Słowenia – mały kraj z wielką duszą

Emocje po majówce już dawno opadły, jednak z tej wyprawy zachowaliśmy wiele pięknych wspomnień, które odżyły w nas po wczorajszej prezentacji zdjęć w rodzinnym gronie.

Wiele zdjęć z tej podróży znajdziecie już na naszym Instagramie i Facebooku, a odnośniki do naszych profili społecznościowych znajdują się pod głównym menu na blogu.

Dlaczego w ogóle warto wybrać się do Słowenii?

Powierzchnia tego kraju jest mniejsza niż  województwo zachodniopomorskie, ale dzięki temu, gdziekolwiek się nie zatrzymamy, będziemy mieć możliwość naprawdę dużo zwiedzić. Biorąc pod uwagę tak mały obszar,  zadziwiające jest wręcz nagromadzenie atrakcyjnych miejsc wartych odwiedzenia. Tu właściwie każdy znajdzie coś dla siebie: zamki, jaskinie, doliny, wodospady, jeziora, morze czy górskie trasy o różnym zaawansowaniu trudności. Dalej zastanawiacie się czy warto tu przyjechać?

Cel podróży : Bled 🙂

Dla nas była to pierwsza wizyta w tym kraju, a za nasze miejsce wypadowe wybraliśmy osławiony Bled. Miejscowość ta znana była nam z folderów reklamujących Słowenię i trzeba przyznać, że naprawdę jest tam pięknie. Nocleg tradycyjnie znajdujemy na booking.com i jak zwykle jesteśmy bardzo zadowoleni z tego wyboru. Jeśli przyda się komuś namiar, tutaj wklejam bezpośredni link do obiektu. Apartament zawiera wszystko, co może być potrzebne, a za jedną z głównych jego zalet uznajemy świetnie wyposażona kuchnię, w której mieliśmy możliwość samodzielnie przygotowywać posiłki. Dla tych co szukają oszczędności, to naprawdę duże udogodnienie, tym bardziej, że Słowenia do tanich miejsc nie należy. Jeśli dodać do tego balkon ze wspaniałym widokiem na pasmo Karawanków, możliwość oglądania codziennie zjawiskowych wschodów słońca, przemiłą gospodynię i darmowy nocleg dla naszych Futrzaków, to czego można by chcieć więcej? 😍

W maju nad Bledem tłumów nie stwierdzono, ale w szczycie sezonu bywa tu podobno tłoczno. Szukając miejsca do zaparkowania auta kierujcie się w okolice dworca kolejowego Bled Jezero. W czasie naszego pobytu miejsca było tam sporo i co ważne parking był bezpłatny, w odróżnieniu od tych w centrum miasteczka. Miejscowość uważamy za bardzo psiolubną. Niemal przy każdym śmietniku znaleźć można woreczki na psie 💩, a w wielu miejscach również poidełka z wodą dla zwierzaków. Niestety, z uwagi na napięty harmonogram pobytu, nie dotarliśmy na zamek ani na wysepkę na środku jeziora, ale tam gdzie byliśmy nigdzie nie spotkaliśmy się z zakazem wejścia ze zwierzętami.

Obowiązkowo jednego dnia wchodzimy na sławny punkt widokowy Ojstrica. Teraz mamy własne zdjęcia, podobne do tych, które znajdują się na większości pocztówek z Bledu.

Vintgar – must-see wizyty w Słowenii 🙂

Nieopodal Bled znajduje się jedna z największych atrakcji Słowenii – wąwóz Vintgar. Wejście do niego kosztuje 9 euro, pieski zwiedzają za darmo. Dodatkowo płatny jest parking, jeśli dobrze pamiętam było to ok. 4 euro. Polecamy wizytę w tym miejscu wcześnie rano lub późnym popołudniem, gdyż wąwóz odwiedza ogromna ilość turystów, przez co w ciągu dnia wąskie kładki po prostu się korkują.  Jeśli nie traficie na dzikie tłumy w tym miejscu, to wędrówka w obie strony nie powinna zająć więcej niż 1,5 godziny. Miejsce to wręcz zachwyca swoim urokiem. Musicie uwierzyć mi na słowo, że na żywo prezentuje się jeszcze lepiej niż na zdjęciach.

Na samym końcu wąwozu znajduje się niewielki, ale ładny wodospad  Šum, a tuż za nim mała knajpka, w której można się napić lokalnego piwka.


Jeśli nie Bled, to co?

Jeśli przyjeżdżając do Słowenii  za swoją bazę wypadową wybierzecie okolice jeziora Bohinj, również nie będziecie zawiedzeni. Co więcej – mimo tak fajnej kwatery jaką mieliśmy w Bled, następnym razem na 100% zatrzymamy się gdzieś w okolicy Starej Fužiny . Żałujemy bardzo, że nie wystarczyło nam czasu na spacer wokół tego pięknego jeziora i między innymi dlatego planujemy już kolejną wizytę w Słowenii.

Atrakcje Doliny Bohinj.

Dolina Bohinj do zaoferowania ma znacznie więcej niż tylko jezioro. Do jednej z większych atrakcji śmiało można zaliczyć Centrum Narciarskie Vogel. Zimą jest to idealne miejsce dla narciarzy, latem zaś idealny punkt wypadowy na okoliczne szczyty. Wjazd kolejką gondolową zajmuje niespełna 5 minut, ale niestety do tanich nie należy. 20 euro od osoby to naszym zdaniem spory wydatek za tą chwilę wątpliwej jak dla nas przyjemności. Koszt biletu dla zwierzaka to dodatkowe 4 euro. Plusem jest jedynie darmowy parking pod dolną stacją kolejki. Z reguły unikamy takich atrakcji, wychodząc z założenia, że góra jest zdobyta tylko wtedy, gdy wejdziemy na nią o własnych siłach. Tym razem jednak decydujemy się na wjazd tym ustrojstwem, bo atrakcji na Słowenii jest sporo, a czasu mało, niestety. Wybierając się z psem należy mieć kaganiec w zanadrzu, choć nam nie kazali go tym razem zakładać.

O ileż większa byłaby nasza satysfakcja, gdybyśmy tam weszli na własnych nogach/łapkach 🙂 Na szczęście piękny widok na jezioro Bohinj i zaśnieżone Alpy Julijskie w tle, tym razem był wart tego odstępstwa 🗻🗻🗻😍😍😍

To jednak wciąż nie koniec atrakcji, jakie dolina Bohinj ma do zaoferowania. W odległości kilku kilometrów od dolnej stacji kolejki znajduje się Wodospad Savica. Jest to jeden z najczęściej odwiedzanych wodospadów w Słowenii, więc należy się nastawić, że bywa tu tłoczno. Dojście do niego od parkingu zajmuje ok 20 minut, a droga pnie się pod górę głównie po schodkach. Po drodze jest kilka miejsc, gdzie można zrobić sobie krótką przerwę.

Bardzo żałowaliśmy, że nie da się podejść bliżej pod wodospad, a szlak skończył się na metalowej bramie 😒
Co tu jednak dużo gadać, miejsce jest piękne i pomimo otaczających nas tłumów warte odwiedzenia. Wstęp tak samo jak parking kosztuje 3 euro, a pieski spacerują za darmo 🐾🐕🐾🐕🐾

A może by tak odwiedzić stolicę ?

Pomysłów na spędzenie wolnego czasu w okolicy naprawdę nie brakuje, jednak nasze plany musiały zmieniać się równie dynamicznie jak pogoda. Przez kolejne trzy dni naszego pobytu w Bled niemal nieprzerwanie padał deszcz, deszcz ze śniegiem, a w wyżej położonych rejonach, które mieliśmy w planie odwiedzić, również śnieg. Całe szczęście, że zawsze podróżujemy własnym samochodem! Dało nam to możliwość wybierać te miejsca do odwiedzenia, gdzie prognozy pogody były bardziej zachęcające 🙂  W ten oto sposób trafiliśmy m.in. do centralnej części tego małego kraju, gdzie leży jego stolica – Ljubljana. Auto bezpiecznie można zaparkować na dużym, bezpłatnym parkingu pod cmentarzem Žale. Jeśli będziecie bez piesków – warto tam zajrzeć, bo miejsce wydaje się niezwykle interesujące architektonicznie. Stamtąd do centrum miasta mamy jakieś 3 km. spacerkiem.

Kierując się w stronę Starego Miasta mijamy niemal same nieciekawe budynki i brzydki dworzec kolejowy. Pogoda nie rozpieszcza, co jakiś czas pada deszcz. Na miejscu okazuje się jednak, że warto było trochę zmoknąć, by zobaczyć to, co Lublana ma najlepszego do zaoferowania.

Niestety podczas naszego spaceru po starówce solidnie się rozpadało, więc nie dotarliśmy na Wzgórze Zamkowe 🙁  Szkoda, bo to prawdopodobnie największa atrakcja tego miasta. Na pocieszenie wcinamy pyszny burek z serowym nadzieniem i obiecujemy sobie, że jeszcze tu wrócimy 🙂

Piran – prawdziwa perła Adriatyku!

Wracamy do auta i uciekamy od deszczu w stronę słoweńskiego wybrzeża. Naszym celem jest Piran, oddalony o ok. 1,5 godz drogi autem od stolicy.
Samochód zostawiamy na płatnym parkingu, w odległości około 10 min od wyłączonego z ruchu zabytkowego centrum miasteczka. Jeszcze nie wiemy, że zaraz za zakrętem naszym oczom okaże się taki widok <3

Miasteczko położone jest na skalistym cyplu, który opada wprost do morza. Trzeba przyznać, że prezentuje się się wyjątkowo fotogenicznie i malowniczo. Już wiemy dlaczego mówi się, że Piran to prawdziwa perełka słoweńskiego wybrzeża. Bez dwóch zdań zasługuje na to miano, o czym przekonujemy się z każdą chwilą bardziej. Po jego wąskich, krętych uliczkach chce się spacerować bez końca. Trudno nie zakochać się w tym miejscu 😍

Szczególnie urzekająco Piran przedstawia się z naszej ulubionej perspektywy, czyli widziany z góry.  Czerwone dachy zabudowań miejskich oraz Adriatyk tworzą piękną dla oczu kompozycję 🌅 Zresztą spójrzcie sami 🙂

Na próżno szukać tu rozległych plaż, za to historyczne centrum miasta robi naprawdę wspaniałe wrażenie. Nie spotkaliśmy tu tłumu turystów, za to wszyscy bardzo życzliwie podchodzili do naszych Futrzaków. Zakaz wstępu ze zwierzętami obejmował tylko mury miejskie oraz widokową wieżę kościoła św. Jerzego.

W drodze powrotnej na parking, postanawiamy jeszcze zajrzeć do portu. W ten sposób zyskujemy zupełnie nowe spojrzenie na to wspaniałe miasteczko.

Żal było stamtąd wyjeżdżać. Zdecydowanie warto przyjechać tam nawet w drodze do lub z Chorwacji. Z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

Co by tu jeszcze można zobaczyć?

W Słowenii miejsc do odwiedzenia jet naprawdę dużo.
Wiele pomysłów znajdziecie w poniższym filmiku, który również dla nas był inspiracją do wyjazdu w te rejony.

Autorzy tego filmiku prowadzą też fajnego bloga, podrzucam  link do strony. 

Coś na deser 🙂

Z wszystkich tych wspaniałych miejsc, nam udało się „zobaczyć” jeszcze tylko Planicę. Sceneria, jak na maj, była jednak dość nietypowa 🙂

Cała reszta atrakcji wciąż znajduje się na naszej liście miejsc, które koniecznie musimy odwiedzić. Kto wie, może jeszcze w tym roku zawitamy w Słowenii ponownie? 🙂

Ps. Podobało się Wam? Dajcie po sobie znać, że czytacie 🙂

Budapeszt – paprykowa stolica Węgier

Jeden dzień w tym mieście, to zdecydowanie za mało, by móc skosztować wszystkich atrakcji i zobaczyć wszystkie jego wspaniałe zakamarki. Jednak nawet tyle czasu zdecydowanie wystarczy, by pokochać to miasto i zostawić tam część swojego serducha.

Dokładnie 1 dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Budapesztu, traktując to jako odpoczynek po górskich, wyrypiastych trasach na Słowacji. Jak się później okazało, ten dzień zmęczył nas bardziej niż poprzedzający go tydzień górskich wędrówek, do tego stopnia, że cały kolejny dzień odsypialiśmy 😅

Dojazd z naszej kwatery na Słowacji z opcją „unikaj opłat” zajął nam ok 4 godziny. Wyjechaliśmy nad ranem, więc na miejscu byliśmy już ok 8. Auto postanowiliśmy zaparkować na wzgórzu Gellerta i stamtąd rozpocząć zwiedzanie miasta. Na samym końcu drogi znajduje się płatny w parkomacie parking, jednak wzdłuż niżej położonych uliczek o tej godzinie było jeszcze sporo wolnego miejsca do zaparkowania bezpłatnie.

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od Cytadeli.  Wnętrze twierdzy nie jest obecnie udostępnione do zwiedzania, ale spod jej murów roztaczają się wspaniałe widoki na Budzińskie wzgórza, płaski jak naleśnik Peszt z gmachem parlamentu na czele oraz słynne mosty na rzece Dunaj.

To dopiero początek, a już nam się podoba :)

Pomimo stosunkowo wczesnej pory, jest sporo ludzi, szczególnie obok Pomnika Wolności. Wygląda na to, że duża część zorganizowanych wycieczek również zaczyna zwiedzanie Budapesztu od tego miejsca.

Powoli schodzimy ze wzgórza, po drodze trafiając jeszcze na rzeźbę symbolizującą związek między Budą i Pesztem. Dla odmiany nie było tam żywej duszy, więc korzystając z okazji, jeszcze raz, tym razem w spokoju, przyglądamy się widokom na miasto.

Po krótkim odpoczynku opuszczamy wzgórze Gellerta i kierujemy się w stronę Zamku Królewskiego. Na Wzgórze Zamkowe wchodzimy pieszo, lecz dla turystów dostępna jest również kolejka, której dolna stacja znajduje się niedaleko Mostu Łańcuchowego. Naszym zdaniem kolejka to jednak zbędny wydatek i kiepska atrakcja, bo piesza trasa nie jest ani długa, ani wymagająca kondycyjnie. Samo wejście na Wzgórze Zamkowe jest bezpłatne i dostępne również dla czworonogów.

W okolicy Zamku trafiamy na kolejne tłumy, ale to wciąż nie ta ilość ludzi co na Monciaku czy Krupówkach w szczycie sezonu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jest to najtłumniej odwiedzane przez turystów miejsce w mieście. Na szczęście wszyscy bardzo życzliwie podchodzą do piesków, zagadują w różnych językach, chcą nawet robić sobie z nimi zdjęcia, na co czasem się zgadzamy 😉 Wnętrza Zamku nie zwiedzamy, jakoś tak nie bardzo lubimy muzea. Zresztą w planie mamy jeszcze sporo miejsc do odwiedzenia w Budapeszcie, a czas nieco nas goni.

Z zamku rzut beretem mamy do Kościoła Macieja. Bynajmniej nie chodzi tu o żadnego świętego 😉 Nazwa Kościoła nawiązuje do Króla Macieja, który w tym miejscu przyjął swoje śluby. Neogotycka bryła zachwyca swoim przepychem. Wejście do wnętrza Świątyni jest płatne i z pewnością warte odwiedzenia, jednak my natrafiamy tu na sporą kolejkę oczekujących, więc i tym razem odpuszczamy.

Nieopodal czeka na nas kolejna atrakcja Dzielnicy Zamkowej jaką jest Baszta Rybacka. Jej siedem charakterystycznych białych wież symbolizuje siedem plemion, które zapoczątkowały istnienie Węgier. Obecnie budowla ta spełnia rolę tarasu widokowego, jednak warto wiedzieć, że została wybudowana w miejscu dawnych murów obronnych. Większą część spacerowej trasy przejdziecie za darmo, jednak wejście na najwyższy jej poziom przez większość dni w roku jest płatne. Darmowe jest jedynie zwiedzanie w godzinach nocnych i w czasie zimy. W wakacje bywają tam mega kolejki po bilety. Tak było i tym razem, więc jak się pewnie domyślacie – kolejny raz sobie darujemy 😉 Spacerując później po Baszcie nie żałujemy tej decyzji. Większe tłumy były na tym płatnym poziomie, a widoki były stamtąd identyczne, tylko odrobinę wyżej 😉

Lato jest naprawdę upalne, więc Futrzaki sapią niemiłosiernie. Dobrze, że częściowo mogły spacerować w cieniu. Po przejściu Baszty dajemy im pić i czekamy chwilkę, aż odpoczną, następnie opuszczamy Wzgórze Zamkowe i kierujemy się w stronę bulwaru nad rzeką Dunaj. Tam dociera do nas jakich rozmiarów jest parlament. Robił już wrażenie widziany z góry, ale teraz patrzymy na niego z przeciwległego brzegu rzeki i nie możemy wyjść z zachwytu. Imponująca budowla.

Spacerując dalej wzdłuż Dunaju, dochodzimy do Mostu Małgorzaty. W planie mamy zejście z mostu na wyspę, która jest miejscem odpoczynku dla wielu mieszkańców węgierskiej stolicy.

Jesteśmy już bardzo zmęczeni, czuję że nogi dosłownie wchodzą mi do tyłka. Za nami już jakieś 4 godziny zwiedzania, a dzień jest prawdziwie upalny, więc nie ma się co dziwić. Dochodzimy do fontanny. W cieniu wokół niej ustawione są krzesełka. Znajdujemy dwa wolne i postanawiamy odpocząć. Czujemy przyjemny chłód od wody i od razu robi się nam błogo. Futrzaki postanawiają uciąć sobie drzemkę 😉

Nagle z głośników zaczyna lecieć muzyka. Okazuje się, że jest to fontanna multimedialna i trafiliśmy akurat na pokaz, który odbywa się tu prawdopodobnie co godzinę 😍 Całość spektaklu trwa ok 10 minut i naprawdę robi wrażenie. Myślę, że warto wybrać się tu wieczorem, gdy do wody i dźwięku dochodzi jeszcze gra świateł.

Po odpoczynku wracamy na Most Małgorzaty, którym przechodzimy do pesztańskiej części miasta.

Kierujemy się w stronę placu Bohaterów, ale po drodze znów zaczyna brakować nam energii. Szukamy jakiejś klimatycznej knajpki, ale wzdłuż ulicy, którą idziemy nic nam nie wpada w oko. Sprawdzamy w necie, że fajne miejsce jest po przeciwnej stronie placu, na który zmierzamy. Idziemy więc dalej, motywowani pysznym węgierskim jedzeniem i marzeniem o zimnym piwie. W restauracji zajęliśmy sobie miejsce w ogródku, gdzie kelner ochoczo częstował psiaki wodą. Knajpka rzeczywiście okazała się smaczna. Zupa gulaszowa – prawdziwe niebo w gębie 😍

Posileni zmierzamy już prosto na Plac Bohaterów. Jest to jeden z największych i najważniejszych placów w Budapeszcie. Od prawie stu lat zdobi go Pomnik Tysiąclecia, którego budowa rozpoczęła się w tysięczną rocznicę istnienia państwa węgierskiego.

Nieopodal znajduje się słynny lasek miejski, który jest świetnym miejscem na relaks i odpoczynek od gwaru miasta. Spaceruje tu wiele osób z pieskami, a woreczki i kosze na psie kupki znajdujemy co kilka kroków. Na sporych rozmiarów terenie mieści się m.in. sztuczne jeziorko czy bajkowy zamek Vajdahunyat z XIX wieku. Tutaj w zaciszu drzew robimy sobie kolejną przerwę, po czym wracamy do centrum miasta.

W celu zaoszczędzenia czasu i sił decydujemy się na przejażdżkę metrem. Dzisiejsza wędrówka naprawdę daje się już odczuć w nogach, tym bardziej, że przecież cały poprzedni tydzień spędziliśmy na chodzeniu po górach. Aby na teren stacji wejść z psem, konieczne jest założenie mu kagańca. Belcia i Leoś bardzo tego nie lubią, ale wszystkie pieski traktowane są równo, a ochrona metra bardzo pilnuje przestrzegania tego przepisu. Na szczęście podróż nie trwa długo, więc jakoś dajemy radę 🙂

Wysiadamy na stacji, której nazwy w żaden sposób nie potrafię powtórzyć i kierujemy się w stronę Bazyliki Świętego Stefana. Jest to największy kościół w Budapeszcie, a jego budowa trwała aż 50 lat. Największe wrażenie robi potężna, złocista kopuła świątyni. Kościół w wybranych godzinach udostępniany jest do zwiedzania bezpłatnie, a opłata pobierana jest jedynie za wejście na widokową antresolę, znajdującą się na kopule. Chętnych nie brakuje, więc po raz kolejny darujemy sobie stanie w długiej kolejce.

Zwiedzając dalej, udajemy się się w stronę słynnego Mostu Łańcuchowego. To pierwszy stały most, który połączył niegdyś Budę z Pesztem. Na jego obu brzegach znajdują się kamienne rzeźby lwów. Ruch w okolicach mostu jest ogromy. Samochody poruszają się tu w ślimaczym tempie, a turyści chodzą po ulicy jak chcą, często wbiegając pod koła nadjeżdżających aut. Cuda na kiju, aż dziwne, że nie było tam żadnych służb, które by pilnowały porządku w tym miejscu. Zaczynam się bać powrotu, gdyż dociera do mnie, że tamtędy będziemy musieli przejeżdżać.

Póki co, wybieramy się jeszcze na ulicę Vaci, na której znajdują się zarówno zabytkowe, piękne kamienice, jak i drogie markowe butiki. Spacer okazuje się przeciskaniem w tłumie innych turystów. Nie polecam zakupu pamiątek w tym miejscu – ceny mogą Was przyprawić o zawrót głowy.

Ulica ma jakiś kilometr długości, a kończy się w okolicy mostu Elżbiety, którym musimy przejść na drugi brzeg, by wrócić do samochodu zaparkowanego na wzgórzu Gellerta.

Nie mamy już sił na wizytę w pobliskiej hali targowej, wstępujemy jedynie do cukierni, by skosztować tradycyjnej, zawijanej drożdżówki z kakaowym nadzieniem o wdzięcznej nazwie kakaóscsiga 🙂 Kupujemy jeszcze na drogę powrotną kilka różnych smaków pogaczy, na których zapach Futrzaki bardzo się ożywiają 😀 Została już ostatnia prosta do auta.

Uwierzcie, że nogi bolały mnie tak bardzo, że prawie popłakałam się z radości na widok naszego samochodu. W planie mieliśmy jeszcze zakup pamiątek w straganach na samym czubku wzgórza, więc zostawiamy nasz plecak z prowiantem i ciśniemy na górę. Co można przywieźć z Budapesztu? Paprykę oczywiście! I to w każdej możliwej postaci 😀 Jako przyprawa – słodka lub ostra, wędzona lub nie. Różnego rodzaju pasty, zarówno w tubkach jak i w słoiczkach. Kupić można też całe pętka suszonych papryczek. Bez żalu wydajemy tam wszystkie forinty jakie nam zostały i wracamy do auta, w którym psiaki niemal natychmiast zasypiają.

Co prawda nasz plan zwiedzania zakładał jeszcze zobaczenie Budapesztu po zmroku, ale z uwagi na zmęczenie, które nas dopadło, tym razem daliśmy sobie spokój. Obiecaliśmy sobie jednak , że wrócimy tu na dłużej. Jeden dzień to naprawdę zdecydowanie za mało czasu na zwiedzenie tego pięknego miasta. Jeśli macie jakiś fajny, sprawdzony nocleg w Budapeszcie, gdzie mile widziane są też Futrzaki, dajcie proszę znać w wiadomości lub w komentarzu.

PS. Jeśli ktoś dobrnął do końca tego tekstu, też może dać znać 😀 Się rozpisałam 😀 😀 😀

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Wolna niedziela i ładna pogoda – zwykle nie potrzebujemy większej zachęty do wypadu za miasto. Tym razem jednak już w sobotę zaczęliśmy szukać  wymówek, by zostać w domu. Dlaczego? Popołudniowa półgodzinna drzemka zamieniła się w trzygodzinny twardy sen, przez co w nocy długo nie mogliśmy zasnąć. Niewyspani, bez entuzjazmu spakowaliśmy jednak rano plecaki i pojechaliśmy przed siebie. Przecież szkoda dnia na siedzenie w domu 😀

Obraliśmy kurs na Stryszawę, by zaliczyć odkładaną już od kilku lat trasę na Jałowiec. Wybór idealny, jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, tak by za bardzo się nie zmęczyć, a jednak trochę się poruszać i nacieszyć oczy ładnymi widokami.

Jałowiec mierzy 1111 m n.p.m i leży właściwie na pograniczu Beskidu Żywieckiego i Makowskiego. Pasmo Jałowieckie od południa graniczy z Pasmem Babiej Góry, dzięki czemu ze szczytu i pobliskich przełęczy mamy świetny widok na Królową Beskidów.

Trasa ze Stryszawy jest pozbawiona jakichkolwiek trudności technicznych. Pętelka mierzy nieco ponad 12 kilometrów, w trakcie których pokonamy niecałe 600 metrów różnicy wzniesień. Bez problemu do przejścia przez każdego, zarówno na dwóch jak i na czterech łapach. W odróżnieniu od pobliskiej Babiej Góry – na legalu można wędrować z psami 🙂

Parkujemy auto przy zielonym szlaku, którym zamierzamy schodzić, Miejsca jest raptem na kilka samochodów, więc jeśli nie uda się Wam zaparkować w tym miejscu, to jadąc dalej w kierunku Roztoki jest niewielki parking po lewej stronie szosy. My tą drogę pokonujemy już pieszo. Leon i Bella nadają tempo wędrówce Wiedzą, że czeka ich nowa przygoda i dłuuugi spacer wśród ciekawych zapachów.

 

Dochodzimy do miejsca, w którym rozpoczyna się żółty szlak na Polanę Krawcową. Droga  wznosi się początkowo łagodnie wzdłuż zabudowań. Następnie idziemy wzdłuż strumyka, na którym dostrzegamy niewielki, ale malowniczy wodospad. Zaraz za nim szlak odbija w lewo, pozwalając podejść po schodkach wprost pod kaskadę.

Czujemy przyjemny chłód wody. Wskakujemy na skałkę, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i idziemy dalej.

Szlak pnie się w górę wśród pachnącego lasu. W tygodniu trwa tu obecnie zrywka drewna, więc całą drogę idziemy w błocie. Na psach nie robi to żadnego wrażenia, ale my ślizgamy się z każdym krokiem. W duchu narzekam, że
mogłam siedzieć w domu 🙂

 

Polana okazuje się zalesiona, nie ma stąd spektakularnych widoków, ale jest ławeczka, na której postanawiamy chwilkę odpocząć. Psy biegają luzem i urządzają sobie kąpiele błotne 🙂 Gdy wyciągamy kanapki siadają obok i czekają na ostatni kęs – wiedzą, że zawsze jest przeznaczony dla nich.

Po jakiś 15 min. ruszamy do dalszej drogi. Szlak zmienia kolor na niebieski.

 

Tu dołączają do nas dwie osoby, więc już w towarzystwie idziemy aż do szczytu. Momentami droga pnie się ostro w górę, więc zatrzymujemy się co jakiś czas na wyregulowanie oddechu. Pieski idą spokojnie na luźnej smyczy, nie forsują się w takich miejscach. Chwilę przed szczytem szlak robi się łagodniejszy.

Jesteśmy na Jałowcu. Naszym oczom ukazuje się piękny widok na Pilsko i Babią Górę. Postanawiamy zrobić dłuższy odpoczynek na trawce. Miejsca jest naprawdę dużo. Poza nami są tu przecież tylko dwie osoby. Puszczamy psy ze smyczy. Bella po krótkim rekonesansie wybiera odpoczynek  w naszym towarzystwie, a Leon znajduje patyk, który rozkazuje sobie rzucać 🙂 Zabawa na całego. Jest sielsko i błogo, więc spędzamy tu dobrych pół godziny. W międzyczasie na szczyt dociera tylko jedna osoba na rowerze. Cisza i spokój, można odpocząć. Już nie żałuję, że się tu wybrałam.

Kolor szlaku na szczycie z powrotem zmienia się na żółty. Znak wskazuje,że mamy 20 min do prywatnego schroniska na przełęczy Opaczne.  Nie wchodzimy do środka, jednak oszałamiający widok na Królową Babią Górę karze się zatrzymać i napić się herbaty na ławeczce.

Nieco się chmurzy, więc sprawdzam radar burzowy w telefonie. Ponoć nadciąga deszcz, więc ubieramy kurtki i idziemy dalej w stronę przełęczy Kolędówka. Kilka minut później faktycznie nadciąga ulewa.

Deszcz jest intensywny, ale ciepły i przyjemny. Niestety droga z powrotem staje się bagienna, więc idziemy umazani błotem po same tyłki. Na przełęczy skręcamy na zielony szlak, który ma nas doprowadzić bezpośrednio do samochodu. Kawałek później przestaje padać i wychodzi słońce. Las zaczyna jeszcze intensywniej pachnieć. Ściągamy przemoczone kurtki ciesząc się promieniami wiosennego słońca. Dochodzimy do pierwszych zabudowań. Jest tak pięknie, że postanawiamy znów usiąść na chwilkę na ławeczce. Nie musimy się przecież nigdzie spieszyć. Bella z upodobaniem wcina sobie świeżą, mokrą trawę. Leon z kolei wygląda, jakby marzył o łóżeczku i kołderce 🙂

Naładowaliśmy nasze baterie słońcem, więc idziemy dalej. Do auta mamy jakieś 10 min drogi.

Szlak polecamy wszystkim, którzy szukają ciszy i spokoju. W weekend co prawda możecie natrafić na jakąś wycieczkę. My mijaliśmy jedną grupę ok 20 os. w drodze ze szczytu do schroniska. Później nie spotkaliśmy już nikogo aż do samego dołu. Myślę, że popularniejsze szlaki na Jałowiec wiodą z Zawoi.
Jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, będziecie z tej trasy zadowoleni, lecz jeśli macie ochotę na konkretną wyrypę, nic tu po Was 🙂
My postanowiliśmy powrócić w to miejsce zimą. Wyjazd pozwolił nam się wyluzować i dać siłę na przetrwanie kolejnego tygodnia.

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🙂

Nie wierzę, ze tu jestem :)

Cześć, jestem Kasia. 1/4 bloga marcowebeaglove.pl

Razem ze mną występuje mój mąż Łukasz i dwójka naszych włochatych „dzieciaków”: Bella i Leon.

To właśnie one były główną inspiracją do stworzenia tego bloga, bo odkąd tylko mam psy (Leonek ma prawie 7 lat, Bella adoptowana 4 lata temu) wciąż słyszę, że pies to kula u nogi i przeszkoda w podróżowaniu. Chciałabym pokazać, że choć wyjazdy z psem są logistycznie nieco trudniejsze do zorganizowania niż wczasy last-minute za pośrednictwem biura podróży, to jak najbardziej są możliwe, a co więcej – mogą być dla wszystkich ogromną przyjemnością 🙂

Całą rodziną kochamy górskie wędrówki, ale czasem znajdujemy też coś interesującego do robienia na nizinach 🙂
Będę dzielić się z Wami naszymi relacjami zarówno z jednodniowych trekkingów jak i dłuższych i dalszych podróży.
Na blogu znajdziecie też najładniejsze zdjęcia z naszych wypadów i wiele praktycznych informacji dotyczących miejsc przyjaznych psom, bazy noclegowej czy aktualnych cen. Wszystko to wzbogacone zostanie o nasze subiektywne odczucia dotyczące trudności opisywanej trasy czy atrakcyjności danego miejsca.

Ale zaraz, zaraz – to nie jest blog tylko dla psiarzy. Zapraszam wszystkich zapalonych górołazów i innych maniaków podróżowania 🙂 Może znajdziecie u nas inspirację na kolejne wędrówki? Kimkolwiek jesteś wiedz, że jest mi szalenie miło, że tutaj wpadłeś i zechciałeś poznać bliżej naszą zwariowaną rodzinkę <3

PS. Ktoś mnie chyba musi uszczypnąć, wciąż nie wierzę, że piszę tego bloga 🙂