Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Wolna niedziela i ładna pogoda – zwykle nie potrzebujemy większej zachęty do wypadu za miasto. Tym razem jednak już w sobotę zaczęliśmy szukać  wymówek, by zostać w domu. Dlaczego? Popołudniowa półgodzinna drzemka zamieniła się w trzygodzinny twardy sen, przez co w nocy długo nie mogliśmy zasnąć. Niewyspani, bez entuzjazmu spakowaliśmy jednak rano plecaki i pojechaliśmy przed siebie. Przecież szkoda dnia na siedzenie w domu 😀

Obraliśmy kurs na Stryszawę, by zaliczyć odkładaną już od kilku lat trasę na Jałowiec. Wybór idealny, jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, tak by za bardzo się nie zmęczyć, a jednak trochę się poruszać i nacieszyć oczy ładnymi widokami.

Jałowiec mierzy 1111 m n.p.m i leży właściwie na pograniczu Beskidu Żywieckiego i Makowskiego. Pasmo Jałowieckie od południa graniczy z Pasmem Babiej Góry, dzięki czemu ze szczytu i pobliskich przełęczy mamy świetny widok na Królową Beskidów.

Trasa ze Stryszawy jest pozbawiona jakichkolwiek trudności technicznych. Pętelka mierzy nieco ponad 12 kilometrów, w trakcie których pokonamy niecałe 600 metrów różnicy wzniesień. Bez problemu do przejścia przez każdego, zarówno na dwóch jak i na czterech łapach. W odróżnieniu od pobliskiej Babiej Góry – na legalu można wędrować z psami 🙂

Parkujemy auto przy zielonym szlaku, którym zamierzamy schodzić, Miejsca jest raptem na kilka samochodów, więc jeśli nie uda się Wam zaparkować w tym miejscu, to jadąc dalej w kierunku Roztoki jest niewielki parking po lewej stronie szosy. My tą drogę pokonujemy już pieszo. Leon i Bella nadają tempo wędrówce Wiedzą, że czeka ich nowa przygoda i dłuuugi spacer wśród ciekawych zapachów.

 

Dochodzimy do miejsca, w którym rozpoczyna się żółty szlak na Polanę Krawcową. Droga  wznosi się początkowo łagodnie wzdłuż zabudowań. Następnie idziemy wzdłuż strumyka, na którym dostrzegamy niewielki, ale malowniczy wodospad. Zaraz za nim szlak odbija w lewo, pozwalając podejść po schodkach wprost pod kaskadę.

Czujemy przyjemny chłód wody. Wskakujemy na skałkę, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i idziemy dalej.

Szlak pnie się w górę wśród pachnącego lasu. W tygodniu trwa tu obecnie zrywka drewna, więc całą drogę idziemy w błocie. Na psach nie robi to żadnego wrażenia, ale my ślizgamy się z każdym krokiem. W duchu narzekam, że
mogłam siedzieć w domu 🙂

 

Polana okazuje się zalesiona, nie ma stąd spektakularnych widoków, ale jest ławeczka, na której postanawiamy chwilkę odpocząć. Psy biegają luzem i urządzają sobie kąpiele błotne 🙂 Gdy wyciągamy kanapki siadają obok i czekają na ostatni kęs – wiedzą, że zawsze jest przeznaczony dla nich.

Po jakiś 15 min. ruszamy do dalszej drogi. Szlak zmienia kolor na niebieski.

 

Tu dołączają do nas dwie osoby, więc już w towarzystwie idziemy aż do szczytu. Momentami droga pnie się ostro w górę, więc zatrzymujemy się co jakiś czas na wyregulowanie oddechu. Pieski idą spokojnie na luźnej smyczy, nie forsują się w takich miejscach. Chwilę przed szczytem szlak robi się łagodniejszy.

Jesteśmy na Jałowcu. Naszym oczom ukazuje się piękny widok na Pilsko i Babią Górę. Postanawiamy zrobić dłuższy odpoczynek na trawce. Miejsca jest naprawdę dużo. Poza nami są tu przecież tylko dwie osoby. Puszczamy psy ze smyczy. Bella po krótkim rekonesansie wybiera odpoczynek  w naszym towarzystwie, a Leon znajduje patyk, który rozkazuje sobie rzucać 🙂 Zabawa na całego. Jest sielsko i błogo, więc spędzamy tu dobrych pół godziny. W międzyczasie na szczyt dociera tylko jedna osoba na rowerze. Cisza i spokój, można odpocząć. Już nie żałuję, że się tu wybrałam.

Kolor szlaku na szczycie z powrotem zmienia się na żółty. Znak wskazuje,że mamy 20 min do prywatnego schroniska na przełęczy Opaczne.  Nie wchodzimy do środka, jednak oszałamiający widok na Królową Babią Górę karze się zatrzymać i napić się herbaty na ławeczce.

Nieco się chmurzy, więc sprawdzam radar burzowy w telefonie. Ponoć nadciąga deszcz, więc ubieramy kurtki i idziemy dalej w stronę przełęczy Kolędówka. Kilka minut później faktycznie nadciąga ulewa.

Deszcz jest intensywny, ale ciepły i przyjemny. Niestety droga z powrotem staje się bagienna, więc idziemy umazani błotem po same tyłki. Na przełęczy skręcamy na zielony szlak, który ma nas doprowadzić bezpośrednio do samochodu. Kawałek później przestaje padać i wychodzi słońce. Las zaczyna jeszcze intensywniej pachnieć. Ściągamy przemoczone kurtki ciesząc się promieniami wiosennego słońca. Dochodzimy do pierwszych zabudowań. Jest tak pięknie, że postanawiamy znów usiąść na chwilkę na ławeczce. Nie musimy się przecież nigdzie spieszyć. Bella z upodobaniem wcina sobie świeżą, mokrą trawę. Leon z kolei wygląda, jakby marzył o łóżeczku i kołderce 🙂

Naładowaliśmy nasze baterie słońcem, więc idziemy dalej. Do auta mamy jakieś 10 min drogi.

Szlak polecamy wszystkim, którzy szukają ciszy i spokoju. W weekend co prawda możecie natrafić na jakąś wycieczkę. My mijaliśmy jedną grupę ok 20 os. w drodze ze szczytu do schroniska. Później nie spotkaliśmy już nikogo aż do samego dołu. Myślę, że popularniejsze szlaki na Jałowiec wiodą z Zawoi.
Jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, będziecie z tej trasy zadowoleni, lecz jeśli macie ochotę na konkretną wyrypę, nic tu po Was 🙂
My postanowiliśmy powrócić w to miejsce zimą. Wyjazd pozwolił nam się wyluzować i dać siłę na przetrwanie kolejnego tygodnia.

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *