Wenecja – z psem czy bez psa?

Czy podróż do Wenecji z psem jest dobrym pomysłem?

Pomysł zwiedzenia Wenecji pojawił się w mojej głowie spontanicznie, podczas szukania fajnego miejsca na stopover w podróży powrotnej z Toskanii. Wcześniej nigdy na poważnie nie rozważałam wizyty w tym mieście, ale bliska okolica Wenecji wydała mi się nagle całkiem atrakcyjnym punktem na nocleg.  Długo zastanawiałam się, czy to aby na pewno ma jakikolwiek sens. Przeczytałam dziesiątki wpisów w necie na ten temat i… moje uczucia były mocno mieszane. Generalnie – Ci, którzy byli tam z psem i tak raczej nie wypowiadali się entuzjastycznie. Opinie krążą takie, że niby da się, ale chyba raczej nie warto… Koniec końców – postanowiliśmy mimo wszystko podjąć wyzwanie i zmierzyć się z Wenecją na czterech, a właściwie ośmiu łapkach. No i nie taki diabeł straszny, jak się okazuje 🙂

Punta Sabbioni – idealny punkt wypadowy

Do dyspozycji mieliśmy dwie noce, więc jeden pełny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie słynnego miasta na wodzie. Na nocleg wybraliśmy bliską okolicę Punta Sabbioni i jest to naszym zdaniem idealna baza wypadowa. Okolica szczyci się długimi, piaszczystymi plażami, a ceny są nawet kilka razy niższe niż w samej Wenecji. Teren jest mocno zagospodarowany turystycznie, a wybrzeże pełne ośrodków wypoczynkowych i campingów. Znajdujemy przyzwoity nocleg w jednym z nich (dla zainteresowanych wklejam link ). Pieski przyjmowane są tu za opłatą 5 euro za szt/noc 🙂 Szczerze polecamy. Tym bardziej, że w drugiej połowie września była tu totalna cisza i spokój.

Z Punta Sabbioni, pod sam Plac Św. Marka, kursują weneckie tramwaje wodne, czyli vaporetto. Podróż zajmuje ok. 30 min, a widok Wenecji z perspektywy wody na pewno na długo pozostanie w Twojej pamięci. Punta Sabbioni to też doskonałe miejsce wypadowe do zwiedzania pozostałych wysepek Laguny Weneckiej. Koniecznie polecam Ci zajrzeć przynajmniej na wyspę Murano i kolorowe Burano 🙂 Tym bardziej, że kupując bilet na vaporetto można wybrać opcję 24-godzinną. Koszt to 20 euro, a wydatek zwraca się już przy trzecim kursie. Z dobrych informacji – pieski pływają za free. Dla psa należy mieć kaganiec, ale ani razu nie kazali nam go zakładać.

Co musisz wiedzieć przed wyjazdem?

Przyznaję, że nienawidzimy tłumów. Przeciskanie się między tysiącem innych turystów to dla nas istna droga przez mękę. Na całe szczęście dla nas to jednak większa trauma, niż dla naszych Futrzaków. One są zupełnie bezproblemowe – cierpliwie dają się głaskać obcym, a nawet pozują im do zdjęć. Potrafią zasnąć pod nogami nieznanych im ludzi, traktując ich buty jak poduszkę. Nie boją się nowych miejsc, nieznanych dźwięków, obcych zapachów. Jak przystało na psy myśliwskie – są wszystkiego ciekawe i wszystko koniecznie muszą obwąchać. No i obsikać 🙂 I tu może pojawić się pewien problem…

Pamiętaj, że Wenecja jest właściwie cała zabetonowana. Na próżno tu szukać jakiś placów czy trawników. Między uliczkami należy rozglądać się za wystającymi drzewami, by psiaki mogły na bieżąco załatwiać swoje potrzeby. Naszym na szczęście wystarczy jedno drzewko, a Bella to nawet nic sobie nie robi z siusiania na środku chodnika. Kilka kropelek, teren zaznaczony i pies szczęśliwy. Jeśli masz powody sądzić, że Twój pupil będzie miał problemy, by w takich warunkach załatwiać fizjologiczne potrzeby – dobrze się zastanów, czy na pewno powinieneś jechać z nim do Wenecji.

A czy jest jakiś sposób, by uniknąć tłumów w tym mieście?

1. Nigdy, przenigdy nie jedź do Wenecji z psem w szczycie sezonu!

Bez psa zresztą też sobie daruj. Choć to trochę trudne, bo na Wenecję jest chyba zawsze sezon… Tam zawsze są turyści, ale poza wakacjami z pewnością jest ich nieco mniej. O ile to możliwe do zorganizowania – nie jedź w weekend, tylko w tygodniu. Liczba turystów powinna być wtedy nieco mniejsza. My byliśmy w sobotę i vaporetto dosłownie pękało w szwach. No i najważniejsze – koniecznie unikaj upalnych dni, bo zarówno Ty jak i Twój pies będziecie się tylko męczyć!

2. Odwiedź Wenecję wcześnie rano.

Z Punta Sabbioni pierwsze vaporetto odpływa już bladym świtem.  Szczegółowy rozkład jazdy wszystkich połączeń znajdziecie na stronie przewoźnika ACTV. My wybraliśmy drugi bezpośredni kurs linii nr 15 i ok. godziny 7:30 byliśmy już w Wenecji. To był świetny wybór! Na Placu św. Marka było jeszcze pusto. Kawiarnie, sklepiki i inne punkty usługowe dopiero przygotowywały się do otwarcia. Zobaczyć jak to niesamowite miasto dopiero budzi się do życia – bezcenne 🙂

3. Wyrzuć mapę !

Jeśli chcesz cieszyć się Wenecją tylko dla siebie – zapomnij o najbardziej popularnych uliczkach. Skręć w inną stronę niż pozostała rzesza turystów i złap oddech. Zrób to nie tylko dla swojego psa, ale przede wszystkim dla siebie. Zobaczysz – Wenecja zaskakuje i zachwyca na każdym rogu. Czy nie lepiej cieszyć się tym w samotności, poza utartymi ścieżkami, którymi pomykają tłumy spacerowiczów?

4. Odwiedź Murano.

By się tu dostać musieliśmy spędzić kilkanaście minut w zatłoczonym tramwaju wodnym. My jakoś przeżyliśmy, a Futrzaki wyglądały, jakby tego tłoku zupełnie nie zauważały. Poszły spać, mając wszystko w tylnej części ciała 🙂

Murano to wyspa, która słynie głownie z produkowanego tu od wieków dmuchanego szkła. Szklane wyroby sprzedawane są tu niemal w każdym sklepiku, a ceny potrafią naprawdę przyprawić o zawrót głowy. I choć nie jest to najpiękniejsze miejsce na Lagunie Weneckiej, to jednak warto tu wpaść choć na chwilę. Choćby po to, by zobaczyć ukryte w zakamarkach miasta niepowtarzalne szklane rzeźby. Spacerowanie pomiędzy kanałami w poszukiwaniu kolejnych arcydzieł jest niezwykle przyjemne. O ile nie chce Ci się właśnie siku…

5. Koniecznie wpadnij też na Burano!

Twój pies Ci za to podziękuje! Tuż obok portu znajdziesz tu zielony skwer, gdzie można ukryć się w cieniu drzew, rozłożyć kocyk i zapomnieć na chwilkę o wybetonowanej Wenecji.

Wyspa jest niezwykle urocza i tworzy mega pozytywne wrażenie. Wszystko to za sprawą różnokolorowych domów, które przepięknie prezentują się na tle kanałów, odbijając w wodzie swoje fasady.  Coś pięknego! Nie ma się co dziwić, że przyciąga to turystów jak prawdziwy magnes.

Burano znane jest również z koronek, podobnych do tych, które można spotkać w Koniakowie. Przy odrobinie szczęścia możesz spotkać gospodynie, wyszywające koronkowe arcydzieła pod swoimi domami 😉 Bosssko 🙂

To w końcu warto, czy nie warto brać psa do Wenecji?

Na to pytanie nie ma niestety jednej odpowiedzi. To ty znasz swojego psa najlepiej i to Ty będziesz musiał podjąć decyzję. My taki wypad chętnie byśmy powtórzyli, ale zdecydowanie wybralibyśmy inną porę roku. Wydaje mi się, że wczesna wiosna mogłaby być idealnym momentem na wizytę w tych okolicach.

A może Twój pies był już z Tobą w Wenecji i masz zupełnie inne doświadczenia? Koniecznie daj znać w komentarzu.

Do zobaczenia gdzieś na trasie! 

 

 

Beskid Śląski – Skrzyczne na 4 łapach

Propozycja sympatycznej górskiej "pętelki"

Skrzyczne to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Mierzy 1257 m n.p.m. Z naszego mieszkania, a właściwie balkonu 🙂 , doskonale widać jego górującą nad okolicznymi dolinami sylwetkę. Odległość w linii prostej to ok. 50 km.

Na szczycie stoi schronisko i zawsze jest bardzo dużo ludzi, a dzieje się tak przede wszystkim za sprawą kursującej tu dwuetapowej kolejki krzesełkowej ze Szczyrku. Większość pieszych turystów również rozpoczyna wędrówkę w tej znanej mieścinie. My jednak, jak już wiecie, nie znosimy tłumów, więc wybieramy mniej obleganą trasę, do której przejścia chcielibyśmy dzisiaj Was zachęcić 🙂

Na początek spacer Doliną Zimnika.

Nasza trasa rozpoczyna się we wsi Lipowa-Ostre. Na końcu drogi dojazdowej, zaraz za Hotelem Zimnik, znajduje się bezpłatny parking. Jest czerwcowy weekend, więc już ok. 8:00 jest tam sporo samochodów, ale bez większego problemu udaje się nam zaparkować auto. Postanawiamy naszą wędrówkę rozpocząć żółtym szlakiem, biegnącym przez Dolinę Zimnika w stronę Malinowskiej Skały. Początkowy etap trasy wiedzie nas asfaltem. Znacznie przyjemniej w naszej ocenie zacząć w tym właśnie kierunku, ponieważ asfalt na sam koniec trasy potrafi nieco dobić zarówno zmęczone stopy jak i psie łapki. Rano wędruje się tędy dosyć przyjemnie. Nie ma dużo ludzi, a po drodze psiaki mogą skorzystać z kąpieli w rzeczce. Droga prowadzi przez las, a my mamy dziś towarzystwo, więc czas ucieka nam błyskawicznie.

Wspinaczka na Malinowską Skałę.

Ostatnia godzina trasy wyprowadza nas już bardziej stromo pod górkę. Czym wyżej jesteśmy, tym bardziej widoczna staje się dla nas Malinowska Skała, nasz pierwszy dzisiejszy cel. Droga usłana jest małymi kamyczkami, więc trzeba uważać, żeby się nie potknąć i nie przewrócić. Poza tym idzie się przyjemnie, jednak trzeba pamiętać, że momentami nie ma gdzie uciec przed słońcem. W ciepły dzień koniecznie trzeba mieć ze sobą spory zapas wody, również dla czworonogów. Na szczęście co jakiś czas jest też gdzie odsapnąć w cieniu. Nigdzie się dziś nie spieszymy, więc raz za razem korzystamy z tej sposobności 🙂

Po ok. 2 godzinach od wyjścia z parkingu, docieramy na główny grzbiet, gdzie szlak zmienia kolor na zielony. Do Malinowskiej Skały zostało nam dosłownie kilka minut drogi. Psiaki znajdują tu kałużę z wodą, postanawiamy więc dać im chwilę odpocząć i schłodzić futerka, zanim ruszymy w dalszą drogę.

Malinowska Skała 1152 m n.p.m.

Malinowska Skała to od stosunkowo niedawna wspaniały punkt widokowy na Beskid Śląski i Żywiecki. Od niedawna, ponieważ niegdyś ta znana wychodnia skalna była całkowicie zalesiona. Na przestrzeni ostatnich lat bardzo zmienił się jednak otaczający ją krajobraz. Przyczyn tego zjawiska jest wiele. Początkowo uważano, że las zanika przez zanieczyszczenie środowiska znad Górnego Śląska, jednak okazało się, że przyczyny tego zjawiska tkwią znacznie głębiej. Już w XIX w. zaczęto tu wycinkę liściastego lasu na potrzeby przemysłu, a w zamian nasadzono drzewa iglaste, głównie świerki. Te początkowo przyjmowały się dobrze, jednak sadzonki pochodzące z upraw w dolinach nie były w stanie w pełni przystosować się do bardziej surowego, górskiego klimatu. Posunęło to za sobą całą lawinę konsekwencji. Począwszy od tego, że w wyniku tych działań, została mocno zakwaszona gleba, przez co drzewa w końcu zostały zaatakowane przez grzyby. To było powodem rozkładu i gnicia znacznej ilości systemów korzeniowych. Istny raj dla korników! Dodajmy do tego suszę, zanieczyszczenie środowiska oraz silne wiatry wiejące w wyższych partiach gór i mamy przepis na prawdziwą katastrofę ekologiczną. Sami zobaczcie, jak ta okolica zmieniała się na przestrzeni lat.

Obecnie sytuacja wygląda na opanowaną, a dzięki ciągłej pracy leśników jest szansa, że za jakieś kilkadziesiąt lat, powróci w to miejsce dojrzały i piękny las. Póki co Malinowska Skała służy jako piękny punkt widokowy. Panorama z pewnością zapada w pamięci na długo.

Tego dnia na szczycie wiał bardzo silny wiatr, jednak postanowiliśmy mimo to zrobić sobie przerwę na drugie śniadanie. Dobrze, że mamy ze sobą ciepłą herbatę 🙂 Chowamy się przed wiatrem za skałką i delektujemy oczy naprawdę przyjemnym widokiem. Futrzaki odpoczywają razem z nami. Wyobrażam sobie jak ładnie tu musi być o zachodzie słońca i od razu w głowie rodzi się kolejny plan wizyty w tym miejscu 🙂

Spacerkiem na Skrzyczne przez Małe Skrzyczne.

Posileni kierujemy się w stronę najwyższego szczytu Beskidu Śląskiego. Wg. znaku wędrówka zajmie nam jeszcze 1,5 godziny. Skrzyczne mierzy 1257 m n.p.m. i należy do Korony Gór Polskich. Wierzchołek tej góry jest bardzo charakterystyczny, ponieważ od 1992 roku na szczycie stoi pokaźnych rozmiarów nadajnik radiowo-telewizyjny. Cel naszej wędrówki jest zatem widoczny z daleka.

Na szlaku jest naprawdę dużo ludzi.  Droga jest bardzo wygodna i odpowiednia również dla turystów z dziećmi. Dużo osób jeździ tu jednak na rowerach, więc trzeba bardzo uważać i mieć oczy dookoła głowy.  Większość z nich jest bardzo ostrożna, ale jak wszędzie i tu wariatów nie brakuje. Futrzaki obowiązkowo prowadzimy na smyczy, nawet te najgrzeczniejsze!

Po drodze mijamy jeszcze szczyt Małego Skrzycznego – 1211 m n.p.m. Stoi tutaj górna stacja wyciągu, który zimą wchodzi w skład jednego z największych ośrodków narciarskich w Polce – Szczyrk Mountain Resort. Jakieś 200 m. poniżej szczytu, na Hali Skrzyczeńskiej, mieści się również górna stacja 10-osobowej kolejki gondolowej, która bardzo chętnie na swój pokład zabiera zwierzęta. I to całkowicie bezpłatnie! Jeśli macie ochotę ułatwić sobie wędrówkę, to wrzucam link do ich stronki.

My idziemy dalej. Do szczytu zostało nam tylko pół godziny.  Po drodze raz za razem mijamy pokaźnych rozmiarów kałuże, pozostałość po niedawnych deszczach. Raj dla naszych psów. Słoneczko przyświeca dość mocno, więc nie ma się co dziwić, że postanowiły sobie urządzić tu SPA 🙂

Kawałek dalej otwiera się przed nami wspaniała panorama na Beskid Żywiecki. Dobrą chwilę rozkminiamy która góra to Pilsko, a która Babia. W sumie nie wiem dlaczego, chyba słoneczko przygrzało za mocno, a obraz w okularach słonecznych jakoś mi się rozmył. Patrząc teraz na zdjęcia nie mam już żadnych wątpliwości 😀 Ale przyznaję się bez bicia – pierwszy raz wzięłam Pilsko za Babią – no wstyd 🙂

Najwyższy punkt programu - Skrzyczne.

Zbliżamy się do szczytu. Przed nami już tylko kilka chwil w lasku i wychodzimy wprost pod schronisko. Ludzi tu jak mrówek, a już gołym okiem widać, że większość tych osób dotarła na szczyt kolejką krzesełkową. Jeśli chcecie iść na łatwiznę, proszę bardzo. Na kolejkę również możecie wejść z pieskiem, ale na własną odpowiedzialność. Pamiętajcie, że to jednak nie jest zamknięta kabina, tylko krzesełka, a po drodze na szczyt przyjdzie Wam się jeszcze przesiąść w połowie jazdy. Nasze Futrzaki korzystały już z takich atrakcji i nie było żadnych problemów, ale niech każdy z Was indywidualnie oceni, czy jego Przyjaciel da radę przetrwać taką podróż bez ataku paniki. Za psi bilet tutaj również nic nie płacimy. Zainteresowanym wklejam link do strony gdzie znajdziecie aktualny cennik i godziny kursowania kolejki.

Postanawiamy urządzić sobie dłuższą przerwę obok schroniska. Jest to bardzo przyjazny czworonogom obiekt, więc jeśli będziecie chcieli wybrać się tu na nocleg, wrzucam bezpośredni odnośnik do ich strony.

Rozbijamy się na trawce i łapiemy troszkę słońca. Wieje przyjemny wiatr i nie ma upału, więc zarówno dla nas jak i dla Futrzaków są to idealne warunki. Kupujemy zimne piwko w schronisku, a potem leżymy i resetujemy myśli. Czasem tylko mały Bartek coś powie, albo pies zaszczeka, ale głównie spędzamy ten czas w ciszy. Nawet ludzie wokół nam nie przeszkadzają, a nie często udaje się nam aż tak wyłączyć.

Na koniec robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcia. W duchu myślę, że naprawdę bardzo lubię to miejsce. Najpiękniej jest zdecydowanie jesienią, gdy wieczorami zapada tu prawdziwa cisza, a na szlakach jest znacznie mniej ludzi, ale dziś też było fajnie, naprawdę.

Powrót niebieskim szlakiem. 

Do samochodu wracamy niebieskim szlakiem. Droga początkowo prowadzi dość mocno w dół po luźnych kamieniach,więc trzeba patrzeć pod nogi,by się nie przewrócić. Aż szkoda, bo widok przed nami jest naprawdę bardzo przyjemny. Jest spokojnie, a na szlaku jest naprawdę niewielu turystów. Spokojnym tempem do samochodu dochodzimy w niecałe 2 godzinki, a po drodze zaliczamy jeszcze krótki postój na uzupełnienie płynów.
Aż żal wracać do domu.

Bo w Beskidach "nic nie ma" - no kurde, nieprawda! 

No dobra, może to nie są Tatry, więc nie spodziewajcie się tu jakiś mega spektakularnych widoków. Beskid Śląski to jednak w większości niewielkie górki, ale dzięki temu są idealne dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z górskim łazikowaniem. Nie zdziwcie się jednak, że pomimo braku technicznych trudności, kondycyjnie te góry też potrafią dać nieźle w kość 🙂 Tu zbocza są w większości zalesione, a widoki rozpoczynają się dopiero w okolicy partii szczytowych. Ale i tak jest pięknie, naprawdę. Pamiętajcie, że ma to swoje niewątpliwe zalety, większość trasy pokonujemy w cieniu drzew, co latem ma dość duże znaczenie.

Skrzyczne, jako najwyższy szczyt w okolicy, cieszy się naprawdę dużą popularnością. Prowadzi tu wiele szlaków, a my z racji bliskości, przeszliśmy je już wszystkie i to po kilka razy 🙂 Zdecydowanie najfajniejsza opcja to opisana powyżej pętelka z Ostrego, do której przejścia zdecydowanie Was zachęcamy.

Kto wie, może spotkamy się kiedyś jesienią na Malinowskiej Skale o zachodzie słońca? 😀

Jeśli macie ochotę na więcej wpadnijcie też poczytać opis trasy na Jałowiec 🙂

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Przyjemnej wędrówki i do zobaczenia na szlaku!

 

Tatrzańska Osterwa na czterech łapach 🐾 🐾

Od Tatrzańskiej Polanki do Popradzkiego Plesa
- subiektywny opis trasy :)

Wiecie co jest najgorsze w takiej wyprawie? Zdecydowanie budzik. Dzwoni o wpół do pierwszej w nocy i wyrywa nas ze smacznego,  ledwo co rozpoczętego snu. Horror dosłownie. Nawet Futrzaki nie chcą się dobrowolnie zwlec z łóżka o tej porze. Na szczęście prawie wszystko mamy już przygotowane. Zostaje nam tylko napełnić termosy, zrobić kawę na drogę i ruszamy.

O 1:00 siedzimy już w samochodzie, łudząc się, że kawa nas obudzi 😅 No mnie choć trochę musi, bo prowadzę, ale na Łukasza kofeina tradycyjnie nie działa. Zaraz po wypiciu kawy zasypia. Psy też mają w nosie całą tą wyprawę, od razu kładą się spać na tylnej kanapie. No trudno – nie będzie z kim pogadać po drodze, więc włączam głośniej radio. Jak zacznę śpiewać to się obudzę i jakoś dojedziemy 🙂

Cel : Tatrzańska Polanka 

Przed nami jakieś 190 km. drogi, wg. mapy jakieś 3 godz i 45 min. jazdy. Uwzględniając krótki postój na siku, powinniśmy dojechać na 5:00 rano. Damy radę, nie pierwszy i nie ostatni raz 🙂

Tatrzańska Polanka to niewielka, uzdrowiskowa miejscowość, położona u stóp najwyższego tatrzańskiego szczytu – Gerlachu – 2655 m n.p.m. Wiele osób obiera sobie ją za start, planując wyprawę na Polski Grzebień, Małą Wysoką czy właśnie na wspomniany Gerlach. Łatwo tu trafić, gdyż położona jest bezpośrednio przy tzw. Drodze Wolności, która łączy ze sobą podtatrzańskie miejscowości na Słowacji. Równolegle do drogi samochodowej biegną tory kolei elektrycznej, czyli sławnej „elektriczki”, która w Tatrzańskiej Polance ma jedną ze swoich stacji.

Na miejsce dojeżdżamy zgodnie z planem ok. 5 rano. O tej porze jeszcze znajdujemy wolne, bezpłatne miejsce postojowe. Parkujemy auto obok stacji „elektriczki”, po czym wychodzimy z samochodu i uderza nas przejmujący chłód. Jest 5 dzień lipca, a na dworze tylko 4 stopnie. W sumie nie ma się co dziwić, w końcu miejscowość, w której jesteśmy, leży na wysokości ponad 1000 m n.p.m. No nic, ubieramy kurtki i w drogę 😜 Żwawy marsz jakoś nas rozgrzeje.

Zielonym szlakiem do schroniska "Śląski Dom" 

Z Tatrzańskiej Polanki tylko jeden szlak wyprowadza nas w góry – nie da się tu zgubić. Trasa, którą idziemy, kilkakrotnie przecina asfaltową drogę dojazdową do schroniska. Nieco wyżej łączy się z Potokiem Wielickim, wzdłuż którego dojdziemy bezpośrednio do Wielickiego Stawu  i położonego nad nim dużego hotelu  o nazwie „Śląski Dom” (1667 m n.p.m.). Miejsce to jest przyjazne czworonogom, ale w naszym odczuciu drogie. Link do obiektu na booking.com macie tutaj.

Piesze przejście tego fragmentu szlaku trwa ok. 2 godziny. Nie napotkacie tu żadnych technicznych trudności. Do pokonania jest jednak ponad 650 metrów przewyższenia, więc u osób ze słabszą kondycją możliwa jest niewielka zadyszka 🙂 Pieski idą żwawo, jeszcze nie ma zapowiadanego upału, więc nie mają najmniejszego problemu z pokonaniem tej trasy na czterech łapkach 🐾🐾

Otoczenie Wielickiego Stawu naprawdę robi wrażenie. Bliskość wysokich, tatrzańskich szczytów i spokój o tej godzinie sprawiają, że decydujemy się na dłuższy odpoczynek, połączony ze śniadaniem nad brzegiem stawu. Ciszę kilka razy przecina jedynie helikopter, który prowadzi akurat akcję ratunkową w masywie Gerlachu.


Tatrzańską Magistralą do Batyżowieckiego Stawu

Kolejny odcinek trasy prowadzi głównym tatrzańskim szlakiem po słowackiej stronie Tatr – tzw. magistralą. Droga wiedzie głównie po dużych skalnych płytach i głazach, ale dla naszych czworonogów nie stanowi żadnego technicznego problemu. Za nami otwiera się widok na Sławkowski Szczyt, a po lewej stronie na Kotlinę Popradzką. Przejście tego odcinka szlaku trwa około 1 godz. Robi się ciepło, gdyż cały czas idziemy południowym, nasłonecznionym zboczem. W upalne dni może być to prawdziwa droga przez mękę dla czworonogów, ale dziś przyjemnie wieje wiatr, więc nie mamy trudności z pokonaniem tej trasy. W połowie drogi robimy tylko małą przerwę na uzupełnienie płynów.

Batyżowiecki Staw położony jest na wysokości 1884 m n.p.m. Powyżej lustra wody wznoszą się potężne tatrzańskie szczyty, w tym masyw „króla Tatr” – Gerlacha. Otoczenie skalistych szczytów robi na nas ogromne wrażenie, więc robimy w tym miejscu kolejną dłuższą przerwę. Uwierzcie mi, że wiele pięknych miejsc w Tatrach już widzieliśmy, ale cisza i spokój tego miejsca naprawdę hipnotyzują na całego. Żal było stamtąd odchodzić.

 

Najwyższy punkt programu: Przełęcz pod Osterwą.

Po długim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Trasa nadal wiedzie wzdłuż znakowanej na czerwono magistrali. Do przełęczy pod Osterwą mamy jakieś 1,5 godziny drogi. Pogoda jest piękna, a my właściwie nie mamy się gdzie spieszyć, więc idziemy powoli, delektując się widokami i ciesząc się słońcem. Wciąż wieje przyjemny wiatr. Na tej wysokości, szczęśliwie, nie ma zapowiadanego na ten dzień upału. Co jakiś czas robimy krótki postój na uzupełnienie płynów. Na szlak zawsze zabieramy ogromne ilości wody, zarówno dla siebie jak i dla psów. Plecaki początkowo naprawdę sporo ważą, ale w miarę pokonywania trasy pozbywamy się tego balastu i na plecach robi się znacznie lżej 🙂

Czym bliżej przełęczy, tym ciekawszy widok otwiera się na wprost nas, co bardzo motywuje do podkręcenia tempa. Po lewej stronie widzimy Szczyrbskie Jezioro i znany nam już szczyt Skrajnego Soliska (2093 m n.p.m.) Byliśmy tam rok temu, w trakcie mglistej i jeszcze zimowej pogody, jaka trafiła się nam w długi majowy weekend. Może kiedyś wrócimy tam w przyjemniejszych warunkach?

Jesteśmy na Przełęczy pod Osterwą (1966 m n.p.m), a wraz z nami dziesiątki innych turystów. Ludzie wchodzą tu całymi rodzinami trasą znad Popradzkiego Stawu, bo jest prosta i stosunkowo krótka. Nie jest łatwo o znalezienie ustronnego miejsca, ale udaje się. We znaki powoli daje się nam zmęczenie. Wstaliśmy przecież w środku nocy, by tu przyjechać. W planie co prawda było jeszcze zdobycie pobliskiej Tępej (2284 m n.p.m.), na którą nie prowadzi znakowany szlak turystyczny, ale mimo to chodzą tam całe rzesze turystów. Lenistwo wzięło tym razem górę i zamiast tego na przełęczy ucinamy sobie dłuuugą drzemkę 🙂

Budzi nas szczekanie psów. Podbiegł do nas jakiś „Kajtek”, z którym niekoniecznie nasze Futrzaki miały ochotę się zaprzyjaźniać. Awantura gotowa. W takich zatłoczonych miejscach zdecydowanie trzymamy psy na smyczy! Zresztą na terenie Parku Narodowego nigdzie nie puszczamy psów luzem. O tym mówią przepisy, a ich łamanie grozi mandatem! Pamiętajmy też o tym, że dotychczas Tatry słowackie pozostają otwarte dla czworonogów, ale czym więcej przypadków łamania regulaminu zostanie odnotowanych, tym szybciej może się to zmienić. Już w tym roku istniał projekt, w znacznym stopniu ograniczający wędrówki z czworonogiem u boku. Dotychczas nie został on wprowadzony w życie. Niewątpliwie do tego tematu będzie się jednak w przyszłości powracać, a postawa właścicieli psów i respektowanie przepisów będą miały tutaj kluczowe znaczenie.

Zakosami w dół, nad Popradzki Staw. 

Ostatnie spojrzenie z przełęczy na otaczającą nas panoramę. Widać stąd między innymi Rysy, Wysoką i Koprowy Wierch, a poniżej lustro wody Popradzkiego Stawu (1494 m n.p.m.) wraz z dużym schroniskiem przy brzegu. Miejsce to również akceptuje czworonogi, dla zainteresowanych wklejam link do obiektu. 

Zejście nad staw jest mega upierdliwe. Po pierwsze trochę strome, ale przede wszystkim nie możemy się pozbyć wrażenia, że ta droga nie ma końca. Jest niezwykle monotonna, przez co wydaje się nam, że idziemy bardzo długo. Dojście do schroniska zajmuje tymczasem niespełna 40 minut.

Upał! Wyżej cudownie wiał wiatr, tutaj rozpływamy się z gorąca. Ludzi jak mrówek, ciężko znaleźć wolne miejsce. Jesteśmy tak spragnieni, że ustawiamy się w kolejce po zimne piwo. Dla mnie radler, te 2% wypocę przecież zanim wrócimy do samochodu, dla Łukasza zimny Kelcik ❤ Pieski wypijają po miseczce wody i zasypiają pod stolikiem. Oprócz Belli i Leonka jest tu masa innych czworonogów, ale nikt nikomu nie wchodzi w drogę 🙂

Piekielnym asfaltem do "elektriczki" 

Tak, to zdecydowanie najbardziej znienawidzona przez nas część trasy. Droga wiedzie rozgrzanym asfaltem wśród dużej ilości turystów. Na szczęście to ostatnia prosta, a trasa trwa tylko godzinę. Tłum turystów na Słowacji to też nie to samo, co np. tłum w drodze nad Morskie Oko. Ludzi jest naprawdę dużo, ale mimo to jest znacznie luźniej. No i jakoś kulturalniej niż w Polsce. U nas ludzie słuchają głośno muzyki i drą się wniebogłosy. Nie żeby tu panowała cisza, ale jednak jest jakoś spokojniej.

Dochodzimy do stacji „elektriczki” Popradskie Pleso. Siadamy w cieniu i oczekujemy na pociąg. Wagoniki w sezonie jeżdżą mocno zapchane, ale dla nas to jedyna opcja powrotu do samochodu. Bez problemu wejdziecie do środka z pieskiem. Kagańce mieliśmy przygotowane i przypięte do obroży, ale nie zakładaliśmy psiakom z uwagi na upalny dzień. Bilety kupujemy poprzez wysłanie sms-a. Nr telefonu i treść wiadomości jaką należy wysłać, znajdziecie na każdej stacji jak i w wewnątrz pociągu. Kiedyś jednak, z duszą na ramieniu, przejechaliśmy na gapę, bo z uwagi na problem z roomingiem nie udało się nam wysłać sms-a i otrzymać biletu. Całe szczęście tym razem obyło się bez takich problemów. Nasze Futrzaki w pociągu były niemałą atrakcją dla turystów. Zmęczone, poszły grzecznie spać, wzbudzając szerokie uśmiechy na twarzach pozostałych towarzyszy podróży.

Z „elektriczki” wysiadamy na stacji Tatrzańska Polanka i zmierzamy prosto do auta. Żegnamy się z Tatrami. To był wspaniały, pełen wrażeń dzień dla naszej czwórki ❤❤❤❤🐾🐾🐾🐾

A za co tak właściwie kochamy słowackie Tatry? 
  1. Wiele już gór widzieliśmy, ale piękniejszych od Tatr jeszcze nie trafiliśmy. W Polsce leży tylko nieco ponad 22% tego pasma, pozostałe 78% leży po stronie słowackiej. Jest gdzie pochodzić.
  2. Od Tatr Bielskich, po Wysokie, a kończąc na Zachodnich – wszędzie jest pięknie. Różnorodność szlaków jest ogromna – każdy znajdzie tu coś dla siebie.
  3. Z uwagi na większą powierzchnię Tatr po słowackiej stronie, turyści jakoś rozpraszają się po różnych szlakach i dzięki temu jest trochę mniej tłoczno niż w Polsce. Pomiędzy bajki możecie jednak włożyć teksty, że na Słowacji szlaki są puste. Te najbardziej popularne są pełne turystów, choć mimo wszystko jakoś mniej zakorkowane.
  4. Niemal wszędzie można wejść z psem. Istniał co prawda projekt nowego regulaminu, który miałby ograniczyć wstęp ze zwierzętami, jednak Słowacy wycofali się póki co z tego pomysłu.
  5. Jest naprawdę blisko ❤ Z Tychów często wyruszamy na jednodniowe wyprawy – to naprawdę jest wykonalne.
  6. Brak opłat za wstęp do Parku Narodowego. W zamian za to warto się ubezpieczyć, gdyż za ewentualną akcję ratunkową zapewne zostanie wystawiony niemały rachunek. W niektórych miejscach znajdziecie też bezpłatne parkingi, ale większość to koszt 5 – 7 euro za dzień postoju.
To co, kiedy ruszacie na wycieczkę? 

Dajcie znać, jeśli nasza wyprawa okaże się dla Was inspiracją na kolejny górski wypad 🙂

My szykujemy już plecaki do kolejnych podróży!

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🐾🐾🐾🐾

Chorwacja – w poszukiwaniu słońca :)

Tego nie planowaliśmy, a przynajmniej nie podczas tegorocznej majówki. Jak już jednak wiecie, pogoda podczas pobytu na Słowenii nie co dzień była dla nas łaskawa. Trochę szkoda, bo planów mieliśmy naprawdę dużo, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Na Słowenię na pewno wrócimy, a tym razem jedziemy poszukać słońca w pobliskiej Chorwacji. Choć na jeden dzień, na kilka godzin 😀

gdzie jutro zaświeci słońce?

Wieczorem siedzimy i rozkminiamy pogodę. Źle to wygląda. W całej Słowenii deszcz, deszcz ze śniegiem, a nawet śnieg. Nie tak chcieliśmy spędzić tą majówkę. Tegoroczna wiosna nie była ani ciepła, ani ładna, więc takich warunków mamy już po kokardę. Chcemy słoneczka, albo chociaż żeby nie lało. Widzimy jeden jedyny, obiecujący punkcik na mapie. 22 stopnie i słońce – o to nam chodzi. Do pokonania mamy tylko 250 km. Trzy godziny w samochodzie i jesteśmy w słonecznym raju. Co to dla nas? 🙂 Postanowione – rano się pakujemy i jedziemy na Chorwację!

cel – pula 🙂

Coś tam kiedyś czytałam o tym miasteczku, ale w sumie to niewiele pamiętam. Łukaszowi wszystko jedno, czy jest tam coś do zwiedzania, byle było słońce. Jest już późno, nie ma czasu studiować internetów. Tym razem pojedziemy nieprzygotowani. Jak nie my:) Kto mnie zna, ten wie, że nigdzie nie ruszam się bez dokładnej analizy mapy 🙂 Tym razem robimy wyjątek. Ahoj przygodo 🙂

Podróż mija nam w ciągłym deszczu. Leon i Bella mają to kompletnie w nosie i całą drogę śpią na tylnej kanapie. No może prawie całą drogę 😉 Przekraczając granicę okazujemy dowody, wtedy budzą się i drą mordy po celniku 🙂 Nie dało się Futrzaków nie zauważyć, ale mimo to nikt nas nie prosi o ich dokumenty. Pamiętajcie jednak o tym, że trzeba się przygotować i psie paszporty mieć pod ręką w razie ewentualnej kontroli.

Czym bliżej celu tym większa nasza depresja. Nad nami wciąż czarne chmury i co kilka minut ulewnie pada deszcz. Marzymy o tym, by pogoda nie spłatała nam figla. Dopiero kilka kilometrów przed Pulą wychodzi słońce. Początkowo niepewnie, ale jednak. Dojeżdżamy na miejsce, wychodzimy z samochodu i uderza nas gorąco. 3 godziny temu w Bled było 3 stopnie, więc jesteśmy solidnie poubierani. Zdejmujemy bluzy, a kurtki na wszelki wypadek pakujemy do plecaka. Idziemy zobaczyć co fajnego to miasteczko ma do zaoferowania.

chorwacki rzym

No kurde, całkiem tu ładnie 😀 Pula to najstarsze miasto na wschodnim wybrzeżu Adriatyku i zachowało się tu kilka zabytków, pochodzących z czasów panowania Imperium Rzymskiego. Tworzy to niepowtarzalny klimat tego miejsca.

W pierwszej kolejności trafiamy na główny i najstarszy plac w mieście – Forum. Wokół znajdziemy zarówno urokliwe knajpki, jak i cenne zabytki. Jednym z nich z pewnością jest Świątynia Augusta. Budowla powstała na przełomie tysiącleci, pomiędzy  2 r. p.n.e. a 14 r. n.e. Na nas zrobiła naprawdę duże wrażenie 🙂 Obecnie w środku znajduje się muzeum, w którym można obejrzeć kolekcję kamiennych rzeźb. My robimy jedynie solidną sesję zdjęciową na zewnątrz Świątyni, na zwiedzanie wnętrza się nie decydujemy.

Obok stoi piękny Ratusz, który został wzniesiony w XIII w. Do dziś służy jako siedziba administracyjna miasta, ale również wspaniale zdobi ryneczek.

Naprawdę zaczyna się nam coraz bardziej podobać. Spacerując dalej między uliczkami trafiamy na znak wskazujący drogę do twierdzy. Bez wahania kierujemy się za drogowskazem pod górę. Twierdza mieści się na najwyższym wzniesieniu w mieście, więc z jej murów wspaniale widać okolicę. Wewnątrz znajduje się muzeum historyczne, którego tradycyjnie nie zwiedzamy. Zresztą jest tam wyraźny zakaz wejścia ze zwierzętami, więc wiele osób z pieskami siedzi w cieniu drzew przed wejściem i czeka na zwiedzających współtowarzyszy. Spotykamy tu m.in psią parkę beagle & basset. Leon i Bella nawiązują więc nowe znajomości 🙂

Obok murów twierdzy widzimy wąską ścieżkę. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zbadali dokąd prowadzi 🙂 Tym sposobem trafiamy na fajny, trochę dziki punkt widokowy, gdzie robimy sobie krótką przerwę. Wyciągamy z plecaka termos z kawą i upieczone rano bułeczki z domowym dżemem. Pieski piją wodę, po czym zasypiają w cieniu. Odpoczywając, oglądamy miasto z góry i dostrzegamy budowlę, wyglądającą z daleka jak rzymskie Koloseum. Już wiemy, w którym kierunku dalej zmierzać 🙂

Po drodze, trochę przez przypadek, trafiamy na najstarszy zachowany zabytek architektury rzymskiej w Puli – Bramę Herkulesa. Swoją nazwę brama ta zawdzięcza antycznemu opiekunowi miasta. Ponad nią wyrzeźbione są głowa i maczuga Herkulesa.

W końcu dochodzimy do amfiteatru. Bez wątpienia jest to jedna z największych atrakcji miasta, co potwierdza również ilość turystów w okolicy. Miejsce popularnie zwie się Areną, wewnątrz której w starożytnych czasach odbywały się walki gladiatorów. Jest to szósta pod względem wielkości tego typu budowla na świecie. W czasach swojej świetności mogła pomieścić ok. 23 tys. osób. Obecnie amfiteatr służy jako miejsce koncertów i innych wydarzeń kulturalnych. Samą budowlę szpecą jedynie zaparkowane w pobliżu samochody i bliskość głównej, ruchliwej ulicy w mieście. Jakoś tak trochę mi to nie współgra, ale może się czepiam…

ZARAZ, ZARAZ… A GDZIE TU JEST MORZE?

Dobra, trzeba przyznać, że Pula zrobiła na nas wrażenie. Dosyć jednak tego zwiedzania i łażenia, gdzie jest morze ja się pytam??? Gdzieś tam jakąś wodę było widać, ale plaży to w tym mieście chyba nie ma. Żar leje się z nieba, cała nasza czwórka marzy już tylko o chwili lenistwa. Włączamy wujka google i namierzamy małą plażę nad zatoką, do której pieszo mamy dojść w 45 min. No nic, kawał drogi, ale nie zamierzamy rezygnować z tego pomysłu. Kupujemy zimne piwo, ładujemy je do plecaka i w drogę. Po drodze gubimy się kilka razy, więc dopiero po jakiejś godzinie docieramy na miejsce. Wtedy zrozumieliśmy, jaką głupotą było iść tu pieszo. Przecież trzeba będzie jeszcze wrócić do centrum po auto 😀 Tym bardziej, że jesteśmy tu przed sezonem, a wokół plaży jest pełno miejsca do bezpłatnego parkowania.

Jesteśmy na Valsaline Beach, gdzie o tej porze roku nie spotkaliśmy się z żadnym zakazem dotyczącym wprowadzania zwierząt. Plaża wydaje się być raczej kameralna. Położona jest nad niewielką zatoką, głównie żwirowa, więc warto dla bardziej wrażliwych psich łapek wyposażyć się w buciki. Miejsca do opalania nie brakuje też na betonowych pomostach, na trawie czy na kamiennych głazach wzdłuż brzegu. W sezonie działa tu restauracja, bar na plaży i mały park wodny. Póki co – cisza i spokój. Nasze Futrzaki chętnie skorzystały z możliwości kąpieli. Nawet Bella, która dotychczas za pluskaniem w morzu nie przepadała. Co się dziwić, woda miała 16°C, więc przyjemnie chłodziła rozgrzane futerka.

To była nasza pierwsza wizyta w Chorwacji wiec oboje z Łukaszem byliśmy zachwyceni czystością i kolorem wody. Z pewnością w te okolice wrócimy, ale zdecydowanie na dłuższy wypoczynek. Półwysep Istria wydaje się naprawdę fajnym pomysłem na spędzenie urlopu 🙂

No to co, jedziecie na chorwację?

Tak naprawdę widzieliśmy niewiele, a na Chorwacji spędziliśmy jedynie pół dnia. Nie uznajemy siebie za ekspertów, więc jeśli nie mamy racji – poprawcie nas.

  • Chorwacja wydaje się być dość tania. Przynajmniej w porównaniu z drożyzną na Słowenii. Począwszy od noclegów, poprzez parking, zakup pamiątek, po piwo czy lody – wszystko mamy naprawdę znacząco taniej niż w pobliskiej Słowenii. Z pewnością jest to jeden z powodów, dla których nasi rodacy masowo co roku wyjeżdżają tu na wczasy.
  • Jest naprawdę blisko! To ogromny atut, szczególnie jeśli mieszkacie na południu Polski, tak jak my. Z Tychów do Puli jest jakieś 950 km,  które można pokonać w mniej niż 10 godz jazdy samochodem. Trasa wiedzie głównie po autostradach, a widoki po drodze są bardzo zróżnicowane i ciekawe. Jest czym nacieszyć oczy.
  • Do kosztu paliwa trzeba doliczyć koszt winiety. Najpopularniejsza droga wiedzie przez Czechy, Austrię i Słowenię – w każdym z tych Państw taką winietę trzeba posiadać. W Chorwacji za autostradę płacimy tak jak w Polsce, na bramkach. Wjeżdżając bierzemy bilecik, przy wyjeździe płacimy za przebyty odcinek. Płatność możliwa jest gotówką w lokalnych kunach lub w euro, ewentualnie kartą płatniczą. Przy płatności w euro trzeba pamiętać, że przelicznik będzie mało korzystny, a kasjerka i tak zapewne wyda Wam resztę w kunach.
  • Chorwacja leży poza strefą Schengen, więc na granicy trzeba okazać dokumenty : dowód osobisty lub paszport. Pamiętajcie o paszportach da zwierzaków – naszych nie sprawdzali, ale z pewnością wyrywkowo dokonują takich kontroli. Brak dokumentów może się wiązać z odmową wjazdu na terytorium kraju! W sezonie na granicy, jak i na bramkach na autostradzie bywają spore korki.
  • Pieski mile widziane 🙂 Jedyny zakaz z jakim się spotkaliśmy, widniał przy wejściu do twierdzy. Poza tym żadnych tabliczek z zakazami czy innych takich. Nawet w fontannie pieski mogły się spokojnie pluskać. W okolicy Puli bez problemu znajdziecie też plaże, na które swobodnie wejdziecie z czworonożnym przyjacielem, wystarczy wygooglować 😀

życzymy mIŁEGO WYPOCZYNKU 🙂

Mamy nadzieje, że nasze zdjęcia wystarczająco zachęciły Was do odwiedzenia Puli.

PS. Dajcie koniecznie znać jak było 🙂

 

 

 

Słowenia – mały kraj z wielką duszą

Emocje po majówce już dawno opadły, jednak z tej wyprawy zachowaliśmy wiele pięknych wspomnień, które odżyły w nas po wczorajszej prezentacji zdjęć w rodzinnym gronie.

Wiele zdjęć z tej podróży znajdziecie już na naszym Instagramie i Facebooku, a odnośniki do naszych profili społecznościowych znajdują się pod głównym menu na blogu.

Dlaczego w ogóle warto wybrać się do Słowenii?

Powierzchnia tego kraju jest mniejsza niż  województwo zachodniopomorskie, ale dzięki temu, gdziekolwiek się nie zatrzymamy, będziemy mieć możliwość naprawdę dużo zwiedzić. Biorąc pod uwagę tak mały obszar,  zadziwiające jest wręcz nagromadzenie atrakcyjnych miejsc wartych odwiedzenia. Tu właściwie każdy znajdzie coś dla siebie: zamki, jaskinie, doliny, wodospady, jeziora, morze czy górskie trasy o różnym zaawansowaniu trudności. Dalej zastanawiacie się czy warto tu przyjechać?

Cel podróży : Bled 🙂

Dla nas była to pierwsza wizyta w tym kraju, a za nasze miejsce wypadowe wybraliśmy osławiony Bled. Miejscowość ta znana była nam z folderów reklamujących Słowenię i trzeba przyznać, że naprawdę jest tam pięknie. Nocleg tradycyjnie znajdujemy na booking.com i jak zwykle jesteśmy bardzo zadowoleni z tego wyboru. Jeśli przyda się komuś namiar, tutaj wklejam bezpośredni link do obiektu. Apartament zawiera wszystko, co może być potrzebne, a za jedną z głównych jego zalet uznajemy świetnie wyposażona kuchnię, w której mieliśmy możliwość samodzielnie przygotowywać posiłki. Dla tych co szukają oszczędności, to naprawdę duże udogodnienie, tym bardziej, że Słowenia do tanich miejsc nie należy. Jeśli dodać do tego balkon ze wspaniałym widokiem na pasmo Karawanków, możliwość oglądania codziennie zjawiskowych wschodów słońca, przemiłą gospodynię i darmowy nocleg dla naszych Futrzaków, to czego można by chcieć więcej? 😍

W maju nad Bledem tłumów nie stwierdzono, ale w szczycie sezonu bywa tu podobno tłoczno. Szukając miejsca do zaparkowania auta kierujcie się w okolice dworca kolejowego Bled Jezero. W czasie naszego pobytu miejsca było tam sporo i co ważne parking był bezpłatny, w odróżnieniu od tych w centrum miasteczka. Miejscowość uważamy za bardzo psiolubną. Niemal przy każdym śmietniku znaleźć można woreczki na psie 💩, a w wielu miejscach również poidełka z wodą dla zwierzaków. Niestety, z uwagi na napięty harmonogram pobytu, nie dotarliśmy na zamek ani na wysepkę na środku jeziora, ale tam gdzie byliśmy nigdzie nie spotkaliśmy się z zakazem wejścia ze zwierzętami.

Obowiązkowo jednego dnia wchodzimy na sławny punkt widokowy Ojstrica. Teraz mamy własne zdjęcia, podobne do tych, które znajdują się na większości pocztówek z Bledu.

Vintgar – must-see wizyty w Słowenii 🙂

Nieopodal Bled znajduje się jedna z największych atrakcji Słowenii – wąwóz Vintgar. Wejście do niego kosztuje 9 euro, pieski zwiedzają za darmo. Dodatkowo płatny jest parking, jeśli dobrze pamiętam było to ok. 4 euro. Polecamy wizytę w tym miejscu wcześnie rano lub późnym popołudniem, gdyż wąwóz odwiedza ogromna ilość turystów, przez co w ciągu dnia wąskie kładki po prostu się korkują.  Jeśli nie traficie na dzikie tłumy w tym miejscu, to wędrówka w obie strony nie powinna zająć więcej niż 1,5 godziny. Miejsce to wręcz zachwyca swoim urokiem. Musicie uwierzyć mi na słowo, że na żywo prezentuje się jeszcze lepiej niż na zdjęciach.

Na samym końcu wąwozu znajduje się niewielki, ale ładny wodospad  Šum, a tuż za nim mała knajpka, w której można się napić lokalnego piwka.


Jeśli nie Bled, to co?

Jeśli przyjeżdżając do Słowenii  za swoją bazę wypadową wybierzecie okolice jeziora Bohinj, również nie będziecie zawiedzeni. Co więcej – mimo tak fajnej kwatery jaką mieliśmy w Bled, następnym razem na 100% zatrzymamy się gdzieś w okolicy Starej Fužiny . Żałujemy bardzo, że nie wystarczyło nam czasu na spacer wokół tego pięknego jeziora i między innymi dlatego planujemy już kolejną wizytę w Słowenii.

Atrakcje Doliny Bohinj.

Dolina Bohinj do zaoferowania ma znacznie więcej niż tylko jezioro. Do jednej z większych atrakcji śmiało można zaliczyć Centrum Narciarskie Vogel. Zimą jest to idealne miejsce dla narciarzy, latem zaś idealny punkt wypadowy na okoliczne szczyty. Wjazd kolejką gondolową zajmuje niespełna 5 minut, ale niestety do tanich nie należy. 20 euro od osoby to naszym zdaniem spory wydatek za tą chwilę wątpliwej jak dla nas przyjemności. Koszt biletu dla zwierzaka to dodatkowe 4 euro. Plusem jest jedynie darmowy parking pod dolną stacją kolejki. Z reguły unikamy takich atrakcji, wychodząc z założenia, że góra jest zdobyta tylko wtedy, gdy wejdziemy na nią o własnych siłach. Tym razem jednak decydujemy się na wjazd tym ustrojstwem, bo atrakcji na Słowenii jest sporo, a czasu mało, niestety. Wybierając się z psem należy mieć kaganiec w zanadrzu, choć nam nie kazali go tym razem zakładać.

O ileż większa byłaby nasza satysfakcja, gdybyśmy tam weszli na własnych nogach/łapkach 🙂 Na szczęście piękny widok na jezioro Bohinj i zaśnieżone Alpy Julijskie w tle, tym razem był wart tego odstępstwa 🗻🗻🗻😍😍😍

To jednak wciąż nie koniec atrakcji, jakie dolina Bohinj ma do zaoferowania. W odległości kilku kilometrów od dolnej stacji kolejki znajduje się Wodospad Savica. Jest to jeden z najczęściej odwiedzanych wodospadów w Słowenii, więc należy się nastawić, że bywa tu tłoczno. Dojście do niego od parkingu zajmuje ok 20 minut, a droga pnie się pod górę głównie po schodkach. Po drodze jest kilka miejsc, gdzie można zrobić sobie krótką przerwę.

Bardzo żałowaliśmy, że nie da się podejść bliżej pod wodospad, a szlak skończył się na metalowej bramie 😒
Co tu jednak dużo gadać, miejsce jest piękne i pomimo otaczających nas tłumów warte odwiedzenia. Wstęp tak samo jak parking kosztuje 3 euro, a pieski spacerują za darmo 🐾🐕🐾🐕🐾

A może by tak odwiedzić stolicę ?

Pomysłów na spędzenie wolnego czasu w okolicy naprawdę nie brakuje, jednak nasze plany musiały zmieniać się równie dynamicznie jak pogoda. Przez kolejne trzy dni naszego pobytu w Bled niemal nieprzerwanie padał deszcz, deszcz ze śniegiem, a w wyżej położonych rejonach, które mieliśmy w planie odwiedzić, również śnieg. Całe szczęście, że zawsze podróżujemy własnym samochodem! Dało nam to możliwość wybierać te miejsca do odwiedzenia, gdzie prognozy pogody były bardziej zachęcające 🙂  W ten oto sposób trafiliśmy m.in. do centralnej części tego małego kraju, gdzie leży jego stolica – Ljubljana. Auto bezpiecznie można zaparkować na dużym, bezpłatnym parkingu pod cmentarzem Žale. Jeśli będziecie bez piesków – warto tam zajrzeć, bo miejsce wydaje się niezwykle interesujące architektonicznie. Stamtąd do centrum miasta mamy jakieś 3 km. spacerkiem.

Kierując się w stronę Starego Miasta mijamy niemal same nieciekawe budynki i brzydki dworzec kolejowy. Pogoda nie rozpieszcza, co jakiś czas pada deszcz. Na miejscu okazuje się jednak, że warto było trochę zmoknąć, by zobaczyć to, co Lublana ma najlepszego do zaoferowania.

Niestety podczas naszego spaceru po starówce solidnie się rozpadało, więc nie dotarliśmy na Wzgórze Zamkowe 🙁  Szkoda, bo to prawdopodobnie największa atrakcja tego miasta. Na pocieszenie wcinamy pyszny burek z serowym nadzieniem i obiecujemy sobie, że jeszcze tu wrócimy 🙂

Piran – prawdziwa perła Adriatyku!

Wracamy do auta i uciekamy od deszczu w stronę słoweńskiego wybrzeża. Naszym celem jest Piran, oddalony o ok. 1,5 godz drogi autem od stolicy.
Samochód zostawiamy na płatnym parkingu, w odległości około 10 min od wyłączonego z ruchu zabytkowego centrum miasteczka. Jeszcze nie wiemy, że zaraz za zakrętem naszym oczom okaże się taki widok <3

Miasteczko położone jest na skalistym cyplu, który opada wprost do morza. Trzeba przyznać, że prezentuje się się wyjątkowo fotogenicznie i malowniczo. Już wiemy dlaczego mówi się, że Piran to prawdziwa perełka słoweńskiego wybrzeża. Bez dwóch zdań zasługuje na to miano, o czym przekonujemy się z każdą chwilą bardziej. Po jego wąskich, krętych uliczkach chce się spacerować bez końca. Trudno nie zakochać się w tym miejscu 😍

Szczególnie urzekająco Piran przedstawia się z naszej ulubionej perspektywy, czyli widziany z góry.  Czerwone dachy zabudowań miejskich oraz Adriatyk tworzą piękną dla oczu kompozycję 🌅 Zresztą spójrzcie sami 🙂

Na próżno szukać tu rozległych plaż, za to historyczne centrum miasta robi naprawdę wspaniałe wrażenie. Nie spotkaliśmy tu tłumu turystów, za to wszyscy bardzo życzliwie podchodzili do naszych Futrzaków. Zakaz wstępu ze zwierzętami obejmował tylko mury miejskie oraz widokową wieżę kościoła św. Jerzego.

W drodze powrotnej na parking, postanawiamy jeszcze zajrzeć do portu. W ten sposób zyskujemy zupełnie nowe spojrzenie na to wspaniałe miasteczko.

Żal było stamtąd wyjeżdżać. Zdecydowanie warto przyjechać tam nawet w drodze do lub z Chorwacji. Z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

Co by tu jeszcze można zobaczyć?

W Słowenii miejsc do odwiedzenia jet naprawdę dużo.
Wiele pomysłów znajdziecie w poniższym filmiku, który również dla nas był inspiracją do wyjazdu w te rejony.

Autorzy tego filmiku prowadzą też fajnego bloga, podrzucam  link do strony. 

Coś na deser 🙂

Z wszystkich tych wspaniałych miejsc, nam udało się „zobaczyć” jeszcze tylko Planicę. Sceneria, jak na maj, była jednak dość nietypowa 🙂

Cała reszta atrakcji wciąż znajduje się na naszej liście miejsc, które koniecznie musimy odwiedzić. Kto wie, może jeszcze w tym roku zawitamy w Słowenii ponownie? 🙂

Ps. Podobało się Wam? Dajcie po sobie znać, że czytacie 🙂

Budapeszt – paprykowa stolica Węgier

Jeden dzień w tym mieście, to zdecydowanie za mało, by móc skosztować wszystkich atrakcji i zobaczyć wszystkie jego wspaniałe zakamarki. Jednak nawet tyle czasu zdecydowanie wystarczy, by pokochać to miasto i zostawić tam część swojego serducha.

Dokładnie 1 dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Budapesztu, traktując to jako odpoczynek po górskich, wyrypiastych trasach na Słowacji. Jak się później okazało, ten dzień zmęczył nas bardziej niż poprzedzający go tydzień górskich wędrówek, do tego stopnia, że cały kolejny dzień odsypialiśmy 😅

Dojazd z naszej kwatery na Słowacji z opcją „unikaj opłat” zajął nam ok 4 godziny. Wyjechaliśmy nad ranem, więc na miejscu byliśmy już ok 8. Auto postanowiliśmy zaparkować na wzgórzu Gellerta i stamtąd rozpocząć zwiedzanie miasta. Na samym końcu drogi znajduje się płatny w parkomacie parking, jednak wzdłuż niżej położonych uliczek o tej godzinie było jeszcze sporo wolnego miejsca do zaparkowania bezpłatnie.

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od Cytadeli.  Wnętrze twierdzy nie jest obecnie udostępnione do zwiedzania, ale spod jej murów roztaczają się wspaniałe widoki na Budzińskie wzgórza, płaski jak naleśnik Peszt z gmachem parlamentu na czele oraz słynne mosty na rzece Dunaj.

To dopiero początek, a już nam się podoba :)

Pomimo stosunkowo wczesnej pory, jest sporo ludzi, szczególnie obok Pomnika Wolności. Wygląda na to, że duża część zorganizowanych wycieczek również zaczyna zwiedzanie Budapesztu od tego miejsca.

Powoli schodzimy ze wzgórza, po drodze trafiając jeszcze na rzeźbę symbolizującą związek między Budą i Pesztem. Dla odmiany nie było tam żywej duszy, więc korzystając z okazji, jeszcze raz, tym razem w spokoju, przyglądamy się widokom na miasto.

Po krótkim odpoczynku opuszczamy wzgórze Gellerta i kierujemy się w stronę Zamku Królewskiego. Na Wzgórze Zamkowe wchodzimy pieszo, lecz dla turystów dostępna jest również kolejka, której dolna stacja znajduje się niedaleko Mostu Łańcuchowego. Naszym zdaniem kolejka to jednak zbędny wydatek i kiepska atrakcja, bo piesza trasa nie jest ani długa, ani wymagająca kondycyjnie. Samo wejście na Wzgórze Zamkowe jest bezpłatne i dostępne również dla czworonogów.

W okolicy Zamku trafiamy na kolejne tłumy, ale to wciąż nie ta ilość ludzi co na Monciaku czy Krupówkach w szczycie sezonu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jest to najtłumniej odwiedzane przez turystów miejsce w mieście. Na szczęście wszyscy bardzo życzliwie podchodzą do piesków, zagadują w różnych językach, chcą nawet robić sobie z nimi zdjęcia, na co czasem się zgadzamy 😉 Wnętrza Zamku nie zwiedzamy, jakoś tak nie bardzo lubimy muzea. Zresztą w planie mamy jeszcze sporo miejsc do odwiedzenia w Budapeszcie, a czas nieco nas goni.

Z zamku rzut beretem mamy do Kościoła Macieja. Bynajmniej nie chodzi tu o żadnego świętego 😉 Nazwa Kościoła nawiązuje do Króla Macieja, który w tym miejscu przyjął swoje śluby. Neogotycka bryła zachwyca swoim przepychem. Wejście do wnętrza Świątyni jest płatne i z pewnością warte odwiedzenia, jednak my natrafiamy tu na sporą kolejkę oczekujących, więc i tym razem odpuszczamy.

Nieopodal czeka na nas kolejna atrakcja Dzielnicy Zamkowej jaką jest Baszta Rybacka. Jej siedem charakterystycznych białych wież symbolizuje siedem plemion, które zapoczątkowały istnienie Węgier. Obecnie budowla ta spełnia rolę tarasu widokowego, jednak warto wiedzieć, że została wybudowana w miejscu dawnych murów obronnych. Większą część spacerowej trasy przejdziecie za darmo, jednak wejście na najwyższy jej poziom przez większość dni w roku jest płatne. Darmowe jest jedynie zwiedzanie w godzinach nocnych i w czasie zimy. W wakacje bywają tam mega kolejki po bilety. Tak było i tym razem, więc jak się pewnie domyślacie – kolejny raz sobie darujemy 😉 Spacerując później po Baszcie nie żałujemy tej decyzji. Większe tłumy były na tym płatnym poziomie, a widoki były stamtąd identyczne, tylko odrobinę wyżej 😉

Lato jest naprawdę upalne, więc Futrzaki sapią niemiłosiernie. Dobrze, że częściowo mogły spacerować w cieniu. Po przejściu Baszty dajemy im pić i czekamy chwilkę, aż odpoczną, następnie opuszczamy Wzgórze Zamkowe i kierujemy się w stronę bulwaru nad rzeką Dunaj. Tam dociera do nas jakich rozmiarów jest parlament. Robił już wrażenie widziany z góry, ale teraz patrzymy na niego z przeciwległego brzegu rzeki i nie możemy wyjść z zachwytu. Imponująca budowla.

Spacerując dalej wzdłuż Dunaju, dochodzimy do Mostu Małgorzaty. W planie mamy zejście z mostu na wyspę, która jest miejscem odpoczynku dla wielu mieszkańców węgierskiej stolicy.

Jesteśmy już bardzo zmęczeni, czuję że nogi dosłownie wchodzą mi do tyłka. Za nami już jakieś 4 godziny zwiedzania, a dzień jest prawdziwie upalny, więc nie ma się co dziwić. Dochodzimy do fontanny. W cieniu wokół niej ustawione są krzesełka. Znajdujemy dwa wolne i postanawiamy odpocząć. Czujemy przyjemny chłód od wody i od razu robi się nam błogo. Futrzaki postanawiają uciąć sobie drzemkę 😉

Nagle z głośników zaczyna lecieć muzyka. Okazuje się, że jest to fontanna multimedialna i trafiliśmy akurat na pokaz, który odbywa się tu prawdopodobnie co godzinę 😍 Całość spektaklu trwa ok 10 minut i naprawdę robi wrażenie. Myślę, że warto wybrać się tu wieczorem, gdy do wody i dźwięku dochodzi jeszcze gra świateł.

Po odpoczynku wracamy na Most Małgorzaty, którym przechodzimy do pesztańskiej części miasta.

Kierujemy się w stronę placu Bohaterów, ale po drodze znów zaczyna brakować nam energii. Szukamy jakiejś klimatycznej knajpki, ale wzdłuż ulicy, którą idziemy nic nam nie wpada w oko. Sprawdzamy w necie, że fajne miejsce jest po przeciwnej stronie placu, na który zmierzamy. Idziemy więc dalej, motywowani pysznym węgierskim jedzeniem i marzeniem o zimnym piwie. W restauracji zajęliśmy sobie miejsce w ogródku, gdzie kelner ochoczo częstował psiaki wodą. Knajpka rzeczywiście okazała się smaczna. Zupa gulaszowa – prawdziwe niebo w gębie 😍

Posileni zmierzamy już prosto na Plac Bohaterów. Jest to jeden z największych i najważniejszych placów w Budapeszcie. Od prawie stu lat zdobi go Pomnik Tysiąclecia, którego budowa rozpoczęła się w tysięczną rocznicę istnienia państwa węgierskiego.

Nieopodal znajduje się słynny lasek miejski, który jest świetnym miejscem na relaks i odpoczynek od gwaru miasta. Spaceruje tu wiele osób z pieskami, a woreczki i kosze na psie kupki znajdujemy co kilka kroków. Na sporych rozmiarów terenie mieści się m.in. sztuczne jeziorko czy bajkowy zamek Vajdahunyat z XIX wieku. Tutaj w zaciszu drzew robimy sobie kolejną przerwę, po czym wracamy do centrum miasta.

W celu zaoszczędzenia czasu i sił decydujemy się na przejażdżkę metrem. Dzisiejsza wędrówka naprawdę daje się już odczuć w nogach, tym bardziej, że przecież cały poprzedni tydzień spędziliśmy na chodzeniu po górach. Aby na teren stacji wejść z psem, konieczne jest założenie mu kagańca. Belcia i Leoś bardzo tego nie lubią, ale wszystkie pieski traktowane są równo, a ochrona metra bardzo pilnuje przestrzegania tego przepisu. Na szczęście podróż nie trwa długo, więc jakoś dajemy radę 🙂

Wysiadamy na stacji, której nazwy w żaden sposób nie potrafię powtórzyć i kierujemy się w stronę Bazyliki Świętego Stefana. Jest to największy kościół w Budapeszcie, a jego budowa trwała aż 50 lat. Największe wrażenie robi potężna, złocista kopuła świątyni. Kościół w wybranych godzinach udostępniany jest do zwiedzania bezpłatnie, a opłata pobierana jest jedynie za wejście na widokową antresolę, znajdującą się na kopule. Chętnych nie brakuje, więc po raz kolejny darujemy sobie stanie w długiej kolejce.

Zwiedzając dalej, udajemy się się w stronę słynnego Mostu Łańcuchowego. To pierwszy stały most, który połączył niegdyś Budę z Pesztem. Na jego obu brzegach znajdują się kamienne rzeźby lwów. Ruch w okolicach mostu jest ogromy. Samochody poruszają się tu w ślimaczym tempie, a turyści chodzą po ulicy jak chcą, często wbiegając pod koła nadjeżdżających aut. Cuda na kiju, aż dziwne, że nie było tam żadnych służb, które by pilnowały porządku w tym miejscu. Zaczynam się bać powrotu, gdyż dociera do mnie, że tamtędy będziemy musieli przejeżdżać.

Póki co, wybieramy się jeszcze na ulicę Vaci, na której znajdują się zarówno zabytkowe, piękne kamienice, jak i drogie markowe butiki. Spacer okazuje się przeciskaniem w tłumie innych turystów. Nie polecam zakupu pamiątek w tym miejscu – ceny mogą Was przyprawić o zawrót głowy.

Ulica ma jakiś kilometr długości, a kończy się w okolicy mostu Elżbiety, którym musimy przejść na drugi brzeg, by wrócić do samochodu zaparkowanego na wzgórzu Gellerta.

Nie mamy już sił na wizytę w pobliskiej hali targowej, wstępujemy jedynie do cukierni, by skosztować tradycyjnej, zawijanej drożdżówki z kakaowym nadzieniem o wdzięcznej nazwie kakaóscsiga 🙂 Kupujemy jeszcze na drogę powrotną kilka różnych smaków pogaczy, na których zapach Futrzaki bardzo się ożywiają 😀 Została już ostatnia prosta do auta.

Uwierzcie, że nogi bolały mnie tak bardzo, że prawie popłakałam się z radości na widok naszego samochodu. W planie mieliśmy jeszcze zakup pamiątek w straganach na samym czubku wzgórza, więc zostawiamy nasz plecak z prowiantem i ciśniemy na górę. Co można przywieźć z Budapesztu? Paprykę oczywiście! I to w każdej możliwej postaci 😀 Jako przyprawa – słodka lub ostra, wędzona lub nie. Różnego rodzaju pasty, zarówno w tubkach jak i w słoiczkach. Kupić można też całe pętka suszonych papryczek. Bez żalu wydajemy tam wszystkie forinty jakie nam zostały i wracamy do auta, w którym psiaki niemal natychmiast zasypiają.

Co prawda nasz plan zwiedzania zakładał jeszcze zobaczenie Budapesztu po zmroku, ale z uwagi na zmęczenie, które nas dopadło, tym razem daliśmy sobie spokój. Obiecaliśmy sobie jednak , że wrócimy tu na dłużej. Jeden dzień to naprawdę zdecydowanie za mało czasu na zwiedzenie tego pięknego miasta. Jeśli macie jakiś fajny, sprawdzony nocleg w Budapeszcie, gdzie mile widziane są też Futrzaki, dajcie proszę znać w wiadomości lub w komentarzu.

PS. Jeśli ktoś dobrnął do końca tego tekstu, też może dać znać 😀 Się rozpisałam 😀 😀 😀

Nie wierzę, ze tu jestem :)

Cześć, jestem Kasia. 1/4 bloga marcowebeaglove.pl

Razem ze mną występuje mój mąż Łukasz i dwójka naszych włochatych „dzieciaków”: Bella i Leon.

To właśnie one były główną inspiracją do stworzenia tego bloga, bo odkąd tylko mam psy (Leonek ma prawie 7 lat, Bella adoptowana 4 lata temu) wciąż słyszę, że pies to kula u nogi i przeszkoda w podróżowaniu. Chciałabym pokazać, że choć wyjazdy z psem są logistycznie nieco trudniejsze do zorganizowania niż wczasy last-minute za pośrednictwem biura podróży, to jak najbardziej są możliwe, a co więcej – mogą być dla wszystkich ogromną przyjemnością 🙂

Całą rodziną kochamy górskie wędrówki, ale czasem znajdujemy też coś interesującego do robienia na nizinach 🙂
Będę dzielić się z Wami naszymi relacjami zarówno z jednodniowych trekkingów jak i dłuższych i dalszych podróży.
Na blogu znajdziecie też najładniejsze zdjęcia z naszych wypadów i wiele praktycznych informacji dotyczących miejsc przyjaznych psom, bazy noclegowej czy aktualnych cen. Wszystko to wzbogacone zostanie o nasze subiektywne odczucia dotyczące trudności opisywanej trasy czy atrakcyjności danego miejsca.

Ale zaraz, zaraz – to nie jest blog tylko dla psiarzy. Zapraszam wszystkich zapalonych górołazów i innych maniaków podróżowania 🙂 Może znajdziecie u nas inspirację na kolejne wędrówki? Kimkolwiek jesteś wiedz, że jest mi szalenie miło, że tutaj wpadłeś i zechciałeś poznać bliżej naszą zwariowaną rodzinkę <3

PS. Ktoś mnie chyba musi uszczypnąć, wciąż nie wierzę, że piszę tego bloga 🙂