meldujemy się dopiero o godzinie 12:20. Tym razem wszystko szło nie po naszej myśli.

  • Po pierwsze – korek przed bramkami na autostradzie we Wrocławiu przytrzymał nas na 30 min, ale jeszcze łudziliśmy się, że jakoś to nadrobimy 🙂
  • Po drugie – nawigacja spłatała nam psikusa i kierowała nas w zupełnie inne miejsce. Właśnie za to nie cierpię tego ustrojstwa. Tym sposobem straciliśmy kolejną godzinę na błądzeniu do celu 🙁
  • Po trzecie – na miejscu okazało się, że za parking można płacić tylko gotówką w parkomacie, a my oczywiście nie mieliśmy czeskich koron ze sobą. Przez najbliższe pół godziny sprzeczamy się czyja to wina, aż w końcu Łukasz pyta w pobliskiej gospodzie czy możemy zostawić auto na ich parkingu i zapłacić kartą. Facet się zgadza, więc problem się rozwiązał. Za dwie noce płacimy 200 kc. Wciąż tanio, choć nieco drożej jednak niż w parkomacie. Grunt, że bezpiecznie.  Dajemy sobie buziaka na zgodę i już na luzie ruszamy w drogę 🙂

Komu w drogę, temu czas! 

Pierwsza część naszej trasy to znakowany na czerwono odcinek od parkingu Pod Bukovcem do węzła Předěl o długości 11 km.  Początkowo mijamy zabudowania osady Jizerka, a szlak wiedzie asfaltem. Po drodze Futrzaki urządzają sobie kąpiel w rzeczce 🙂 Póki co jest naprawdę przyjemnie 🙂

Troszkę powyżej tej sielskiej mieściny asfalt wiedzie nas pod górę w las. Kurde, ciepło i ciężko. Idziemy żółwim tempem, musimy się jakoś rozruszać. Psy mają stan przedzawałowy, więc co chwilę robimy krótkie odsapki. Na szczęście kawałek dalej ścieżka odbija w lewo i dalsza część szlaku prowadzi leśnym duktem na przemian z kładkami nad torfowiskiem. Płasko i przyjemnie. Nawet z ciężkim plecakiem do przejścia na lajcie 🙂 Dla piesków dodatkowy bonus w postaci częstej możliwości chłodzenia podwozia . Wszyscy są szczęśliwi.

Po drodze mijamy kilka ciekawych miejsc, a najfajniejsze jest okienko skalne w pobliżu Pytláckych kameny. Ciężko było zmieścić się z plecakiem 😉

Robimy sobie też krótką przerwę w rezerwacie Černá jezírka. Niepowtarzalny klimat tego miejsca kusi, by na chwilkę się tu zatrzymać. Dla psiaków to prawdziwy raj na ziemi. Mają lepiej niż w SPA 😉

Upiorne podejście na Smrk

Dochodzimy na Předěl. To nic innego jak węzeł szlaków przy asfaltowej drodze rowerowej. Stąd odbija niebieski szlak na Smrk (1124 m n.p.m.) , który wiedzie troszkę na około przez skalny punkt widokowy Paličník. Oceniamy czas i nasze możliwości w ten upalny dzień, po czym z wielkim żalem wybieramy krótszy wariant trasy. Będzie tu przynajmniej po co wrócić, bo Paličník zdecydowanie jest wart odwiedzenia 🙂

Jeszcze wtedy nie wiem, że to prawdopodobnie ta decyzja zaważyła o dalszych losach tego wyjazdu. Wybrany przez nas krótszy wariant trasy, przez pierwsze 2 km prowadzi lekko w dół asfaltową drogą. Przez pół godziny takiego dreptania dosłownie zdarłam podeszwy w butach i nabawiłam się ogromnych pęcherzy na stopach. Od tego momentu każdy krok wiązał się z ogromnym bólem. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że wzięłam ze sobą najwygodniejsze, ale nieco już zużyte buty, zamiast tych najbardziej wytrzymałych. Mój błąd i nauczka na przyszłość. Nie wiem jak to się stało, że nie przewidziałam takiego finału.

Leonek i Bella w nosie mieli moje cierpienie. Z ich perspektywy, wybór tej trasy był jak najbardziej trafiony, bo po drodze znów były okazje do zamoczenia futerka 🙂

Asfalt w pewnym momencie przecina wspomniany już wyżej niebieski szlak na szczyt Smrk-a. Wspinaczka nim okazała się niezwykle mozolna. Co kilka kroków odsapka na kamieniu. W normalnych warunkach pewnie ta trasa nie zrobiłaby na mnie większego wrażenia, ale jest tak parno i duszno, że czuję się wycieńczona. Do tego ten piekielnie ciężki plecak i bolące stopy. Droga rzez mękę, dosłownie. Futrzaki idą grzecznie przy nodze, wydaje się, że na nich ta wspinaczka nie robi większego wrażenia. Na szczęście czym bliżej szczytu, tym szlak się bardziej spłaszcza i ponownie prowadzi po przyjemnych kładkach. No, teraz to już na luzie – dam radę.

Smrk - Schronisko na Stogu Izerskim. 

Żeby nie było tak kolorowo, pojawiają się nad nami czarne chmury, a w powietrzu czuć solidną burzę. Kto mnie zna, ten wie, że to dla mnie największa motywacja do podkręcenia tempa. Rekordu z uwagi na kondycję moich stóp nie pobiłam, ale na pewno był to jeden z najlepszych czasów przejścia w mojej historii.  Nie zatrzymujemy się nawet na Smrk-u, gdzie stoi bardzo fajna wieża widokowa. Robimy tylko szybkie zdjęcia i spadamy. Pomruki burzy słuchać z dwóch stron, nieźle się nad nami kotłuje. Dopiero widok schroniska sprawia, że się uspokajam. Jesteśmy dosłownie minutę przed burzą. Tym razem mieliśmy farta 🙂

Nocleg to koszt 50 zł/os, pieski przyjmowane są bez dopłat. Bez problemu można z nimi wejść również do sali restauracyjnej. Mają tu smaczne lane piwko w cenie 7 zł/0,5 l. i naprawdę niezły bigos. Warunki też całkiem względne, brakuje jedynie kontaktów w pokoju by podładować sprzęt. Najważniejsze, że jest czysto, wybrzydzać nie będziemy.

Po zmroku wychodzimy z Futrzakami na szybkie siku. Widok jest naprawdę piękny, więc cykamy kilka fotek. Na żywo było ładniej, naprawdę.

Dzień drugi - na Halę Izerską. 

Wstajemy rano po smacznie przespanej nocy w nowych śpiworkach. Pal sześć, że trzeba było je tu wnieść, naprawdę było warto 🙂 Dzięki temu zaoszczędziliśmy też 24 zł na dwóch kompletach pościeli. No kurde, grosz do grosza, a ponoć będzie kokosza 🙂

Pijemy szybką kawę i o dziewiątej zbieramy się do dalszej drogi. Kursuje już kolejka gondolowa, więc plącze się za dużo jak na nasz gust ludzi. Na pożegnanie robimy jeszcze tylko sesję zdjęciową z tarasu pod schroniskiem i lecimy dalej.

Niestety moje pęcherze nie zeszły w jakiś cudowny sposób podczas nocy. Dalej boli jak cholera, ale łudzę się, że może to jakoś rozchodzę. Całe szczęście, że chociaż nie jest tak ciepło jak wczoraj.

Ruszamy żółtym szlakiem na Halę Izerską. Drogowskaz wskazuje 2 godz 15 min drogi do położonej na Hali Chatki Górzystów. Moim żółwim tempem wyszło tym razem nieco więcej. Tym bardziej, że po drodze łapie nas przyjemny letni deszcz, który był świetnym pretekstem do odpoczynku w zadaszonej wiacie.

Dalsza droga przebiega już w słoneczku po w miarę płaskim terenie. Dotychczas było pusto, ale w okolicy Hali Izerskiej, gdzie łączą się szlaki turystyczne i stoi przyjemne schronisko, ludzi jest dość sporo. Postanawiamy zrobić sobie krótki popas na trawce, by dać moim stopom odpocząć. Nasze Futrzaki stanowią tu prawdziwą atrakcję dla innych turystów. Wszyscy reagują bardzo życzliwie.

Hala Izerska - Stacja Turystyczna Orle

Ostatnia godzinka do naszego dzisiejszego celu. Droga jest płaska, więc zmieniam turystyczne buty na sandały, w nadziei, że będzie mniej bolało 😀 Wyglądam jak typowa Grażyna, bo zestawiłam je, jakże stylowo, ze skarpetami 😀 No trudno, tu nie moda się liczy, a wygoda. Łukasz idzie kilka metrów przede mną, chyba nie chce się do mnie przyznawać. Na jego nieszczęście mamy takie same psy, które ewidentnie zdradzają, że jesteśmy razem 😀

Pół godziny później zaczyna padać. W sandałach niezbyt komfortowo szło by się w deszczu, ale właśnie zbliżamy się do turystycznej wiaty, więc postanawiamy na chwilkę przysiąść i przeczekać. Miejsce okazuje się genialne do spania na dziko. Do tego stopnia, że mamy ochotę olać nocleg w schronisku i tu zostać, ale wizja zimnego piwa skutecznie nas tym razem odwiodła od tego pomysłu

Pół godziny później przestaje padać, więc ruszamy dalej. Zostało nam tylko jakieś 20 min dreptania i będziemy na miejscu. Stację Turystyczną Orle odwiedzamy dopiero drugi raz w życiu. Noclegi mamy w starym budynku, więc jest troszkę taniej – 35 zł/os, pieski gratis. Warunki dość nieciekawe, głównie ze względu na wszechobecny brud, ale jedną noc jakoś wytrzymamy. W duchu cieszę się, że nie wypożyczamy tu pościeli (dodatkowe 8 zł/os) tylko mamy własny śpiwór.

Wszystko rekompensuje sielski odpoczynek w okolicy schroniska. Relaks na leżakach, cisza i spokój, pyszna grochówka (serio!) i zimne piwo. Obsługa zza wschodniej granicy też bardzo uprzejma, więc mimo drobnych niedogodności naprawdę z czystym sumieniem polecamy to miejsce. Istnieje tu też możliwość dojazdu samochodem z Jakuszyc i rozbicia namiotu na polanie. Całkiem fajna alternatywa.

Dzień trzeci - ostatni :( 

Nadszedł dzień powrotu. Poprzedniego wieczora przebiłam bąble na stopach, ale niestety wcale nie jest lepiej. Na szczęście do przejścia mamy tylko jakieś 5 km do Jizerki. Ruszamy zielonym szlakiem do granicy z Czechami, którą stanowi Karlovsky Most. Stamtąd skręcamy na żółty szlak, który zaprowadzi nas już prosto do samochodu.

Całość naszego pobytu w Izerach, od wyjścia z parkingu do powrotu do auta, to niespełna 48 godzin. W tym czasie przeszliśmy prawie 40 km. Żaden wyczyn, tym bardziej, że trasa głównie wiedzie po w miarę płaskim terenie. Gdyby nie upał i te piekielne bąble na podeszwach stóp, spokojnie można by ją wydłużyć, co też w przyszłości mamy w planie uczynić 🙂 Miejsca przez nas odwiedzone są w 100% psiolubne, a sama trasa dla Futrzaków nie stanowiła najmniejszego problemu.

No to co, kiedy ruszacie w drogę? 

Tylko pamiętajcie – rozsądnie wybierzcie buty 😀

Do zobaczenia na szlaku!

 

Tatrzańska Osterwa na czterech łapach 🐾 🐾

Od Tatrzańskiej Polanki do Popradzkiego Plesa
- subiektywny opis trasy :)

Wiecie co jest najgorsze w takiej wyprawie? Zdecydowanie budzik. Dzwoni o wpół do pierwszej w nocy i wyrywa nas ze smacznego,  ledwo co rozpoczętego snu. Horror dosłownie. Nawet Futrzaki nie chcą się dobrowolnie zwlec z łóżka o tej porze. Na szczęście prawie wszystko mamy już przygotowane. Zostaje nam tylko napełnić termosy, zrobić kawę na drogę i ruszamy.

O 1:00 siedzimy już w samochodzie, łudząc się, że kawa nas obudzi 😅 No mnie choć trochę musi, bo prowadzę, ale na Łukasza kofeina tradycyjnie nie działa. Zaraz po wypiciu kawy zasypia. Psy też mają w nosie całą tą wyprawę, od razu kładą się spać na tylnej kanapie. No trudno – nie będzie z kim pogadać po drodze, więc włączam głośniej radio. Jak zacznę śpiewać to się obudzę i jakoś dojedziemy 🙂

Cel : Tatrzańska Polanka 

Przed nami jakieś 190 km. drogi, wg. mapy jakieś 3 godz i 45 min. jazdy. Uwzględniając krótki postój na siku, powinniśmy dojechać na 5:00 rano. Damy radę, nie pierwszy i nie ostatni raz 🙂

Tatrzańska Polanka to niewielka, uzdrowiskowa miejscowość, położona u stóp najwyższego tatrzańskiego szczytu – Gerlachu – 2655 m n.p.m. Wiele osób obiera sobie ją za start, planując wyprawę na Polski Grzebień, Małą Wysoką czy właśnie na wspomniany Gerlach. Łatwo tu trafić, gdyż położona jest bezpośrednio przy tzw. Drodze Wolności, która łączy ze sobą podtatrzańskie miejscowości na Słowacji. Równolegle do drogi samochodowej biegną tory kolei elektrycznej, czyli sławnej „elektriczki”, która w Tatrzańskiej Polance ma jedną ze swoich stacji.

Na miejsce dojeżdżamy zgodnie z planem ok. 5 rano. O tej porze jeszcze znajdujemy wolne, bezpłatne miejsce postojowe. Parkujemy auto obok stacji „elektriczki”, po czym wychodzimy z samochodu i uderza nas przejmujący chłód. Jest 5 dzień lipca, a na dworze tylko 4 stopnie. W sumie nie ma się co dziwić, w końcu miejscowość, w której jesteśmy, leży na wysokości ponad 1000 m n.p.m. No nic, ubieramy kurtki i w drogę 😜 Żwawy marsz jakoś nas rozgrzeje.

Zielonym szlakiem do schroniska "Śląski Dom" 

Z Tatrzańskiej Polanki tylko jeden szlak wyprowadza nas w góry – nie da się tu zgubić. Trasa, którą idziemy, kilkakrotnie przecina asfaltową drogę dojazdową do schroniska. Nieco wyżej łączy się z Potokiem Wielickim, wzdłuż którego dojdziemy bezpośrednio do Wielickiego Stawu  i położonego nad nim dużego hotelu  o nazwie „Śląski Dom” (1667 m n.p.m.). Miejsce to jest przyjazne czworonogom, ale w naszym odczuciu drogie. Link do obiektu na booking.com macie tutaj.

Piesze przejście tego fragmentu szlaku trwa ok. 2 godziny. Nie napotkacie tu żadnych technicznych trudności. Do pokonania jest jednak ponad 650 metrów przewyższenia, więc u osób ze słabszą kondycją możliwa jest niewielka zadyszka 🙂 Pieski idą żwawo, jeszcze nie ma zapowiadanego upału, więc nie mają najmniejszego problemu z pokonaniem tej trasy na czterech łapkach 🐾🐾

Otoczenie Wielickiego Stawu naprawdę robi wrażenie. Bliskość wysokich, tatrzańskich szczytów i spokój o tej godzinie sprawiają, że decydujemy się na dłuższy odpoczynek, połączony ze śniadaniem nad brzegiem stawu. Ciszę kilka razy przecina jedynie helikopter, który prowadzi akurat akcję ratunkową w masywie Gerlachu.


Tatrzańską Magistralą do Batyżowieckiego Stawu

Kolejny odcinek trasy prowadzi głównym tatrzańskim szlakiem po słowackiej stronie Tatr – tzw. magistralą. Droga wiedzie głównie po dużych skalnych płytach i głazach, ale dla naszych czworonogów nie stanowi żadnego technicznego problemu. Za nami otwiera się widok na Sławkowski Szczyt, a po lewej stronie na Kotlinę Popradzką. Przejście tego odcinka szlaku trwa około 1 godz. Robi się ciepło, gdyż cały czas idziemy południowym, nasłonecznionym zboczem. W upalne dni może być to prawdziwa droga przez mękę dla czworonogów, ale dziś przyjemnie wieje wiatr, więc nie mamy trudności z pokonaniem tej trasy. W połowie drogi robimy tylko małą przerwę na uzupełnienie płynów.

Batyżowiecki Staw położony jest na wysokości 1884 m n.p.m. Powyżej lustra wody wznoszą się potężne tatrzańskie szczyty, w tym masyw „króla Tatr” – Gerlacha. Otoczenie skalistych szczytów robi na nas ogromne wrażenie, więc robimy w tym miejscu kolejną dłuższą przerwę. Uwierzcie mi, że wiele pięknych miejsc w Tatrach już widzieliśmy, ale cisza i spokój tego miejsca naprawdę hipnotyzują na całego. Żal było stamtąd odchodzić.

 

Najwyższy punkt programu: Przełęcz pod Osterwą.

Po długim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Trasa nadal wiedzie wzdłuż znakowanej na czerwono magistrali. Do przełęczy pod Osterwą mamy jakieś 1,5 godziny drogi. Pogoda jest piękna, a my właściwie nie mamy się gdzie spieszyć, więc idziemy powoli, delektując się widokami i ciesząc się słońcem. Wciąż wieje przyjemny wiatr. Na tej wysokości, szczęśliwie, nie ma zapowiadanego na ten dzień upału. Co jakiś czas robimy krótki postój na uzupełnienie płynów. Na szlak zawsze zabieramy ogromne ilości wody, zarówno dla siebie jak i dla psów. Plecaki początkowo naprawdę sporo ważą, ale w miarę pokonywania trasy pozbywamy się tego balastu i na plecach robi się znacznie lżej 🙂

Czym bliżej przełęczy, tym ciekawszy widok otwiera się na wprost nas, co bardzo motywuje do podkręcenia tempa. Po lewej stronie widzimy Szczyrbskie Jezioro i znany nam już szczyt Skrajnego Soliska (2093 m n.p.m.) Byliśmy tam rok temu, w trakcie mglistej i jeszcze zimowej pogody, jaka trafiła się nam w długi majowy weekend. Może kiedyś wrócimy tam w przyjemniejszych warunkach?

Jesteśmy na Przełęczy pod Osterwą (1966 m n.p.m), a wraz z nami dziesiątki innych turystów. Ludzie wchodzą tu całymi rodzinami trasą znad Popradzkiego Stawu, bo jest prosta i stosunkowo krótka. Nie jest łatwo o znalezienie ustronnego miejsca, ale udaje się. We znaki powoli daje się nam zmęczenie. Wstaliśmy przecież w środku nocy, by tu przyjechać. W planie co prawda było jeszcze zdobycie pobliskiej Tępej (2284 m n.p.m.), na którą nie prowadzi znakowany szlak turystyczny, ale mimo to chodzą tam całe rzesze turystów. Lenistwo wzięło tym razem górę i zamiast tego na przełęczy ucinamy sobie dłuuugą drzemkę 🙂

Budzi nas szczekanie psów. Podbiegł do nas jakiś „Kajtek”, z którym niekoniecznie nasze Futrzaki miały ochotę się zaprzyjaźniać. Awantura gotowa. W takich zatłoczonych miejscach zdecydowanie trzymamy psy na smyczy! Zresztą na terenie Parku Narodowego nigdzie nie puszczamy psów luzem. O tym mówią przepisy, a ich łamanie grozi mandatem! Pamiętajmy też o tym, że dotychczas Tatry słowackie pozostają otwarte dla czworonogów, ale czym więcej przypadków łamania regulaminu zostanie odnotowanych, tym szybciej może się to zmienić. Już w tym roku istniał projekt, w znacznym stopniu ograniczający wędrówki z czworonogiem u boku. Dotychczas nie został on wprowadzony w życie. Niewątpliwie do tego tematu będzie się jednak w przyszłości powracać, a postawa właścicieli psów i respektowanie przepisów będą miały tutaj kluczowe znaczenie.

Zakosami w dół, nad Popradzki Staw. 

Ostatnie spojrzenie z przełęczy na otaczającą nas panoramę. Widać stąd między innymi Rysy, Wysoką i Koprowy Wierch, a poniżej lustro wody Popradzkiego Stawu (1494 m n.p.m.) wraz z dużym schroniskiem przy brzegu. Miejsce to również akceptuje czworonogi, dla zainteresowanych wklejam link do obiektu. 

Zejście nad staw jest mega upierdliwe. Po pierwsze trochę strome, ale przede wszystkim nie możemy się pozbyć wrażenia, że ta droga nie ma końca. Jest niezwykle monotonna, przez co wydaje się nam, że idziemy bardzo długo. Dojście do schroniska zajmuje tymczasem niespełna 40 minut.

Upał! Wyżej cudownie wiał wiatr, tutaj rozpływamy się z gorąca. Ludzi jak mrówek, ciężko znaleźć wolne miejsce. Jesteśmy tak spragnieni, że ustawiamy się w kolejce po zimne piwo. Dla mnie radler, te 2% wypocę przecież zanim wrócimy do samochodu, dla Łukasza zimny Kelcik ❤ Pieski wypijają po miseczce wody i zasypiają pod stolikiem. Oprócz Belli i Leonka jest tu masa innych czworonogów, ale nikt nikomu nie wchodzi w drogę 🙂

Piekielnym asfaltem do "elektriczki" 

Tak, to zdecydowanie najbardziej znienawidzona przez nas część trasy. Droga wiedzie rozgrzanym asfaltem wśród dużej ilości turystów. Na szczęście to ostatnia prosta, a trasa trwa tylko godzinę. Tłum turystów na Słowacji to też nie to samo, co np. tłum w drodze nad Morskie Oko. Ludzi jest naprawdę dużo, ale mimo to jest znacznie luźniej. No i jakoś kulturalniej niż w Polsce. U nas ludzie słuchają głośno muzyki i drą się wniebogłosy. Nie żeby tu panowała cisza, ale jednak jest jakoś spokojniej.

Dochodzimy do stacji „elektriczki” Popradskie Pleso. Siadamy w cieniu i oczekujemy na pociąg. Wagoniki w sezonie jeżdżą mocno zapchane, ale dla nas to jedyna opcja powrotu do samochodu. Bez problemu wejdziecie do środka z pieskiem. Kagańce mieliśmy przygotowane i przypięte do obroży, ale nie zakładaliśmy psiakom z uwagi na upalny dzień. Bilety kupujemy poprzez wysłanie sms-a. Nr telefonu i treść wiadomości jaką należy wysłać, znajdziecie na każdej stacji jak i w wewnątrz pociągu. Kiedyś jednak, z duszą na ramieniu, przejechaliśmy na gapę, bo z uwagi na problem z roomingiem nie udało się nam wysłać sms-a i otrzymać biletu. Całe szczęście tym razem obyło się bez takich problemów. Nasze Futrzaki w pociągu były niemałą atrakcją dla turystów. Zmęczone, poszły grzecznie spać, wzbudzając szerokie uśmiechy na twarzach pozostałych towarzyszy podróży.

Z „elektriczki” wysiadamy na stacji Tatrzańska Polanka i zmierzamy prosto do auta. Żegnamy się z Tatrami. To był wspaniały, pełen wrażeń dzień dla naszej czwórki ❤❤❤❤🐾🐾🐾🐾

A za co tak właściwie kochamy słowackie Tatry? 
  1. Wiele już gór widzieliśmy, ale piękniejszych od Tatr jeszcze nie trafiliśmy. W Polsce leży tylko nieco ponad 22% tego pasma, pozostałe 78% leży po stronie słowackiej. Jest gdzie pochodzić.
  2. Od Tatr Bielskich, po Wysokie, a kończąc na Zachodnich – wszędzie jest pięknie. Różnorodność szlaków jest ogromna – każdy znajdzie tu coś dla siebie.
  3. Z uwagi na większą powierzchnię Tatr po słowackiej stronie, turyści jakoś rozpraszają się po różnych szlakach i dzięki temu jest trochę mniej tłoczno niż w Polsce. Pomiędzy bajki możecie jednak włożyć teksty, że na Słowacji szlaki są puste. Te najbardziej popularne są pełne turystów, choć mimo wszystko jakoś mniej zakorkowane.
  4. Niemal wszędzie można wejść z psem. Istniał co prawda projekt nowego regulaminu, który miałby ograniczyć wstęp ze zwierzętami, jednak Słowacy wycofali się póki co z tego pomysłu.
  5. Jest naprawdę blisko ❤ Z Tychów często wyruszamy na jednodniowe wyprawy – to naprawdę jest wykonalne.
  6. Brak opłat za wstęp do Parku Narodowego. W zamian za to warto się ubezpieczyć, gdyż za ewentualną akcję ratunkową zapewne zostanie wystawiony niemały rachunek. W niektórych miejscach znajdziecie też bezpłatne parkingi, ale większość to koszt 5 – 7 euro za dzień postoju.
To co, kiedy ruszacie na wycieczkę? 

Dajcie znać, jeśli nasza wyprawa okaże się dla Was inspiracją na kolejny górski wypad 🙂

My szykujemy już plecaki do kolejnych podróży!

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🐾🐾🐾🐾

Chorwacja – w poszukiwaniu słońca :)

Tego nie planowaliśmy, a przynajmniej nie podczas tegorocznej majówki. Jak już jednak wiecie, pogoda podczas pobytu na Słowenii nie co dzień była dla nas łaskawa. Trochę szkoda, bo planów mieliśmy naprawdę dużo, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Na Słowenię na pewno wrócimy, a tym razem jedziemy poszukać słońca w pobliskiej Chorwacji. Choć na jeden dzień, na kilka godzin 😀

gdzie jutro zaświeci słońce?

Wieczorem siedzimy i rozkminiamy pogodę. Źle to wygląda. W całej Słowenii deszcz, deszcz ze śniegiem, a nawet śnieg. Nie tak chcieliśmy spędzić tą majówkę. Tegoroczna wiosna nie była ani ciepła, ani ładna, więc takich warunków mamy już po kokardę. Chcemy słoneczka, albo chociaż żeby nie lało. Widzimy jeden jedyny, obiecujący punkcik na mapie. 22 stopnie i słońce – o to nam chodzi. Do pokonania mamy tylko 250 km. Trzy godziny w samochodzie i jesteśmy w słonecznym raju. Co to dla nas? 🙂 Postanowione – rano się pakujemy i jedziemy na Chorwację!

cel – pula 🙂

Coś tam kiedyś czytałam o tym miasteczku, ale w sumie to niewiele pamiętam. Łukaszowi wszystko jedno, czy jest tam coś do zwiedzania, byle było słońce. Jest już późno, nie ma czasu studiować internetów. Tym razem pojedziemy nieprzygotowani. Jak nie my:) Kto mnie zna, ten wie, że nigdzie nie ruszam się bez dokładnej analizy mapy 🙂 Tym razem robimy wyjątek. Ahoj przygodo 🙂

Podróż mija nam w ciągłym deszczu. Leon i Bella mają to kompletnie w nosie i całą drogę śpią na tylnej kanapie. No może prawie całą drogę 😉 Przekraczając granicę okazujemy dowody, wtedy budzą się i drą mordy po celniku 🙂 Nie dało się Futrzaków nie zauważyć, ale mimo to nikt nas nie prosi o ich dokumenty. Pamiętajcie jednak o tym, że trzeba się przygotować i psie paszporty mieć pod ręką w razie ewentualnej kontroli.

Czym bliżej celu tym większa nasza depresja. Nad nami wciąż czarne chmury i co kilka minut ulewnie pada deszcz. Marzymy o tym, by pogoda nie spłatała nam figla. Dopiero kilka kilometrów przed Pulą wychodzi słońce. Początkowo niepewnie, ale jednak. Dojeżdżamy na miejsce, wychodzimy z samochodu i uderza nas gorąco. 3 godziny temu w Bled było 3 stopnie, więc jesteśmy solidnie poubierani. Zdejmujemy bluzy, a kurtki na wszelki wypadek pakujemy do plecaka. Idziemy zobaczyć co fajnego to miasteczko ma do zaoferowania.

chorwacki rzym

No kurde, całkiem tu ładnie 😀 Pula to najstarsze miasto na wschodnim wybrzeżu Adriatyku i zachowało się tu kilka zabytków, pochodzących z czasów panowania Imperium Rzymskiego. Tworzy to niepowtarzalny klimat tego miejsca.

W pierwszej kolejności trafiamy na główny i najstarszy plac w mieście – Forum. Wokół znajdziemy zarówno urokliwe knajpki, jak i cenne zabytki. Jednym z nich z pewnością jest Świątynia Augusta. Budowla powstała na przełomie tysiącleci, pomiędzy  2 r. p.n.e. a 14 r. n.e. Na nas zrobiła naprawdę duże wrażenie 🙂 Obecnie w środku znajduje się muzeum, w którym można obejrzeć kolekcję kamiennych rzeźb. My robimy jedynie solidną sesję zdjęciową na zewnątrz Świątyni, na zwiedzanie wnętrza się nie decydujemy.

Obok stoi piękny Ratusz, który został wzniesiony w XIII w. Do dziś służy jako siedziba administracyjna miasta, ale również wspaniale zdobi ryneczek.

Naprawdę zaczyna się nam coraz bardziej podobać. Spacerując dalej między uliczkami trafiamy na znak wskazujący drogę do twierdzy. Bez wahania kierujemy się za drogowskazem pod górę. Twierdza mieści się na najwyższym wzniesieniu w mieście, więc z jej murów wspaniale widać okolicę. Wewnątrz znajduje się muzeum historyczne, którego tradycyjnie nie zwiedzamy. Zresztą jest tam wyraźny zakaz wejścia ze zwierzętami, więc wiele osób z pieskami siedzi w cieniu drzew przed wejściem i czeka na zwiedzających współtowarzyszy. Spotykamy tu m.in psią parkę beagle & basset. Leon i Bella nawiązują więc nowe znajomości 🙂

Obok murów twierdzy widzimy wąską ścieżkę. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zbadali dokąd prowadzi 🙂 Tym sposobem trafiamy na fajny, trochę dziki punkt widokowy, gdzie robimy sobie krótką przerwę. Wyciągamy z plecaka termos z kawą i upieczone rano bułeczki z domowym dżemem. Pieski piją wodę, po czym zasypiają w cieniu. Odpoczywając, oglądamy miasto z góry i dostrzegamy budowlę, wyglądającą z daleka jak rzymskie Koloseum. Już wiemy, w którym kierunku dalej zmierzać 🙂

Po drodze, trochę przez przypadek, trafiamy na najstarszy zachowany zabytek architektury rzymskiej w Puli – Bramę Herkulesa. Swoją nazwę brama ta zawdzięcza antycznemu opiekunowi miasta. Ponad nią wyrzeźbione są głowa i maczuga Herkulesa.

W końcu dochodzimy do amfiteatru. Bez wątpienia jest to jedna z największych atrakcji miasta, co potwierdza również ilość turystów w okolicy. Miejsce popularnie zwie się Areną, wewnątrz której w starożytnych czasach odbywały się walki gladiatorów. Jest to szósta pod względem wielkości tego typu budowla na świecie. W czasach swojej świetności mogła pomieścić ok. 23 tys. osób. Obecnie amfiteatr służy jako miejsce koncertów i innych wydarzeń kulturalnych. Samą budowlę szpecą jedynie zaparkowane w pobliżu samochody i bliskość głównej, ruchliwej ulicy w mieście. Jakoś tak trochę mi to nie współgra, ale może się czepiam…

ZARAZ, ZARAZ… A GDZIE TU JEST MORZE?

Dobra, trzeba przyznać, że Pula zrobiła na nas wrażenie. Dosyć jednak tego zwiedzania i łażenia, gdzie jest morze ja się pytam??? Gdzieś tam jakąś wodę było widać, ale plaży to w tym mieście chyba nie ma. Żar leje się z nieba, cała nasza czwórka marzy już tylko o chwili lenistwa. Włączamy wujka google i namierzamy małą plażę nad zatoką, do której pieszo mamy dojść w 45 min. No nic, kawał drogi, ale nie zamierzamy rezygnować z tego pomysłu. Kupujemy zimne piwo, ładujemy je do plecaka i w drogę. Po drodze gubimy się kilka razy, więc dopiero po jakiejś godzinie docieramy na miejsce. Wtedy zrozumieliśmy, jaką głupotą było iść tu pieszo. Przecież trzeba będzie jeszcze wrócić do centrum po auto 😀 Tym bardziej, że jesteśmy tu przed sezonem, a wokół plaży jest pełno miejsca do bezpłatnego parkowania.

Jesteśmy na Valsaline Beach, gdzie o tej porze roku nie spotkaliśmy się z żadnym zakazem dotyczącym wprowadzania zwierząt. Plaża wydaje się być raczej kameralna. Położona jest nad niewielką zatoką, głównie żwirowa, więc warto dla bardziej wrażliwych psich łapek wyposażyć się w buciki. Miejsca do opalania nie brakuje też na betonowych pomostach, na trawie czy na kamiennych głazach wzdłuż brzegu. W sezonie działa tu restauracja, bar na plaży i mały park wodny. Póki co – cisza i spokój. Nasze Futrzaki chętnie skorzystały z możliwości kąpieli. Nawet Bella, która dotychczas za pluskaniem w morzu nie przepadała. Co się dziwić, woda miała 16°C, więc przyjemnie chłodziła rozgrzane futerka.

To była nasza pierwsza wizyta w Chorwacji wiec oboje z Łukaszem byliśmy zachwyceni czystością i kolorem wody. Z pewnością w te okolice wrócimy, ale zdecydowanie na dłuższy wypoczynek. Półwysep Istria wydaje się naprawdę fajnym pomysłem na spędzenie urlopu 🙂

No to co, jedziecie na chorwację?

Tak naprawdę widzieliśmy niewiele, a na Chorwacji spędziliśmy jedynie pół dnia. Nie uznajemy siebie za ekspertów, więc jeśli nie mamy racji – poprawcie nas.

  • Chorwacja wydaje się być dość tania. Przynajmniej w porównaniu z drożyzną na Słowenii. Począwszy od noclegów, poprzez parking, zakup pamiątek, po piwo czy lody – wszystko mamy naprawdę znacząco taniej niż w pobliskiej Słowenii. Z pewnością jest to jeden z powodów, dla których nasi rodacy masowo co roku wyjeżdżają tu na wczasy.
  • Jest naprawdę blisko! To ogromny atut, szczególnie jeśli mieszkacie na południu Polski, tak jak my. Z Tychów do Puli jest jakieś 950 km,  które można pokonać w mniej niż 10 godz jazdy samochodem. Trasa wiedzie głównie po autostradach, a widoki po drodze są bardzo zróżnicowane i ciekawe. Jest czym nacieszyć oczy.
  • Do kosztu paliwa trzeba doliczyć koszt winiety. Najpopularniejsza droga wiedzie przez Czechy, Austrię i Słowenię – w każdym z tych Państw taką winietę trzeba posiadać. W Chorwacji za autostradę płacimy tak jak w Polsce, na bramkach. Wjeżdżając bierzemy bilecik, przy wyjeździe płacimy za przebyty odcinek. Płatność możliwa jest gotówką w lokalnych kunach lub w euro, ewentualnie kartą płatniczą. Przy płatności w euro trzeba pamiętać, że przelicznik będzie mało korzystny, a kasjerka i tak zapewne wyda Wam resztę w kunach.
  • Chorwacja leży poza strefą Schengen, więc na granicy trzeba okazać dokumenty : dowód osobisty lub paszport. Pamiętajcie o paszportach da zwierzaków – naszych nie sprawdzali, ale z pewnością wyrywkowo dokonują takich kontroli. Brak dokumentów może się wiązać z odmową wjazdu na terytorium kraju! W sezonie na granicy, jak i na bramkach na autostradzie bywają spore korki.
  • Pieski mile widziane 🙂 Jedyny zakaz z jakim się spotkaliśmy, widniał przy wejściu do twierdzy. Poza tym żadnych tabliczek z zakazami czy innych takich. Nawet w fontannie pieski mogły się spokojnie pluskać. W okolicy Puli bez problemu znajdziecie też plaże, na które swobodnie wejdziecie z czworonożnym przyjacielem, wystarczy wygooglować 😀

życzymy mIŁEGO WYPOCZYNKU 🙂

Mamy nadzieje, że nasze zdjęcia wystarczająco zachęciły Was do odwiedzenia Puli.

PS. Dajcie koniecznie znać jak było 🙂

 

 

 

Słowenia – mały kraj z wielką duszą

Emocje po majówce już dawno opadły, jednak z tej wyprawy zachowaliśmy wiele pięknych wspomnień, które odżyły w nas po wczorajszej prezentacji zdjęć w rodzinnym gronie.

Wiele zdjęć z tej podróży znajdziecie już na naszym Instagramie i Facebooku, a odnośniki do naszych profili społecznościowych znajdują się pod głównym menu na blogu.

Dlaczego w ogóle warto wybrać się do Słowenii?

Powierzchnia tego kraju jest mniejsza niż  województwo zachodniopomorskie, ale dzięki temu, gdziekolwiek się nie zatrzymamy, będziemy mieć możliwość naprawdę dużo zwiedzić. Biorąc pod uwagę tak mały obszar,  zadziwiające jest wręcz nagromadzenie atrakcyjnych miejsc wartych odwiedzenia. Tu właściwie każdy znajdzie coś dla siebie: zamki, jaskinie, doliny, wodospady, jeziora, morze czy górskie trasy o różnym zaawansowaniu trudności. Dalej zastanawiacie się czy warto tu przyjechać?

Cel podróży : Bled 🙂

Dla nas była to pierwsza wizyta w tym kraju, a za nasze miejsce wypadowe wybraliśmy osławiony Bled. Miejscowość ta znana była nam z folderów reklamujących Słowenię i trzeba przyznać, że naprawdę jest tam pięknie. Nocleg tradycyjnie znajdujemy na booking.com i jak zwykle jesteśmy bardzo zadowoleni z tego wyboru. Jeśli przyda się komuś namiar, tutaj wklejam bezpośredni link do obiektu. Apartament zawiera wszystko, co może być potrzebne, a za jedną z głównych jego zalet uznajemy świetnie wyposażona kuchnię, w której mieliśmy możliwość samodzielnie przygotowywać posiłki. Dla tych co szukają oszczędności, to naprawdę duże udogodnienie, tym bardziej, że Słowenia do tanich miejsc nie należy. Jeśli dodać do tego balkon ze wspaniałym widokiem na pasmo Karawanków, możliwość oglądania codziennie zjawiskowych wschodów słońca, przemiłą gospodynię i darmowy nocleg dla naszych Futrzaków, to czego można by chcieć więcej? 😍

W maju nad Bledem tłumów nie stwierdzono, ale w szczycie sezonu bywa tu podobno tłoczno. Szukając miejsca do zaparkowania auta kierujcie się w okolice dworca kolejowego Bled Jezero. W czasie naszego pobytu miejsca było tam sporo i co ważne parking był bezpłatny, w odróżnieniu od tych w centrum miasteczka. Miejscowość uważamy za bardzo psiolubną. Niemal przy każdym śmietniku znaleźć można woreczki na psie 💩, a w wielu miejscach również poidełka z wodą dla zwierzaków. Niestety, z uwagi na napięty harmonogram pobytu, nie dotarliśmy na zamek ani na wysepkę na środku jeziora, ale tam gdzie byliśmy nigdzie nie spotkaliśmy się z zakazem wejścia ze zwierzętami.

Obowiązkowo jednego dnia wchodzimy na sławny punkt widokowy Ojstrica. Teraz mamy własne zdjęcia, podobne do tych, które znajdują się na większości pocztówek z Bledu.

Vintgar – must-see wizyty w Słowenii 🙂

Nieopodal Bled znajduje się jedna z największych atrakcji Słowenii – wąwóz Vintgar. Wejście do niego kosztuje 9 euro, pieski zwiedzają za darmo. Dodatkowo płatny jest parking, jeśli dobrze pamiętam było to ok. 4 euro. Polecamy wizytę w tym miejscu wcześnie rano lub późnym popołudniem, gdyż wąwóz odwiedza ogromna ilość turystów, przez co w ciągu dnia wąskie kładki po prostu się korkują.  Jeśli nie traficie na dzikie tłumy w tym miejscu, to wędrówka w obie strony nie powinna zająć więcej niż 1,5 godziny. Miejsce to wręcz zachwyca swoim urokiem. Musicie uwierzyć mi na słowo, że na żywo prezentuje się jeszcze lepiej niż na zdjęciach.

Na samym końcu wąwozu znajduje się niewielki, ale ładny wodospad  Šum, a tuż za nim mała knajpka, w której można się napić lokalnego piwka.


Jeśli nie Bled, to co?

Jeśli przyjeżdżając do Słowenii  za swoją bazę wypadową wybierzecie okolice jeziora Bohinj, również nie będziecie zawiedzeni. Co więcej – mimo tak fajnej kwatery jaką mieliśmy w Bled, następnym razem na 100% zatrzymamy się gdzieś w okolicy Starej Fužiny . Żałujemy bardzo, że nie wystarczyło nam czasu na spacer wokół tego pięknego jeziora i między innymi dlatego planujemy już kolejną wizytę w Słowenii.

Atrakcje Doliny Bohinj.

Dolina Bohinj do zaoferowania ma znacznie więcej niż tylko jezioro. Do jednej z większych atrakcji śmiało można zaliczyć Centrum Narciarskie Vogel. Zimą jest to idealne miejsce dla narciarzy, latem zaś idealny punkt wypadowy na okoliczne szczyty. Wjazd kolejką gondolową zajmuje niespełna 5 minut, ale niestety do tanich nie należy. 20 euro od osoby to naszym zdaniem spory wydatek za tą chwilę wątpliwej jak dla nas przyjemności. Koszt biletu dla zwierzaka to dodatkowe 4 euro. Plusem jest jedynie darmowy parking pod dolną stacją kolejki. Z reguły unikamy takich atrakcji, wychodząc z założenia, że góra jest zdobyta tylko wtedy, gdy wejdziemy na nią o własnych siłach. Tym razem jednak decydujemy się na wjazd tym ustrojstwem, bo atrakcji na Słowenii jest sporo, a czasu mało, niestety. Wybierając się z psem należy mieć kaganiec w zanadrzu, choć nam nie kazali go tym razem zakładać.

O ileż większa byłaby nasza satysfakcja, gdybyśmy tam weszli na własnych nogach/łapkach 🙂 Na szczęście piękny widok na jezioro Bohinj i zaśnieżone Alpy Julijskie w tle, tym razem był wart tego odstępstwa 🗻🗻🗻😍😍😍

To jednak wciąż nie koniec atrakcji, jakie dolina Bohinj ma do zaoferowania. W odległości kilku kilometrów od dolnej stacji kolejki znajduje się Wodospad Savica. Jest to jeden z najczęściej odwiedzanych wodospadów w Słowenii, więc należy się nastawić, że bywa tu tłoczno. Dojście do niego od parkingu zajmuje ok 20 minut, a droga pnie się pod górę głównie po schodkach. Po drodze jest kilka miejsc, gdzie można zrobić sobie krótką przerwę.

Bardzo żałowaliśmy, że nie da się podejść bliżej pod wodospad, a szlak skończył się na metalowej bramie 😒
Co tu jednak dużo gadać, miejsce jest piękne i pomimo otaczających nas tłumów warte odwiedzenia. Wstęp tak samo jak parking kosztuje 3 euro, a pieski spacerują za darmo 🐾🐕🐾🐕🐾

A może by tak odwiedzić stolicę ?

Pomysłów na spędzenie wolnego czasu w okolicy naprawdę nie brakuje, jednak nasze plany musiały zmieniać się równie dynamicznie jak pogoda. Przez kolejne trzy dni naszego pobytu w Bled niemal nieprzerwanie padał deszcz, deszcz ze śniegiem, a w wyżej położonych rejonach, które mieliśmy w planie odwiedzić, również śnieg. Całe szczęście, że zawsze podróżujemy własnym samochodem! Dało nam to możliwość wybierać te miejsca do odwiedzenia, gdzie prognozy pogody były bardziej zachęcające 🙂  W ten oto sposób trafiliśmy m.in. do centralnej części tego małego kraju, gdzie leży jego stolica – Ljubljana. Auto bezpiecznie można zaparkować na dużym, bezpłatnym parkingu pod cmentarzem Žale. Jeśli będziecie bez piesków – warto tam zajrzeć, bo miejsce wydaje się niezwykle interesujące architektonicznie. Stamtąd do centrum miasta mamy jakieś 3 km. spacerkiem.

Kierując się w stronę Starego Miasta mijamy niemal same nieciekawe budynki i brzydki dworzec kolejowy. Pogoda nie rozpieszcza, co jakiś czas pada deszcz. Na miejscu okazuje się jednak, że warto było trochę zmoknąć, by zobaczyć to, co Lublana ma najlepszego do zaoferowania.

Niestety podczas naszego spaceru po starówce solidnie się rozpadało, więc nie dotarliśmy na Wzgórze Zamkowe 🙁  Szkoda, bo to prawdopodobnie największa atrakcja tego miasta. Na pocieszenie wcinamy pyszny burek z serowym nadzieniem i obiecujemy sobie, że jeszcze tu wrócimy 🙂

Piran – prawdziwa perła Adriatyku!

Wracamy do auta i uciekamy od deszczu w stronę słoweńskiego wybrzeża. Naszym celem jest Piran, oddalony o ok. 1,5 godz drogi autem od stolicy.
Samochód zostawiamy na płatnym parkingu, w odległości około 10 min od wyłączonego z ruchu zabytkowego centrum miasteczka. Jeszcze nie wiemy, że zaraz za zakrętem naszym oczom okaże się taki widok <3

Miasteczko położone jest na skalistym cyplu, który opada wprost do morza. Trzeba przyznać, że prezentuje się się wyjątkowo fotogenicznie i malowniczo. Już wiemy dlaczego mówi się, że Piran to prawdziwa perełka słoweńskiego wybrzeża. Bez dwóch zdań zasługuje na to miano, o czym przekonujemy się z każdą chwilą bardziej. Po jego wąskich, krętych uliczkach chce się spacerować bez końca. Trudno nie zakochać się w tym miejscu 😍

Szczególnie urzekająco Piran przedstawia się z naszej ulubionej perspektywy, czyli widziany z góry.  Czerwone dachy zabudowań miejskich oraz Adriatyk tworzą piękną dla oczu kompozycję 🌅 Zresztą spójrzcie sami 🙂

Na próżno szukać tu rozległych plaż, za to historyczne centrum miasta robi naprawdę wspaniałe wrażenie. Nie spotkaliśmy tu tłumu turystów, za to wszyscy bardzo życzliwie podchodzili do naszych Futrzaków. Zakaz wstępu ze zwierzętami obejmował tylko mury miejskie oraz widokową wieżę kościoła św. Jerzego.

W drodze powrotnej na parking, postanawiamy jeszcze zajrzeć do portu. W ten sposób zyskujemy zupełnie nowe spojrzenie na to wspaniałe miasteczko.

Żal było stamtąd wyjeżdżać. Zdecydowanie warto przyjechać tam nawet w drodze do lub z Chorwacji. Z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

Co by tu jeszcze można zobaczyć?

W Słowenii miejsc do odwiedzenia jet naprawdę dużo.
Wiele pomysłów znajdziecie w poniższym filmiku, który również dla nas był inspiracją do wyjazdu w te rejony.

Autorzy tego filmiku prowadzą też fajnego bloga, podrzucam  link do strony. 

Coś na deser 🙂

Z wszystkich tych wspaniałych miejsc, nam udało się „zobaczyć” jeszcze tylko Planicę. Sceneria, jak na maj, była jednak dość nietypowa 🙂

Cała reszta atrakcji wciąż znajduje się na naszej liście miejsc, które koniecznie musimy odwiedzić. Kto wie, może jeszcze w tym roku zawitamy w Słowenii ponownie? 🙂

Ps. Podobało się Wam? Dajcie po sobie znać, że czytacie 🙂

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Wolna niedziela i ładna pogoda – zwykle nie potrzebujemy większej zachęty do wypadu za miasto. Tym razem jednak już w sobotę zaczęliśmy szukać  wymówek, by zostać w domu. Dlaczego? Popołudniowa półgodzinna drzemka zamieniła się w trzygodzinny twardy sen, przez co w nocy długo nie mogliśmy zasnąć. Niewyspani, bez entuzjazmu spakowaliśmy jednak rano plecaki i pojechaliśmy przed siebie. Przecież szkoda dnia na siedzenie w domu 😀

Obraliśmy kurs na Stryszawę, by zaliczyć odkładaną już od kilku lat trasę na Jałowiec. Wybór idealny, jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, tak by za bardzo się nie zmęczyć, a jednak trochę się poruszać i nacieszyć oczy ładnymi widokami.

Jałowiec mierzy 1111 m n.p.m i leży właściwie na pograniczu Beskidu Żywieckiego i Makowskiego. Pasmo Jałowieckie od południa graniczy z Pasmem Babiej Góry, dzięki czemu ze szczytu i pobliskich przełęczy mamy świetny widok na Królową Beskidów.

Trasa ze Stryszawy jest pozbawiona jakichkolwiek trudności technicznych. Pętelka mierzy nieco ponad 12 kilometrów, w trakcie których pokonamy niecałe 600 metrów różnicy wzniesień. Bez problemu do przejścia przez każdego, zarówno na dwóch jak i na czterech łapach. W odróżnieniu od pobliskiej Babiej Góry – na legalu można wędrować z psami 🙂

Parkujemy auto przy zielonym szlaku, którym zamierzamy schodzić, Miejsca jest raptem na kilka samochodów, więc jeśli nie uda się Wam zaparkować w tym miejscu, to jadąc dalej w kierunku Roztoki jest niewielki parking po lewej stronie szosy. My tą drogę pokonujemy już pieszo. Leon i Bella nadają tempo wędrówce Wiedzą, że czeka ich nowa przygoda i dłuuugi spacer wśród ciekawych zapachów.

 

Dochodzimy do miejsca, w którym rozpoczyna się żółty szlak na Polanę Krawcową. Droga  wznosi się początkowo łagodnie wzdłuż zabudowań. Następnie idziemy wzdłuż strumyka, na którym dostrzegamy niewielki, ale malowniczy wodospad. Zaraz za nim szlak odbija w lewo, pozwalając podejść po schodkach wprost pod kaskadę.

Czujemy przyjemny chłód wody. Wskakujemy na skałkę, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i idziemy dalej.

Szlak pnie się w górę wśród pachnącego lasu. W tygodniu trwa tu obecnie zrywka drewna, więc całą drogę idziemy w błocie. Na psach nie robi to żadnego wrażenia, ale my ślizgamy się z każdym krokiem. W duchu narzekam, że
mogłam siedzieć w domu 🙂

 

Polana okazuje się zalesiona, nie ma stąd spektakularnych widoków, ale jest ławeczka, na której postanawiamy chwilkę odpocząć. Psy biegają luzem i urządzają sobie kąpiele błotne 🙂 Gdy wyciągamy kanapki siadają obok i czekają na ostatni kęs – wiedzą, że zawsze jest przeznaczony dla nich.

Po jakiś 15 min. ruszamy do dalszej drogi. Szlak zmienia kolor na niebieski.

 

Tu dołączają do nas dwie osoby, więc już w towarzystwie idziemy aż do szczytu. Momentami droga pnie się ostro w górę, więc zatrzymujemy się co jakiś czas na wyregulowanie oddechu. Pieski idą spokojnie na luźnej smyczy, nie forsują się w takich miejscach. Chwilę przed szczytem szlak robi się łagodniejszy.

Jesteśmy na Jałowcu. Naszym oczom ukazuje się piękny widok na Pilsko i Babią Górę. Postanawiamy zrobić dłuższy odpoczynek na trawce. Miejsca jest naprawdę dużo. Poza nami są tu przecież tylko dwie osoby. Puszczamy psy ze smyczy. Bella po krótkim rekonesansie wybiera odpoczynek  w naszym towarzystwie, a Leon znajduje patyk, który rozkazuje sobie rzucać 🙂 Zabawa na całego. Jest sielsko i błogo, więc spędzamy tu dobrych pół godziny. W międzyczasie na szczyt dociera tylko jedna osoba na rowerze. Cisza i spokój, można odpocząć. Już nie żałuję, że się tu wybrałam.

Kolor szlaku na szczycie z powrotem zmienia się na żółty. Znak wskazuje,że mamy 20 min do prywatnego schroniska na przełęczy Opaczne.  Nie wchodzimy do środka, jednak oszałamiający widok na Królową Babią Górę karze się zatrzymać i napić się herbaty na ławeczce.

Nieco się chmurzy, więc sprawdzam radar burzowy w telefonie. Ponoć nadciąga deszcz, więc ubieramy kurtki i idziemy dalej w stronę przełęczy Kolędówka. Kilka minut później faktycznie nadciąga ulewa.

Deszcz jest intensywny, ale ciepły i przyjemny. Niestety droga z powrotem staje się bagienna, więc idziemy umazani błotem po same tyłki. Na przełęczy skręcamy na zielony szlak, który ma nas doprowadzić bezpośrednio do samochodu. Kawałek później przestaje padać i wychodzi słońce. Las zaczyna jeszcze intensywniej pachnieć. Ściągamy przemoczone kurtki ciesząc się promieniami wiosennego słońca. Dochodzimy do pierwszych zabudowań. Jest tak pięknie, że postanawiamy znów usiąść na chwilkę na ławeczce. Nie musimy się przecież nigdzie spieszyć. Bella z upodobaniem wcina sobie świeżą, mokrą trawę. Leon z kolei wygląda, jakby marzył o łóżeczku i kołderce 🙂