Beskid Żywiecki – Pilsko 1557 m n.p.m.

BURZOWE PROGNOZY POGODY

Burza w górach to naprawdę nic fajnego. Nie chodzimy po górach od wczoraj i już kilka razy przeżyliśmy taką konkretną. Za którymś tam razem przestałam się łudzić, że „może przejdzie bokiem”. Przed wyjściem w góry zawsze sprawdzam radary burzowe, które zwykle mnie nie zawodzą. Nie ryzykuję. Czasem lepiej zmienić plany, co w obliczu tegorocznych wydarzeń na Giewoncie, polecam rozważyć każdemu. Zdrowie i życie jest zdecydowanie zbyt cenne, by je tak głupio stracić.

Do rzeczy. Plan na ten dzień mieliśmy zupełnie inny. Rano, gdy Łukasz pakował plecaki, ja postanowiłam ponownie sprawdzić pogodę. No i całe szczęście, bo w prognozach pojawiły się burze już w okolicach godzin południowych. Szybko postanowiliśmy zatem dostosować swoje plany do niepewnej pogody. Zamiast całodziennej wędrówki po graniach, wybieramy trasę, która prowadzi w pobliżu górskiego schroniska.

Szybka decyzja – jedziemy na Pilsko.

Pilsko to drugi pod względem wysokości (zaraz po Babiej Górze) beskidzki szczyt. Od lat zresztą bardzo przez nas lubiany. Ostatnio, dokładnie taką samą pętelkę jaką mamy dziś w planie, przeszliśmy ze dwa lata temu. Uznaliśmy, że to świetna okazja by wrócić w te rejony. Tym bardziej, że nieco poniżej szczytu funkcjonuje duże schronisko, w którym w razie załamania pogody będziemy mogli przeczekać.

kORBIELÓW – GRANICA ZE SŁOWACJĄ

Nasza trasa rozpoczyna się na Przełęczy Glinne, która stanowi granicę ze Słowacją. Na przełęczy mieści się parking, który zawsze był bezpłatny, jednak od tego roku pobierana jest tu drobna opłata za postój – 8 zł. za cały dzień. Startujemy z tego miejsca po godzinie ósmej rano. Początek trasy prowadzi asfaltową drogą po słowackiej stronie granicy, aż do rozdroża Biela Farma. To jakieś 45 min. żwawego marszu. Na rozdrożu zmieniamy kolor szlaku na niebieski,  Przez dłuższy czas nadal wędrujemy asfaltem, ale coraz bardziej oddalamy się od głównej drogi, coraz dalej w las. Za plecami co jakiś czas pojawia się świetny widok na Babią Górę. Aż zatęskniliśmy 🙂

Wreszcie dochodzimy do miejsca, gdzie ścieżka zaczyna się wyraźniej piąć w górę. Przedtem robimy sobie przerwę na śniadanie. Cisza, spokój, zero ludzi. To lubimy 🙂

mozolnie pod górę

Wyraźnie nabieramy wysokości. Można się konkretnie zasapać, tym bardziej, że dzień staje się coraz bardziej gorący. Na szczęście w dużej mierze idziemy przez las, więc jest się gdzie schować przed słoneczkiem. Wciąż jesteśmy zaskoczeni brakiem turystów. Od samego rana nie spotkaliśmy na szlaku żywej duszy. Po drodze za to mijamy mnóstwo jagodowych krzaczków, więc co jakiś czas robimy przerwę na ich zbieranie i konsumpcję. Mniam 🙂

Wreszcie dochodzimy do miejsca, gdzie szlak zmienia kolor na zielony. Drogowskaz wskazuje, że zostało nam jeszcze 25 minut marszu. Po raz setny zatrzymujemy się, by dać Futrzakom wody. Na szczęście ścieżka staje się wyraźnie mniej stroma przez co dość szybko wyprowadza nas bezpośrednio na wyższy, słowacki wierzchołek Pilska.

Pilsko 1557 m n.p.m

No i jesteśmy 🙂

Po drodze robiliśmy sporo przystanków, więc jest już prawie godzina trzynasta. Wyraźne widzimy, że zmienia się pogoda. Niebo staje się coraz bardziej zachmurzone i jest naprawdę parno. To zwiastuje nieuchronną burzę. Mam do tego nosa, uwierzcie mi. Żadne radary nie są nam właściwie potrzebne, bo ja burzy w górach boję się jak diabeł święconej wody, więc zawsze wyczuwam, kiedy nadejdzie.

Na szczycie po raz pierwszy tego dnia spotykamy innych turystów. Po prawie pięciu godzinach to całkiem miła odmiana 🙂 Większość przyszła tu z pobliskiej Hali Miziowej, gdzie stoi wspomniane już wcześniej schronisko. Całe szczęście, że sam szczyt jest dość rozległy, przez co nie mamy poczucia tłoku. Siadamy na trawce i delektujemy się widokami na okolicę. Futrzaki ucinają sobie krótką drzemkę, a my obserwujemy, jak z każdą chwilą niebo staje się coraz bardziej zachmurzone. Nie dane nam jest dziś napatrzeć się na nasze ukochane Tatry. Przy dobrej pogodzie widać je stąd doskonale, ale dzisiaj widoczność jest kiepska. Mimo wszystko jest pięknie. Sami zobaczcie 🙂

Idzie burza – trzeba wiać 😉

W powietrzu, z każdą minutą, coraz bardziej czuć zbliżające się nieuchronnie załamanie pogody. Po chwili docierają też do nas pierwsze dźwięki zbliżającej się burzy. No nic, trzeba się ewakuować. Na szczęście do Hali Miziowej jest stąd stosunkowo niedaleko. Zbiegamy po kamienistym zboczu jak najszybciej do schroniska, po drodze mijając spore ilości turystów, którzy nie zważając na nic pchają się do góry. Co gorsza, większość z nich to osoby zupełnie nieprzygotowane na zapowiadaną gwałtowną zmianę pogody. Nie zrozumcie mnie źle – też kiedyś chodziłam w góry w adidasach i z plecaczkiem, w którym była tylko butelka wody i czekolada. Nigdy jednak nie zrozumiem, jak można świadomie podejmować ryzyko, by w odsłoniętym, wysoko położonym terenie, pchać się prosto w burzę. Co gorsza, ciągnąć ze sobą małe dzieci. W krótkim rękawie, w trampkach, bez kurtki… Zawsze w takich momentach zastanawiam się – w imię czego oni tam idą? Przecież góra stoi tam od wieków, poczeka, a zdrowia nikt im nie wróci!

schronisko na hali miziowej

No, obiektywna to ja nie będę, bo naprawdę lubię to miejsce. Za psiolubność, za sympatyczne warunki, za dobrą kuchnię i za czyste łazienki. Za wypas owiec, za mnogość szlaków turystycznych i za cudowne widoki. Za to, że to naprawdę duży obiekt, a nadal można się tam poczuć jak w kameralnym schronisku. Polecam na noclegi, jak i na krótką wizytę. Warto tu zajrzeć, bo to przecież najwyżej położone schronisko w polskich Beskidach. Leży na wysokości 1330 m n.p.m. i oferuje wspaniały widok na Babią Górę. Obiekt jest naprawdę duży. Znajduje się tu niemal 90 miejsc noclegowych w pokojach o zróżnicowanym standardzie. Jest czysto i wbrew pozorom naprawdę przytulnie. Nocleg z psem jest tu jak najbardziej możliwy, dopłacamy za pupila 15 zł/dobę. Uważam, że naprawdę warto zatrzymać się tu na dłużej. Wbrew pozorom panuje tu naprawdę rodzinna atmosfera. My na tym schronisku jeszcze nigdy się nie zawiedliśmy 🙂

Tym razem korzystamy tylko z bufetu, wpadając dosłownie chwilę przed burzą. Znajdujemy wolny stolik i siadamy w kąciku. Obserwujemy przez okno prawdziwe oberwanie chmury i solidną burzę z wyładowaniami. Zamawiamy piwko i zamierzamy spędzić tu co najmniej dwie najbliższe godziny. Właśnie tyle, według prognoz, ma trwać przejście frontu atmosferycznego. Jest dopiero godzina czternasta, nie musimy się nigdzie spieszyć. Bella i Leonek zasypiają zmęczeni pod stołem, a my gadamy o głupotach i cieszymy się, że zmieniliśmy plany na dzisiejszy dzień. W przeciwnym razie wcale nie byłoby nam teraz tak wesoło 🙂

Przez okno obserwujemy, jak przemoknięci turyści, których mijaliśmy,  zbiegają w stronę schroniska. Z dzieciakami na barana… 🙁 Nie będę tego komentować, bo szkoda stukania w klawiaturę… Strachu się pewnie najedli, ale żyją i nic im nie ma, a to najważniejsze.

A PO BURZY Będzie słońce?

W drogę powrotną postanawiamy wybrać się czerwonym szlakiem w stronę przełęczy Glinne. Gdy poniżej schroniska docieramy do granicy lasu, zaskakuje nas tablica ze znakiem Rezerwatu Przyrody i zakazem wprowadzania zwierząt (*przeczytaj ps. pod tekstem). Dałabym głowę, że ostatnio jej tu nie było… Wyciągam mapę i uspokajam sumienie: szlak turystyczny, wg. mojej mapy nie przechodzi przez obszar Rezerwatu, więc śmiało możemy iść dalej. Po drodze mijamy też Pana z dwoma kundelkami, więc zupełnie przestaję się przejmować.

Zejście zabrało nam nieco więcej czasu niż wskazywał szlak. Po deszczu było bardzo ślisko, a ten odcinek jest dość kamienisty, więc wskazana była większa ostrożność. Do samochodu docieramy już w słońcu, z postanowieniem, że musimy wrócić na Miziową w mroźny zimowy weekend. Ktoś chętny na wspólnego grzańca? 🙂

do zobaczenia na szlaku! 🙂

A jeśli szukacie więcej beskidzkich inspiracji to wpadajcie na:

Beskid Śląski – Skrzyczne na 4 łapach

lub:

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

PS. Postanowiłam po powrocie skontaktować się z Nadleśnictwem Jeleśnia, w celu rozwiania swoich wątpliwości dotyczących wspomnianego Rezerwatu Przyrody "Pilsko". Pani, z którą prowadziłam korespondencję uświadomiła mnie, że czerwony szlak którym szliśmy, na krótkim odcinku przebiega jednak przez obszar Rezerwatu. Z udostępnionej mi mapy wynika, że przejście tego odcinka zajmuje najwyżej kilkanaście minut, jednak mimo to, mają tu zastosowanie ogólnokrajowe przepisy, zakazujące wprowadzania zwierząt na obszar ścisłej ochrony przyrody i nie przewiduje się tutaj żadnych odstępstw w tym temacie. Co ciekawe, wzdłuż Rezerwatu możecie śmiało wędrować szlakiem niebieskim na szczyt Pilska, gdyż jest to szlak graniczny i stosuje się na nim bardziej liberalne przepisy naszych sąsiadów. Ot, polskich absurdów niezliczona ilość :/ 

 

 

 

Kaszuby z psem – przepis na weekend idealny

SZUKASZ INSPIRACJI NA LENIWY WEEKEND?
MAM DLA CIEBIE GOTOWĄ RECEPTĘ 🙂 

Czasem człowiek (i pies) chce po prostu odpocząć. Nie biegać z wywieszonym jęzorem, nie zmęczyć się 🙂 , tylko zwyczajnie wyluzować. Robić nic i jednocześnie coś fajnego 🙂 Uciec od zgiełku miasta i się zresetować. Tak na 100%. Długo szukaliśmy, ale trzeba przyznać, że chyba znaleźliśmy przepis na weekend idealny. Nie do końca sami, bo szukaliśmy recepty w internetach. Pomógł nam niezastąpiony blog makulscy.com. To właśnie u nich znaleźliśmy inspirację do tej podróży (link do ich wpisu znajdziecie na końcu tekstu) Jak było? Zobaczcie sami 🙂 <3

góra sobótka – ręboszewo 

Ręboszewo – maleńka miejscowość położona przy tzw. Drodze Kaszubskiej, pomiędzy jeziorami Małe Brodno i Wielkie Brodno. To właśnie tutaj, na szczycie góry Sobótka, postanowiliśmy zakotwiczyć w ten weekend.

Podjazd na górę jest mega stromy i  zaskakujący, ale jak najbardziej możliwy. Na szczycie jest niewielki parking i nie lada atrakcja – piękny drewniany wiatrak – koźlak, który prezentuje się niezwykle urokliwie i romantycznie. Wiecie co jest najlepsze – to właśnie w nim mamy spędzić dwie najbliższe noce <3 Cudowna perspektywa! Tylko spójrzcie na ten widok <3

Nocleg w wiatraku? czemu nie! 

Noclegi w wiatraku zarezerwujecie bezpośrednio na stronie obiektu lub przez booking.com. Przy okazji – jeśli zamierzacie cokolwiek rezerwować na tym portalu, to odezwijcie się do nas na facebooku lub instagramie. Chętnie podzielimy się linkiem polecającym, a dzięki niemu otrzymacie (i my też) 5 dyszek zwrotu po zakończonej podróży. Drogą wszak nie chodzi, prawda? 🙂

A sam wiatrak? Miejsce idealne na sielski wypoczynek. Cisza i spokój. Wieczorem i rano byliśmy tu praktycznie sami. Bar czynny jest do godziny 20-tej, a później zapada tu błoga cisza, którą tak bardzo uwielbiamy <3

punkt widokowy na wiatraku

Polecamy odwiedzić też punkt widokowy, znajdujący się na najwyższej kondygnacji wiatraka. Pachnie tu drewnem, a z okien można podziwiać wspaniałe widoki na okolicę. No bajka. Tym bardziej, że pies może zwiedzać z Wami 🙂

Jezioro kłodno – zawory 

Prawda jest taka, że Kaszubski Park Krajobrazowy to teren na tyle malowniczy, że gdziekolwiek się nie wybierzecie, będziecie mogli nacieszyć oczy pięknymi widokami. Jeśli tylko lubicie spacery, te tereny są dla Was. Możecie iść gdzie tylko Was nogi i łapki zaprowadzą. Nas pierwszego dnia pognało do pobliskiej miejscowości Zawory. Wzdłuż brzegu jeziora Kłodno urządziliśmy sobie niemały spacer. Futrzaki były zachwycone, my też <3

PUNKT WIDOKOWY „ZŁOTA GÓRA” 

Nieco bardziej na południe od naszej kwatery znajduje się bardzo fajny punkt widokowy na Jezioro Brodno Wielkie – „Złota Góra”. Pierwszego dnia przejechaliśmy tędy czym prędzej, bo trafiliśmy akurat na huczną, coroczną imprezę o wdzięcznej nazwie Truskawkobranie. Dla naszych Futrzaków koncert Roksany Węgiel czy Grzegorza Hyżego nie wydawał się jakąkolwiek atrakcją 🙂 Za głośno i ludzi zdecydowanie za dużo. Wróciliśmy tu więc kolejnego dnia. Już przed południem nie było śladu po wczorajszej imprezie. A widok – sami zobaczcie 🙂

Postanowiliśmy również zejść nad jezioro, gdzie mieści się przystań żeglarska. Pieski są tu mile widziane, ale koniecznie na smyczy.

wieżyca – by poczuć się jak w górach 

Wieżyca jest najwyższym wzniesieniem Wzgórz Szymbarskich. Mierzy prawie 329 m n.p.m. a na jej szczycie stoi wieża widokowa. Auto najlepiej zaparkować na bezpłatnym parkingu leśnym, usytuowanym na drugim końcu czarnego szlaku turystycznego na szczyt.

Wieżyca leży na terenie Rezerwatu Przyrody, jednak bez problemu można tu spacerować z pieskami. Dojście na górę jest proste, a wręcz banalne. Naprawdę trudno tu o zadyszkę. Na wieżę bez problemu weszliśmy z pieskami. Wstęp kosztuje 8 złotych, pieski za darmoszkę.

Przez moment mogliśmy się poczuć jak w górach 🙂 Tym bardziej, że pogoda okazała się być zmienna, tak jak to zwykle w górach bywa. Chwila ze słońcem, chwila z deszczem, a na dodatek na szczycie wieży mocno wiało. No tylko te widoki jakieś takie bardziej płaskie 🙂 Ale ładne, naprawdę.

punkt widokowy jastrzębia góra

Ostrzyce to kolejna urokliwa miejscowość leżąca przy Drodze Kaszubskiej. Pomimo niewielkich rozmiarów miasteczko to uznawane jest za centrum turystyczne regionu. Spotkacie więc tutaj znacznie więcej turystów. Wycieczki, kolonie, obozy… Fajnie, ale na chwilę. Po sezonie jest tu pewnie znacznie spokojniej, ale w lipcowy weekend dosyć gwarnie. Za to jest mała plaża i molo, z którego wypływają na Jezioro Ostrzyckie wycieczkowe stateczki.

Na jezioro można też spojrzeć z góry. Warto się przespacerować na punkt widokowy Jastrzębia Góra, skąd rozpościera się przyjemny widok na okolicę.

Chmielno

Chmielno to kolejna słynna wieś letniskowa. Położna jest nad jeziorami Kłodno i Białym. Wzdłuż brzegów tego drugiego urządziliśmy sobie bardzo przyjemny spacer. Spodziewaliśmy się znacznie większej ilości turystów, a było niezwykle spokojnie. Być może to za sprawą zmiennej pogody tego dnia. Raz słońce, raz deszcz. Jak dla nas idealnie, ale domyślam się, że nie każdy lubi w środku lata zakładać kurtkę przeciwdeszczową.

Nad brzegiem Jeziora Białego znajdziecie też niezwykłą „Ławkę przyjaźni”, która jest symbolem partnerstwa Chmielna z niemieckim miasteczkiem Hamminkeln. Ławkę wykonano ze stali, według projektu lokalnej artystki. Jej oparcie przypomina rozłożyste drzewo. Warto tu choć na chwilkę przysiąść i rozkoszować się widokiem na jezioro.

Chëcz u Kaszëbë

Jak tu nie napisać w samych superlatywach o knajpce, która:

  • posiada wspaniały, zadaszony taras z widokiem na jezioro Białe
  • serwuje pyszne, regionalne potrawy (polecam rzucanki i grocholce)
  • ma niewygórowane ceny (serio – bardzo przystępnie)
  • bez problemu zaprasza w swoje progi ze zwierzakami <3
  • poza ludzkim posiada również psie menu, a sądząc po reakcji naszych Futrzaków, jest równie przyzwoite 🙂

Następnym razem trzeba będzie koniecznie zamówić dwie porcje kurczaka z marchewką. Futrzaki były zachwycone i niechętnie podzieliły się jedną miską  <3

Kochani, pakujcie plecaki i koniecznie jedźcie na Kaszuby! Niech roześmiane psie (i nasze) mordki będą najlepszym dowodem na to, że warto! 

Do zobaczenia na szlaku!

Ps. Jeśli chcecie przeczytać wpis Makulskich o ich wyprawie na Kaszuby, wrzucam Wam odnośnik do ich wpisu na blogu:

Kaszuby na weekend – letnia wersja hygge

Beskid Śląski – Skrzyczne na 4 łapach

Propozycja sympatycznej górskiej "pętelki"

Skrzyczne to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Mierzy 1257 m n.p.m. Z naszego mieszkania, a właściwie balkonu 🙂 , doskonale widać jego górującą nad okolicznymi dolinami sylwetkę. Odległość w linii prostej to ok. 50 km.

Na szczycie stoi schronisko i zawsze jest bardzo dużo ludzi, a dzieje się tak przede wszystkim za sprawą kursującej tu dwuetapowej kolejki krzesełkowej ze Szczyrku. Większość pieszych turystów również rozpoczyna wędrówkę w tej znanej mieścinie. My jednak, jak już wiecie, nie znosimy tłumów, więc wybieramy mniej obleganą trasę, do której przejścia chcielibyśmy dzisiaj Was zachęcić 🙂

Na początek spacer Doliną Zimnika.

Nasza trasa rozpoczyna się we wsi Lipowa-Ostre. Na końcu drogi dojazdowej, zaraz za Hotelem Zimnik, znajduje się bezpłatny parking. Jest czerwcowy weekend, więc już ok. 8:00 jest tam sporo samochodów, ale bez większego problemu udaje się nam zaparkować auto. Postanawiamy naszą wędrówkę rozpocząć żółtym szlakiem, biegnącym przez Dolinę Zimnika w stronę Malinowskiej Skały. Początkowy etap trasy wiedzie nas asfaltem. Znacznie przyjemniej w naszej ocenie zacząć w tym właśnie kierunku, ponieważ asfalt na sam koniec trasy potrafi nieco dobić zarówno zmęczone stopy jak i psie łapki. Rano wędruje się tędy dosyć przyjemnie. Nie ma dużo ludzi, a po drodze psiaki mogą skorzystać z kąpieli w rzeczce. Droga prowadzi przez las, a my mamy dziś towarzystwo, więc czas ucieka nam błyskawicznie.

Wspinaczka na Malinowską Skałę.

Ostatnia godzina trasy wyprowadza nas już bardziej stromo pod górkę. Czym wyżej jesteśmy, tym bardziej widoczna staje się dla nas Malinowska Skała, nasz pierwszy dzisiejszy cel. Droga usłana jest małymi kamyczkami, więc trzeba uważać, żeby się nie potknąć i nie przewrócić. Poza tym idzie się przyjemnie, jednak trzeba pamiętać, że momentami nie ma gdzie uciec przed słońcem. W ciepły dzień koniecznie trzeba mieć ze sobą spory zapas wody, również dla czworonogów. Na szczęście co jakiś czas jest też gdzie odsapnąć w cieniu. Nigdzie się dziś nie spieszymy, więc raz za razem korzystamy z tej sposobności 🙂

Po ok. 2 godzinach od wyjścia z parkingu, docieramy na główny grzbiet, gdzie szlak zmienia kolor na zielony. Do Malinowskiej Skały zostało nam dosłownie kilka minut drogi. Psiaki znajdują tu kałużę z wodą, postanawiamy więc dać im chwilę odpocząć i schłodzić futerka, zanim ruszymy w dalszą drogę.

Malinowska Skała 1152 m n.p.m.

Malinowska Skała to od stosunkowo niedawna wspaniały punkt widokowy na Beskid Śląski i Żywiecki. Od niedawna, ponieważ niegdyś ta znana wychodnia skalna była całkowicie zalesiona. Na przestrzeni ostatnich lat bardzo zmienił się jednak otaczający ją krajobraz. Przyczyn tego zjawiska jest wiele. Początkowo uważano, że las zanika przez zanieczyszczenie środowiska znad Górnego Śląska, jednak okazało się, że przyczyny tego zjawiska tkwią znacznie głębiej. Już w XIX w. zaczęto tu wycinkę liściastego lasu na potrzeby przemysłu, a w zamian nasadzono drzewa iglaste, głównie świerki. Te początkowo przyjmowały się dobrze, jednak sadzonki pochodzące z upraw w dolinach nie były w stanie w pełni przystosować się do bardziej surowego, górskiego klimatu. Posunęło to za sobą całą lawinę konsekwencji. Począwszy od tego, że w wyniku tych działań, została mocno zakwaszona gleba, przez co drzewa w końcu zostały zaatakowane przez grzyby. To było powodem rozkładu i gnicia znacznej ilości systemów korzeniowych. Istny raj dla korników! Dodajmy do tego suszę, zanieczyszczenie środowiska oraz silne wiatry wiejące w wyższych partiach gór i mamy przepis na prawdziwą katastrofę ekologiczną. Sami zobaczcie, jak ta okolica zmieniała się na przestrzeni lat.

Obecnie sytuacja wygląda na opanowaną, a dzięki ciągłej pracy leśników jest szansa, że za jakieś kilkadziesiąt lat, powróci w to miejsce dojrzały i piękny las. Póki co Malinowska Skała służy jako piękny punkt widokowy. Panorama z pewnością zapada w pamięci na długo.

Tego dnia na szczycie wiał bardzo silny wiatr, jednak postanowiliśmy mimo to zrobić sobie przerwę na drugie śniadanie. Dobrze, że mamy ze sobą ciepłą herbatę 🙂 Chowamy się przed wiatrem za skałką i delektujemy oczy naprawdę przyjemnym widokiem. Futrzaki odpoczywają razem z nami. Wyobrażam sobie jak ładnie tu musi być o zachodzie słońca i od razu w głowie rodzi się kolejny plan wizyty w tym miejscu 🙂

Spacerkiem na Skrzyczne przez Małe Skrzyczne.

Posileni kierujemy się w stronę najwyższego szczytu Beskidu Śląskiego. Wg. znaku wędrówka zajmie nam jeszcze 1,5 godziny. Skrzyczne mierzy 1257 m n.p.m. i należy do Korony Gór Polskich. Wierzchołek tej góry jest bardzo charakterystyczny, ponieważ od 1992 roku na szczycie stoi pokaźnych rozmiarów nadajnik radiowo-telewizyjny. Cel naszej wędrówki jest zatem widoczny z daleka.

Na szlaku jest naprawdę dużo ludzi.  Droga jest bardzo wygodna i odpowiednia również dla turystów z dziećmi. Dużo osób jeździ tu jednak na rowerach, więc trzeba bardzo uważać i mieć oczy dookoła głowy.  Większość z nich jest bardzo ostrożna, ale jak wszędzie i tu wariatów nie brakuje. Futrzaki obowiązkowo prowadzimy na smyczy, nawet te najgrzeczniejsze!

Po drodze mijamy jeszcze szczyt Małego Skrzycznego – 1211 m n.p.m. Stoi tutaj górna stacja wyciągu, który zimą wchodzi w skład jednego z największych ośrodków narciarskich w Polce – Szczyrk Mountain Resort. Jakieś 200 m. poniżej szczytu, na Hali Skrzyczeńskiej, mieści się również górna stacja 10-osobowej kolejki gondolowej, która bardzo chętnie na swój pokład zabiera zwierzęta. I to całkowicie bezpłatnie! Jeśli macie ochotę ułatwić sobie wędrówkę, to wrzucam link do ich stronki.

My idziemy dalej. Do szczytu zostało nam tylko pół godziny.  Po drodze raz za razem mijamy pokaźnych rozmiarów kałuże, pozostałość po niedawnych deszczach. Raj dla naszych psów. Słoneczko przyświeca dość mocno, więc nie ma się co dziwić, że postanowiły sobie urządzić tu SPA 🙂

Kawałek dalej otwiera się przed nami wspaniała panorama na Beskid Żywiecki. Dobrą chwilę rozkminiamy która góra to Pilsko, a która Babia. W sumie nie wiem dlaczego, chyba słoneczko przygrzało za mocno, a obraz w okularach słonecznych jakoś mi się rozmył. Patrząc teraz na zdjęcia nie mam już żadnych wątpliwości 😀 Ale przyznaję się bez bicia – pierwszy raz wzięłam Pilsko za Babią – no wstyd 🙂

Najwyższy punkt programu - Skrzyczne.

Zbliżamy się do szczytu. Przed nami już tylko kilka chwil w lasku i wychodzimy wprost pod schronisko. Ludzi tu jak mrówek, a już gołym okiem widać, że większość tych osób dotarła na szczyt kolejką krzesełkową. Jeśli chcecie iść na łatwiznę, proszę bardzo. Na kolejkę również możecie wejść z pieskiem, ale na własną odpowiedzialność. Pamiętajcie, że to jednak nie jest zamknięta kabina, tylko krzesełka, a po drodze na szczyt przyjdzie Wam się jeszcze przesiąść w połowie jazdy. Nasze Futrzaki korzystały już z takich atrakcji i nie było żadnych problemów, ale niech każdy z Was indywidualnie oceni, czy jego Przyjaciel da radę przetrwać taką podróż bez ataku paniki. Za psi bilet tutaj również nic nie płacimy. Zainteresowanym wklejam link do strony gdzie znajdziecie aktualny cennik i godziny kursowania kolejki.

Postanawiamy urządzić sobie dłuższą przerwę obok schroniska. Jest to bardzo przyjazny czworonogom obiekt, więc jeśli będziecie chcieli wybrać się tu na nocleg, wrzucam bezpośredni odnośnik do ich strony.

Rozbijamy się na trawce i łapiemy troszkę słońca. Wieje przyjemny wiatr i nie ma upału, więc zarówno dla nas jak i dla Futrzaków są to idealne warunki. Kupujemy zimne piwko w schronisku, a potem leżymy i resetujemy myśli. Czasem tylko mały Bartek coś powie, albo pies zaszczeka, ale głównie spędzamy ten czas w ciszy. Nawet ludzie wokół nam nie przeszkadzają, a nie często udaje się nam aż tak wyłączyć.

Na koniec robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcia. W duchu myślę, że naprawdę bardzo lubię to miejsce. Najpiękniej jest zdecydowanie jesienią, gdy wieczorami zapada tu prawdziwa cisza, a na szlakach jest znacznie mniej ludzi, ale dziś też było fajnie, naprawdę.

Powrót niebieskim szlakiem. 

Do samochodu wracamy niebieskim szlakiem. Droga początkowo prowadzi dość mocno w dół po luźnych kamieniach,więc trzeba patrzeć pod nogi,by się nie przewrócić. Aż szkoda, bo widok przed nami jest naprawdę bardzo przyjemny. Jest spokojnie, a na szlaku jest naprawdę niewielu turystów. Spokojnym tempem do samochodu dochodzimy w niecałe 2 godzinki, a po drodze zaliczamy jeszcze krótki postój na uzupełnienie płynów.
Aż żal wracać do domu.

Bo w Beskidach "nic nie ma" - no kurde, nieprawda! 

No dobra, może to nie są Tatry, więc nie spodziewajcie się tu jakiś mega spektakularnych widoków. Beskid Śląski to jednak w większości niewielkie górki, ale dzięki temu są idealne dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z górskim łazikowaniem. Nie zdziwcie się jednak, że pomimo braku technicznych trudności, kondycyjnie te góry też potrafią dać nieźle w kość 🙂 Tu zbocza są w większości zalesione, a widoki rozpoczynają się dopiero w okolicy partii szczytowych. Ale i tak jest pięknie, naprawdę. Pamiętajcie, że ma to swoje niewątpliwe zalety, większość trasy pokonujemy w cieniu drzew, co latem ma dość duże znaczenie.

Skrzyczne, jako najwyższy szczyt w okolicy, cieszy się naprawdę dużą popularnością. Prowadzi tu wiele szlaków, a my z racji bliskości, przeszliśmy je już wszystkie i to po kilka razy 🙂 Zdecydowanie najfajniejsza opcja to opisana powyżej pętelka z Ostrego, do której przejścia zdecydowanie Was zachęcamy.

Kto wie, może spotkamy się kiedyś jesienią na Malinowskiej Skale o zachodzie słońca? 😀

Jeśli macie ochotę na więcej wpadnijcie też poczytać opis trasy na Jałowiec 🙂

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Przyjemnej wędrówki i do zobaczenia na szlaku!

 

Polska Sahara – pies na Pustyni Błędowskiej

W naszych głowach kotłowało się wiele pomysłów jak aktywnie spędzić niedzielę. Góry? Trzeba wstać wcześnie, a jakoś nie mieliśmy na to chęci. Ubiegły tydzień w pracy był dość wyczerpujący, przydałoby się kiedyś porządnie wyspać. Jezioro? Ładna pogoda, więc ludzi będzie dużo – odpada. Najbardziej nie lubimy tłumów. Nagle pojawia się w mojej głowie myśl – a gdyby tak pojechać na jakieś odludzie? Może np. na pustynię? 🙂

Pustynia Błędowska
Pustynia Błędowska - nasza "Polska Sahara".

Wyjątkowe to miejsce, trzeba przyznać. Aż dziwne, że dotychczas ani ja, ani Łukasz tutaj nie trafiliśmy.

Pustynia Błędowska leży na pograniczu województw śląskiego i małopolskiego. Jest to największa tego typu atrakcja na całym kontynencie europejskim. Łącznie zajmuje powierzchnię prawie 32 hektarów. Na jej obszarze wyznaczono kilka atrakcyjnych szlaków turystycznych. Najciekawszy i najdłuższy wydaje się szlak żółty z miejscowości Klucze do Błędowa, dzielnicy Dąbrowy Górniczej. Szlak ten mierzy ok 10 km i pozwala przemierzyć całą pustynię w poprzek.

W planie mieliśmy co prawda przejście tego długiego odcinka w całości, ale na miejscu tak nam się spodobało, że robiliśmy ciągłe przerwy na wygłupy w tej kupie piachu. Najszczęśliwsze były psiaki. Biegały luzem, goniły patyczki i kopały dołki. Można się poczuć jak na plaży – tylko morza brak 🙂

Punkt widokowy Czubatka w Kluczach. 

Auto zaparkowaliśmy w miejscowości Klucze. Dojazd z Tychów zajął nam ok. 40 minut. Drogowskazy bez problemu zaprowadziły nas do parkingu zlokalizowanego na szczycie wzgórza Czubatka. Parking jest dość spory i darmowy. Obok niego mieści się ciekawy punkt widokowy na Pustynię Błędowską. Trzeba przyznać – robi to wrażenie. Nie miałam pojęcia, że jest to tak duży obszar.

Dla turystów jest tu do dyspozycji kilka ławeczek i zadaszona wiata. Na chwilkę przysiadamy i pozwalamy psiakom wypasać się na świeżej trawce 🙂 My w tym czasie napawamy oczy ciekawym widokiem. Wiecie, jak dla nas świat widziany z góry zawsze lepiej się prezentuje. Pełen relaks 😀

Żółtym szlakiem przez pustynię. 

Nieopodal parkingu znajdujemy żółty szlak turystyczny, którym zamierzamy dziś wędrować. Początkowo prowadzi przez las, gdzie zaczynam żałować, że nie wzięłam ze sobą jakiś dłuższych ciuchów. Komary tną tu jak oszalałe. Na szczęście laskiem nie spaceruje się długo, a w naszym wypadku był to niemal sprint. Jak ja nienawidzę robactwa! Do dziś (minęły prawie 2 tygodnie!) zostały mi po tym spacerze spore ślady po ukąszeniach tych przebrzydłych owadów. Na szczęście kawałek dalej podłoże zmienia się w bardziej piaszczyste. Wychodzimy z lasu. Wreszcie naszym oczom ukazuje się wielka „piaskownica”.

Psy tu dosłownie oszalały. Ostatnio z taką radością biegały w sylwestra po nadbałtyckiej plaży 🙂 Swoją drogą, wtedy też było fajnie 🙂 Rozglądamy się w koło i jesteśmy mocno zdziwieni, że na horyzoncie NIE MA LUDZI. Korzystamy z okazji i puszczamy Futrzaki ze smyczy. Na pustyni raczej nic nie upolują 😀 Hulaj duszo, piekła nie ma 🙂 Co jak co, ale piasek to oni oboje kochają! My zresztą też 😀

 

Dobrą godzinę ganiamy tak po tym piachu. Na szczęście pogoda nam dziś bardzo dopisuje. Nie ma upału, a słoneczko jest głównie za chmurką. Dzięki temu piasek nie parzy w łapki, ale jest przyjemnie i ciepło. Dodatkowo wieje dość silny wiatr, który przyjemnie nas ochładza. Wszystko to sprawia, że mamy ochotę bawić się tak bez końca. Zdecydowanie odradzam wizytę w tym miejscu w bardzo upalny dzień. Można by było się usmażyć jak na patelni!

Nasz plan dojścia aż do Błędowa posypał się jednak całkowicie. Spędziliśmy tyle czasu na zabawach z Futrzakami, że już po przejściu 2,5 km byliśmy potwornie zmęczeni. Wcale nie tak łatwo chodzić po pustyni! W piachu zapadamy się z każdym krokiem i człowiek męczy się szybciej niż zwykle. Podejmujemy decyzję, by tym razem odpuścić. Psy też dyszą jak oszalałe, nasza zabawa również dla nich była wyczerpująca. Postanawiamy jednogłośnie, że  wrócimy tu jesienią, w jakiś pogodny dzień. Zaplanujemy wtedy kilkugodzinną wędrówkę po pustyni i troszkę lepiej się do tego przygotujemy. Tym razem nie mieliśmy ze sobą nic oprócz wody i jogurtu 🙂 Takie z nas turysty 😀

W kierunku Róży Wiatrów.

Wracając skręcamy nieco ze szlaku i kierujemy się w stronę tzw. Róży Wiatrów. To stosunkowo nowe kładki widokowe z kilkoma zadaszonymi wiatami dla turystów. Widzimy tą ciekawą konstrukcję z daleka, ale finalnie nie decydujemy się na wizytę w tym miejscu. W trakcie wędrówki kolejny raz zmieniamy plany. Z pewnością warto się tam wybrać, jeśli będziecie na Pustyni Błędowskiej. Tym bardziej, że w okolice Róży Wiatrów można dojechać samochodem po nieutwardzonej drodze. Widzieliśmy wyraźny drogowskaz jadąc główną drogą do Kluczy.

Tym razem postanawiamy powoli wracać do samochodu. Z tym że robimy to naprawdę pooowoooli 🙂 Nie spieszymy się nigdzie, więc decydujemy się jeszcze na krótki odpoczynek na jednej z kilku drewnianych platform widokowych. Pijemy wodę i uspokajamy psiaki. Czas na zabawę minął. Mogliby tak biegać bez końca, ale widzimy, że są już mocno zmęczeni. Wyciszamy się, spokojnie obserwując unikatowy krajobraz. Prawdziwy chillout 😀 Spędzam tak z Futrzakami co najmniej 15 lajtowych minut 🙂 W tym czasie Łukasz dalej biega po pustyni, bo okazało się że gdzieś zgubił koszulkę 😀 😀

Powrót na Czubatkę.

Czas wracać. W oddali widzimy charakterystyczną wieżę na szczycie wzgórza, gdzie zaparkowaliśmy auto. Postanawiamy dojść tam inną drogą, bo wygląda nam na krótszą. Całe szczęście, że podjęliśmy taką decyzję, bo zdecydowanie krótszy okazał się również fragment w lasku. Ostatnie kroki stawiamy dość mocno pod górkę. Odwracamy się za siebie, ostatni raz spoglądając na pustynię. Na pewno tu jeszcze wrócimy.

Dlaczego warto? 
  • Jeśli nie chcecie się za bardzo zmęczyć, ale za to zobaczyć coś ciekawego, to będziecie zadowoleni z wyboru tego miejsca. Wystarczy krótki spacer i chwila oddechu na jednym z punktów widokowych.
  • Jeśli lubicie wędrówki  i macie ochotę na przejście dłuższego dystansu po interesującym terenie, to żółty szlak z pewnością da Wam troszkę satysfakcji. Tym bardziej, jeśli w planie będziecie mieć powrót do samochodu tą samą drogą – gwarantuję, że można się zmęczyć 🙂
  • Jeśli Wasze psiaki są już wiekowe, jestem pewna, że zyskają tu drugą młodość. Zresztą nie tylko psiaki, bo i nam, człowiekom, włączył się tu tryb „głupawka” 🙂
  • Jeśli nie lubicie tłumów i tak jak my szukacie często miejsc, gdzie można odetchnąć od zgiełku, to zdecydowanie jest to miejsce dla Was. Wakacyjna niedziela, świetna pogoda, a my podczas prawie trzech godzin pobytu spotykamy może max 10 osób. No dobra, na szczycie Czubatki było więcej ludzi, ale ich nie biorę pod uwagę. Mało kto zapuszcza się szlakiem w dół na pustynię.  Ludzie podjeżdżają samochodem, popatrzą na widok z góry i wracają.
Dajcie znać, jak Wam podobała się Pustynia Błędowska. 

Jeśli już byliście w tych okolicach, to koniecznie dajcie znać, które pustynne zakamarki są również warte odwiedzenia. Może będziecie naszą inspiracją do kolejnych podróży w to miejsce? 😀

Ściskamy i tradycyjnie – do zobaczenia gdzieś na szlaku 😀

 

Góry Izerskie – 3 dni z plecakiem

Uff, ta wyprawa już za nami. Dziś spoglądam na nią mądrzejsza o to nowe, bądź co bądź, doświadczenie. Z perspektywy moich bąbli na stopach, co nieco bym zmieniła, ale niech będzie to lekcją na przyszłość. Tak czy siak, nawet za cenę piekącego bólu przy każdym kroku, naprawdę było warto.

Dlaczego wybraliśmy właśnie Góry Izerskie? 

Pomysłów na spędzenie przedłużonego weekendu mieliśmy od groma, ale ten jeden wydał się najrozsądniejszy.
Dlaczego?

  • Na weekend zapowiadali upały, a trasy w Izerach nie są ani trudne kondycyjnie, ani technicznie. Co ważne, w trakcie wędrówki można je kilka razy modyfikować, biorąc pod uwagę zasób swoich sił i możliwości.
  • Obczailiśmy fajny parking w czeskiej miejscowości Jizerka, Dało nam to możliwość odkrycia nowych szlaków w tych górach, co zdecydowanie mocno nas zmotywowało.
  • Bez problemu znaleźliśmy noclegi w schroniskach na trasie z naszymi Futrzakami. I to bez dodatkowych opłat!
  • Decydujący jednak okazał się fakt, że naprawdę dawno nas tu nie było. Ostatni raz mroźną zimą, jeszcze przed adopcją Belli. No przecież trzeba nadrobić zaległości 🙂

Co by tu spakować do plecaka? 

Dla mnie to swego rodzaju nowe przeżycie. Nie to, żebym nigdy dotychczas nie spała w schronisku 🙂 Kilka razy do roku robimy takie wypady, ale zwykle kończy się na jednej nocy i niewielkim bagażu. Tym razem jednak było inaczej. Plecak jakiś cięższy i w ogóle… 🙂

  • Po pierwsze ciuchów trzeba było trochę wziąć na zmianę. Bo upał, bo się spocę, bo w czymś trzeba spać, coś założyć wieczorem grubszego, no i obowiązkowo kurtka gdyby padało i sandały, żeby stopy odpoczęły.  Tym samym pakuję o kilka rzeczy za dużo, ale nie sposób wszystkiego przewidzieć, więc lepiej mieć, niż nie mieć. Biorę rzeczy, które mało ważą, więc w sumie wydaje się, że nie ma tragedii.
  • Żarcie. No to już jednak swoje waży. Przy wyjeździe na 1 noc jest tego znacznie mniej. Nawet nie sądziłam, że to może być aż taka różnica! Następnym razem ten element bagażu znacznie poprawię i wybiorę rzeczy o mniejszej wadze 🙂
  • Picie, termosy, czajnik turystyczny i inne takie pakuje Łukasz. Podobnie jak żarcie dla piesów. Ja biorę zapasowe smycze, paszporty, mapę, apteczkę i kosmetyki. Aha – jeszcze ładowarki, latarki, karty do gry wieczorami i inne takie cuda. No niby nic, ale jednak wszystko razem coś tam waży.
  • Śpiwory – kupiliśmy nowe, więc trzeba było je przetestować 🙂 No nic, że duże i ważą po prawie 2 kg, za to wygodne, cieplutkie i nie będzie trzeba za pościel w schronach dopłacać 🙂
  • Finalnie, nie wiem jak to się stało, ale mój plecak ważył jakieś 15 kg, a plecak Łukasza ponad 20 kg. No kurde! Przy 30 stopniach C to naprawdę spore obciążenie.

Tradycyjne przeboje na starcie. 

Wyjeżdżamy punkt 5 rano, planując dojazd na parking w  Jizerce w granicach godziny 10-tej. Tymczasem na szlaku meldujemy się dopiero o godzinie 12:20. Tym razem wszystko szło nie po naszej myśli.

  • Po pierwsze – korek przed bramkami na autostradzie we Wrocławiu przytrzymał nas na 30 min, ale jeszcze łudziliśmy się, że jakoś to nadrobimy 🙂
  • Po drugie – nawigacja spłatała nam psikusa i kierowała nas w zupełnie inne miejsce. Właśnie za to nie cierpię tego ustrojstwa. Tym sposobem straciliśmy kolejną godzinę na błądzeniu do celu 🙁
  • Po trzecie – na miejscu okazało się, że za parking można płacić tylko gotówką w parkomacie, a my oczywiście nie mieliśmy czeskich koron ze sobą. Przez najbliższe pół godziny sprzeczamy się czyja to wina, aż w końcu Łukasz pyta w pobliskiej gospodzie czy możemy zostawić auto na ich parkingu i zapłacić kartą. Facet się zgadza, więc problem się rozwiązał. Za dwie noce płacimy 200 kc. Wciąż tanio, choć nieco drożej jednak niż w parkomacie. Grunt, że bezpiecznie.  Dajemy sobie buziaka na zgodę i już na luzie ruszamy w drogę 🙂

Komu w drogę, temu czas! 

Pierwsza część naszej trasy to znakowany na czerwono odcinek od parkingu Pod Bukovcem do węzła Předěl o długości 11 km.  Początkowo mijamy zabudowania osady Jizerka, a szlak wiedzie asfaltem. Po drodze Futrzaki urządzają sobie kąpiel w rzeczce 🙂 Póki co jest naprawdę przyjemnie 🙂

Troszkę powyżej tej sielskiej mieściny asfalt wiedzie nas pod górę w las. Kurde, ciepło i ciężko. Idziemy żółwim tempem, musimy się jakoś rozruszać. Psy mają stan przedzawałowy, więc co chwilę robimy krótkie odsapki. Na szczęście kawałek dalej ścieżka odbija w lewo i dalsza część szlaku prowadzi leśnym duktem na przemian z kładkami nad torfowiskiem. Płasko i przyjemnie. Nawet z ciężkim plecakiem do przejścia na lajcie 🙂 Dla piesków dodatkowy bonus w postaci częstej możliwości chłodzenia podwozia . Wszyscy są szczęśliwi.

Po drodze mijamy kilka ciekawych miejsc, a najfajniejsze jest okienko skalne w pobliżu Pytláckych kameny. Ciężko było zmieścić się z plecakiem 😉

Robimy sobie też krótką przerwę w rezerwacie Černá jezírka. Niepowtarzalny klimat tego miejsca kusi, by na chwilkę się tu zatrzymać. Dla psiaków to prawdziwy raj na ziemi. Mają lepiej niż w SPA 😉

Upiorne podejście na Smrk

Dochodzimy na Předěl. To nic innego jak węzeł szlaków przy asfaltowej drodze rowerowej. Stąd odbija niebieski szlak na Smrk (1124 m n.p.m.) , który wiedzie troszkę na około przez skalny punkt widokowy Paličník. Oceniamy czas i nasze możliwości w ten upalny dzień, po czym z wielkim żalem wybieramy krótszy wariant trasy. Będzie tu przynajmniej po co wrócić, bo Paličník zdecydowanie jest wart odwiedzenia 🙂

Jeszcze wtedy nie wiem, że to prawdopodobnie ta decyzja zaważyła o dalszych losach tego wyjazdu. Wybrany przez nas krótszy wariant trasy, przez pierwsze 2 km prowadzi lekko w dół asfaltową drogą. Przez pół godziny takiego dreptania dosłownie zdarłam podeszwy w butach i nabawiłam się ogromnych pęcherzy na stopach. Od tego momentu każdy krok wiązał się z ogromnym bólem. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że wzięłam ze sobą najwygodniejsze, ale nieco już zużyte buty, zamiast tych najbardziej wytrzymałych. Mój błąd i nauczka na przyszłość. Nie wiem jak to się stało, że nie przewidziałam takiego finału.

Leonek i Bella w nosie mieli moje cierpienie. Z ich perspektywy, wybór tej trasy był jak najbardziej trafiony, bo po drodze znów były okazje do zamoczenia futerka 🙂

Asfalt w pewnym momencie przecina wspomniany już wyżej niebieski szlak na szczyt Smrk-a. Wspinaczka nim okazała się niezwykle mozolna. Co kilka kroków odsapka na kamieniu. W normalnych warunkach pewnie ta trasa nie zrobiłaby na mnie większego wrażenia, ale jest tak parno i duszno, że czuję się wycieńczona. Do tego ten piekielnie ciężki plecak i bolące stopy. Droga rzez mękę, dosłownie. Futrzaki idą grzecznie przy nodze, wydaje się, że na nich ta wspinaczka nie robi większego wrażenia. Na szczęście czym bliżej szczytu, tym szlak się bardziej spłaszcza i ponownie prowadzi po przyjemnych kładkach. No, teraz to już na luzie – dam radę.

Smrk - Schronisko na Stogu Izerskim. 

Żeby nie było tak kolorowo, pojawiają się nad nami czarne chmury, a w powietrzu czuć solidną burzę. Kto mnie zna, ten wie, że to dla mnie największa motywacja do podkręcenia tempa. Rekordu z uwagi na kondycję moich stóp nie pobiłam, ale na pewno był to jeden z najlepszych czasów przejścia w mojej historii.  Nie zatrzymujemy się nawet na Smrk-u, gdzie stoi bardzo fajna wieża widokowa. Robimy tylko szybkie zdjęcia i spadamy. Pomruki burzy słuchać z dwóch stron, nieźle się nad nami kotłuje. Dopiero widok schroniska sprawia, że się uspokajam. Jesteśmy dosłownie minutę przed burzą. Tym razem mieliśmy farta 🙂

Nocleg to koszt 50 zł/os, pieski przyjmowane są bez dopłat. Bez problemu można z nimi wejść również do sali restauracyjnej. Mają tu smaczne lane piwko w cenie 7 zł/0,5 l. i naprawdę niezły bigos. Warunki też całkiem względne, brakuje jedynie kontaktów w pokoju by podładować sprzęt. Najważniejsze, że jest czysto, wybrzydzać nie będziemy.

Po zmroku wychodzimy z Futrzakami na szybkie siku. Widok jest naprawdę piękny, więc cykamy kilka fotek. Na żywo było ładniej, naprawdę.

Dzień drugi - na Halę Izerską. 

Wstajemy rano po smacznie przespanej nocy w nowych śpiworkach. Pal sześć, że trzeba było je tu wnieść, naprawdę było warto 🙂 Dzięki temu zaoszczędziliśmy też 24 zł na dwóch kompletach pościeli. No kurde, grosz do grosza, a ponoć będzie kokosza 🙂

Pijemy szybką kawę i o dziewiątej zbieramy się do dalszej drogi. Kursuje już kolejka gondolowa, więc plącze się za dużo jak na nasz gust ludzi. Na pożegnanie robimy jeszcze tylko sesję zdjęciową z tarasu pod schroniskiem i lecimy dalej.

Niestety moje pęcherze nie zeszły w jakiś cudowny sposób podczas nocy. Dalej boli jak cholera, ale łudzę się, że może to jakoś rozchodzę. Całe szczęście, że chociaż nie jest tak ciepło jak wczoraj.

Ruszamy żółtym szlakiem na Halę Izerską. Drogowskaz wskazuje 2 godz 15 min drogi do położonej na Hali Chatki Górzystów. Moim żółwim tempem wyszło tym razem nieco więcej. Tym bardziej, że po drodze łapie nas przyjemny letni deszcz, który był świetnym pretekstem do odpoczynku w zadaszonej wiacie.

Dalsza droga przebiega już w słoneczku po w miarę płaskim terenie. Dotychczas było pusto, ale w okolicy Hali Izerskiej, gdzie łączą się szlaki turystyczne i stoi przyjemne schronisko, ludzi jest dość sporo. Postanawiamy zrobić sobie krótki popas na trawce, by dać moim stopom odpocząć. Nasze Futrzaki stanowią tu prawdziwą atrakcję dla innych turystów. Wszyscy reagują bardzo życzliwie.

Hala Izerska - Stacja Turystyczna Orle

Ostatnia godzinka do naszego dzisiejszego celu. Droga jest płaska, więc zmieniam turystyczne buty na sandały, w nadziei, że będzie mniej bolało 😀 Wyglądam jak typowa Grażyna, bo zestawiłam je, jakże stylowo, ze skarpetami 😀 No trudno, tu nie moda się liczy, a wygoda. Łukasz idzie kilka metrów przede mną, chyba nie chce się do mnie przyznawać. Na jego nieszczęście mamy takie same psy, które ewidentnie zdradzają, że jesteśmy razem 😀

Pół godziny później zaczyna padać. W sandałach niezbyt komfortowo szło by się w deszczu, ale właśnie zbliżamy się do turystycznej wiaty, więc postanawiamy na chwilkę przysiąść i przeczekać. Miejsce okazuje się genialne do spania na dziko. Do tego stopnia, że mamy ochotę olać nocleg w schronisku i tu zostać, ale wizja zimnego piwa skutecznie nas tym razem odwiodła od tego pomysłu

Pół godziny później przestaje padać, więc ruszamy dalej. Zostało nam tylko jakieś 20 min dreptania i będziemy na miejscu. Stację Turystyczną Orle odwiedzamy dopiero drugi raz w życiu. Noclegi mamy w starym budynku, więc jest troszkę taniej – 35 zł/os, pieski gratis. Warunki dość nieciekawe, głównie ze względu na wszechobecny brud, ale jedną noc jakoś wytrzymamy. W duchu cieszę się, że nie wypożyczamy tu pościeli (dodatkowe 8 zł/os) tylko mamy własny śpiwór.

Wszystko rekompensuje sielski odpoczynek w okolicy schroniska. Relaks na leżakach, cisza i spokój, pyszna grochówka (serio!) i zimne piwo. Obsługa zza wschodniej granicy też bardzo uprzejma, więc mimo drobnych niedogodności naprawdę z czystym sumieniem polecamy to miejsce. Istnieje tu też możliwość dojazdu samochodem z Jakuszyc i rozbicia namiotu na polanie. Całkiem fajna alternatywa.

Dzień trzeci - ostatni :( 

Nadszedł dzień powrotu. Poprzedniego wieczora przebiłam bąble na stopach, ale niestety wcale nie jest lepiej. Na szczęście do przejścia mamy tylko jakieś 5 km do Jizerki. Ruszamy zielonym szlakiem do granicy z Czechami, którą stanowi Karlovsky Most. Stamtąd skręcamy na żółty szlak, który zaprowadzi nas już prosto do samochodu.

Całość naszego pobytu w Izerach, od wyjścia z parkingu do powrotu do auta, to niespełna 48 godzin. W tym czasie przeszliśmy prawie 40 km. Żaden wyczyn, tym bardziej, że trasa głównie wiedzie po w miarę płaskim terenie. Gdyby nie upał i te piekielne bąble na podeszwach stóp, spokojnie można by ją wydłużyć, co też w przyszłości mamy w planie uczynić 🙂 Miejsca przez nas odwiedzone są w 100% psiolubne, a sama trasa dla Futrzaków nie stanowiła najmniejszego problemu.

No to co, kiedy ruszacie w drogę? 

Tylko pamiętajcie – rozsądnie wybierzcie buty 😀

Do zobaczenia na szlaku!

 

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Wolna niedziela i ładna pogoda – zwykle nie potrzebujemy większej zachęty do wypadu za miasto. Tym razem jednak już w sobotę zaczęliśmy szukać  wymówek, by zostać w domu. Dlaczego? Popołudniowa półgodzinna drzemka zamieniła się w trzygodzinny twardy sen, przez co w nocy długo nie mogliśmy zasnąć. Niewyspani, bez entuzjazmu spakowaliśmy jednak rano plecaki i pojechaliśmy przed siebie. Przecież szkoda dnia na siedzenie w domu 😀

Obraliśmy kurs na Stryszawę, by zaliczyć odkładaną już od kilku lat trasę na Jałowiec. Wybór idealny, jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, tak by za bardzo się nie zmęczyć, a jednak trochę się poruszać i nacieszyć oczy ładnymi widokami.

Jałowiec mierzy 1111 m n.p.m i leży właściwie na pograniczu Beskidu Żywieckiego i Makowskiego. Pasmo Jałowieckie od południa graniczy z Pasmem Babiej Góry, dzięki czemu ze szczytu i pobliskich przełęczy mamy świetny widok na Królową Beskidów.

Trasa ze Stryszawy jest pozbawiona jakichkolwiek trudności technicznych. Pętelka mierzy nieco ponad 12 kilometrów, w trakcie których pokonamy niecałe 600 metrów różnicy wzniesień. Bez problemu do przejścia przez każdego, zarówno na dwóch jak i na czterech łapach. W odróżnieniu od pobliskiej Babiej Góry – na legalu można wędrować z psami 🙂

Parkujemy auto przy zielonym szlaku, którym zamierzamy schodzić, Miejsca jest raptem na kilka samochodów, więc jeśli nie uda się Wam zaparkować w tym miejscu, to jadąc dalej w kierunku Roztoki jest niewielki parking po lewej stronie szosy. My tą drogę pokonujemy już pieszo. Leon i Bella nadają tempo wędrówce Wiedzą, że czeka ich nowa przygoda i dłuuugi spacer wśród ciekawych zapachów.

 

Dochodzimy do miejsca, w którym rozpoczyna się żółty szlak na Polanę Krawcową. Droga  wznosi się początkowo łagodnie wzdłuż zabudowań. Następnie idziemy wzdłuż strumyka, na którym dostrzegamy niewielki, ale malowniczy wodospad. Zaraz za nim szlak odbija w lewo, pozwalając podejść po schodkach wprost pod kaskadę.

Czujemy przyjemny chłód wody. Wskakujemy na skałkę, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i idziemy dalej.

Szlak pnie się w górę wśród pachnącego lasu. W tygodniu trwa tu obecnie zrywka drewna, więc całą drogę idziemy w błocie. Na psach nie robi to żadnego wrażenia, ale my ślizgamy się z każdym krokiem. W duchu narzekam, że
mogłam siedzieć w domu 🙂

 

Polana okazuje się zalesiona, nie ma stąd spektakularnych widoków, ale jest ławeczka, na której postanawiamy chwilkę odpocząć. Psy biegają luzem i urządzają sobie kąpiele błotne 🙂 Gdy wyciągamy kanapki siadają obok i czekają na ostatni kęs – wiedzą, że zawsze jest przeznaczony dla nich.

Po jakiś 15 min. ruszamy do dalszej drogi. Szlak zmienia kolor na niebieski.

 

Tu dołączają do nas dwie osoby, więc już w towarzystwie idziemy aż do szczytu. Momentami droga pnie się ostro w górę, więc zatrzymujemy się co jakiś czas na wyregulowanie oddechu. Pieski idą spokojnie na luźnej smyczy, nie forsują się w takich miejscach. Chwilę przed szczytem szlak robi się łagodniejszy.

Jesteśmy na Jałowcu. Naszym oczom ukazuje się piękny widok na Pilsko i Babią Górę. Postanawiamy zrobić dłuższy odpoczynek na trawce. Miejsca jest naprawdę dużo. Poza nami są tu przecież tylko dwie osoby. Puszczamy psy ze smyczy. Bella po krótkim rekonesansie wybiera odpoczynek  w naszym towarzystwie, a Leon znajduje patyk, który rozkazuje sobie rzucać 🙂 Zabawa na całego. Jest sielsko i błogo, więc spędzamy tu dobrych pół godziny. W międzyczasie na szczyt dociera tylko jedna osoba na rowerze. Cisza i spokój, można odpocząć. Już nie żałuję, że się tu wybrałam.

Kolor szlaku na szczycie z powrotem zmienia się na żółty. Znak wskazuje,że mamy 20 min do prywatnego schroniska na przełęczy Opaczne.  Nie wchodzimy do środka, jednak oszałamiający widok na Królową Babią Górę karze się zatrzymać i napić się herbaty na ławeczce.

Nieco się chmurzy, więc sprawdzam radar burzowy w telefonie. Ponoć nadciąga deszcz, więc ubieramy kurtki i idziemy dalej w stronę przełęczy Kolędówka. Kilka minut później faktycznie nadciąga ulewa.

Deszcz jest intensywny, ale ciepły i przyjemny. Niestety droga z powrotem staje się bagienna, więc idziemy umazani błotem po same tyłki. Na przełęczy skręcamy na zielony szlak, który ma nas doprowadzić bezpośrednio do samochodu. Kawałek później przestaje padać i wychodzi słońce. Las zaczyna jeszcze intensywniej pachnieć. Ściągamy przemoczone kurtki ciesząc się promieniami wiosennego słońca. Dochodzimy do pierwszych zabudowań. Jest tak pięknie, że postanawiamy znów usiąść na chwilkę na ławeczce. Nie musimy się przecież nigdzie spieszyć. Bella z upodobaniem wcina sobie świeżą, mokrą trawę. Leon z kolei wygląda, jakby marzył o łóżeczku i kołderce 🙂

Naładowaliśmy nasze baterie słońcem, więc idziemy dalej. Do auta mamy jakieś 10 min drogi.

Szlak polecamy wszystkim, którzy szukają ciszy i spokoju. W weekend co prawda możecie natrafić na jakąś wycieczkę. My mijaliśmy jedną grupę ok 20 os. w drodze ze szczytu do schroniska. Później nie spotkaliśmy już nikogo aż do samego dołu. Myślę, że popularniejsze szlaki na Jałowiec wiodą z Zawoi.
Jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, będziecie z tej trasy zadowoleni, lecz jeśli macie ochotę na konkretną wyrypę, nic tu po Was 🙂
My postanowiliśmy powrócić w to miejsce zimą. Wyjazd pozwolił nam się wyluzować i dać siłę na przetrwanie kolejnego tygodnia.

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🙂