Budapeszt – paprykowa stolica Węgier

Jeden dzień w tym mieście, to zdecydowanie za mało, by móc skosztować wszystkich atrakcji i zobaczyć wszystkie jego wspaniałe zakamarki. Jednak nawet tyle czasu zdecydowanie wystarczy, by pokochać to miasto i zostawić tam część swojego serducha.

Dokładnie 1 dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Budapesztu, traktując to jako odpoczynek po górskich, wyrypiastych trasach na Słowacji. Jak się później okazało, ten dzień zmęczył nas bardziej niż poprzedzający go tydzień górskich wędrówek, do tego stopnia, że cały kolejny dzień odsypialiśmy 😅

Dojazd z naszej kwatery na Słowacji z opcją „unikaj opłat” zajął nam ok 4 godziny. Wyjechaliśmy nad ranem, więc na miejscu byliśmy już ok 8. Auto postanowiliśmy zaparkować na wzgórzu Gellerta i stamtąd rozpocząć zwiedzanie miasta. Na samym końcu drogi znajduje się płatny w parkomacie parking, jednak wzdłuż niżej położonych uliczek o tej godzinie było jeszcze sporo wolnego miejsca do zaparkowania bezpłatnie.

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od Cytadeli.  Wnętrze twierdzy nie jest obecnie udostępnione do zwiedzania, ale spod jej murów roztaczają się wspaniałe widoki na Budzińskie wzgórza, płaski jak naleśnik Peszt z gmachem parlamentu na czele oraz słynne mosty na rzece Dunaj.

To dopiero początek, a już nam się podoba :)

Pomimo stosunkowo wczesnej pory, jest sporo ludzi, szczególnie obok Pomnika Wolności. Wygląda na to, że duża część zorganizowanych wycieczek również zaczyna zwiedzanie Budapesztu od tego miejsca.

Powoli schodzimy ze wzgórza, po drodze trafiając jeszcze na rzeźbę symbolizującą związek między Budą i Pesztem. Dla odmiany nie było tam żywej duszy, więc korzystając z okazji, jeszcze raz, tym razem w spokoju, przyglądamy się widokom na miasto.

Po krótkim odpoczynku opuszczamy wzgórze Gellerta i kierujemy się w stronę Zamku Królewskiego. Na Wzgórze Zamkowe wchodzimy pieszo, lecz dla turystów dostępna jest również kolejka, której dolna stacja znajduje się niedaleko Mostu Łańcuchowego. Naszym zdaniem kolejka to jednak zbędny wydatek i kiepska atrakcja, bo piesza trasa nie jest ani długa, ani wymagająca kondycyjnie. Samo wejście na Wzgórze Zamkowe jest bezpłatne i dostępne również dla czworonogów.

W okolicy Zamku trafiamy na kolejne tłumy, ale to wciąż nie ta ilość ludzi co na Monciaku czy Krupówkach w szczycie sezonu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jest to najtłumniej odwiedzane przez turystów miejsce w mieście. Na szczęście wszyscy bardzo życzliwie podchodzą do piesków, zagadują w różnych językach, chcą nawet robić sobie z nimi zdjęcia, na co czasem się zgadzamy 😉 Wnętrza Zamku nie zwiedzamy, jakoś tak nie bardzo lubimy muzea. Zresztą w planie mamy jeszcze sporo miejsc do odwiedzenia w Budapeszcie, a czas nieco nas goni.

Z zamku rzut beretem mamy do Kościoła Macieja. Bynajmniej nie chodzi tu o żadnego świętego 😉 Nazwa Kościoła nawiązuje do Króla Macieja, który w tym miejscu przyjął swoje śluby. Neogotycka bryła zachwyca swoim przepychem. Wejście do wnętrza Świątyni jest płatne i z pewnością warte odwiedzenia, jednak my natrafiamy tu na sporą kolejkę oczekujących, więc i tym razem odpuszczamy.

Nieopodal czeka na nas kolejna atrakcja Dzielnicy Zamkowej jaką jest Baszta Rybacka. Jej siedem charakterystycznych białych wież symbolizuje siedem plemion, które zapoczątkowały istnienie Węgier. Obecnie budowla ta spełnia rolę tarasu widokowego, jednak warto wiedzieć, że została wybudowana w miejscu dawnych murów obronnych. Większą część spacerowej trasy przejdziecie za darmo, jednak wejście na najwyższy jej poziom przez większość dni w roku jest płatne. Darmowe jest jedynie zwiedzanie w godzinach nocnych i w czasie zimy. W wakacje bywają tam mega kolejki po bilety. Tak było i tym razem, więc jak się pewnie domyślacie – kolejny raz sobie darujemy 😉 Spacerując później po Baszcie nie żałujemy tej decyzji. Większe tłumy były na tym płatnym poziomie, a widoki były stamtąd identyczne, tylko odrobinę wyżej 😉

Lato jest naprawdę upalne, więc Futrzaki sapią niemiłosiernie. Dobrze, że częściowo mogły spacerować w cieniu. Po przejściu Baszty dajemy im pić i czekamy chwilkę, aż odpoczną, następnie opuszczamy Wzgórze Zamkowe i kierujemy się w stronę bulwaru nad rzeką Dunaj. Tam dociera do nas jakich rozmiarów jest parlament. Robił już wrażenie widziany z góry, ale teraz patrzymy na niego z przeciwległego brzegu rzeki i nie możemy wyjść z zachwytu. Imponująca budowla.

Spacerując dalej wzdłuż Dunaju, dochodzimy do Mostu Małgorzaty. W planie mamy zejście z mostu na wyspę, która jest miejscem odpoczynku dla wielu mieszkańców węgierskiej stolicy.

Jesteśmy już bardzo zmęczeni, czuję że nogi dosłownie wchodzą mi do tyłka. Za nami już jakieś 4 godziny zwiedzania, a dzień jest prawdziwie upalny, więc nie ma się co dziwić. Dochodzimy do fontanny. W cieniu wokół niej ustawione są krzesełka. Znajdujemy dwa wolne i postanawiamy odpocząć. Czujemy przyjemny chłód od wody i od razu robi się nam błogo. Futrzaki postanawiają uciąć sobie drzemkę 😉

Nagle z głośników zaczyna lecieć muzyka. Okazuje się, że jest to fontanna multimedialna i trafiliśmy akurat na pokaz, który odbywa się tu prawdopodobnie co godzinę 😍 Całość spektaklu trwa ok 10 minut i naprawdę robi wrażenie. Myślę, że warto wybrać się tu wieczorem, gdy do wody i dźwięku dochodzi jeszcze gra świateł.

Po odpoczynku wracamy na Most Małgorzaty, którym przechodzimy do pesztańskiej części miasta.

Kierujemy się w stronę placu Bohaterów, ale po drodze znów zaczyna brakować nam energii. Szukamy jakiejś klimatycznej knajpki, ale wzdłuż ulicy, którą idziemy nic nam nie wpada w oko. Sprawdzamy w necie, że fajne miejsce jest po przeciwnej stronie placu, na który zmierzamy. Idziemy więc dalej, motywowani pysznym węgierskim jedzeniem i marzeniem o zimnym piwie. W restauracji zajęliśmy sobie miejsce w ogródku, gdzie kelner ochoczo częstował psiaki wodą. Knajpka rzeczywiście okazała się smaczna. Zupa gulaszowa – prawdziwe niebo w gębie 😍

Posileni zmierzamy już prosto na Plac Bohaterów. Jest to jeden z największych i najważniejszych placów w Budapeszcie. Od prawie stu lat zdobi go Pomnik Tysiąclecia, którego budowa rozpoczęła się w tysięczną rocznicę istnienia państwa węgierskiego.

Nieopodal znajduje się słynny lasek miejski, który jest świetnym miejscem na relaks i odpoczynek od gwaru miasta. Spaceruje tu wiele osób z pieskami, a woreczki i kosze na psie kupki znajdujemy co kilka kroków. Na sporych rozmiarów terenie mieści się m.in. sztuczne jeziorko czy bajkowy zamek Vajdahunyat z XIX wieku. Tutaj w zaciszu drzew robimy sobie kolejną przerwę, po czym wracamy do centrum miasta.

W celu zaoszczędzenia czasu i sił decydujemy się na przejażdżkę metrem. Dzisiejsza wędrówka naprawdę daje się już odczuć w nogach, tym bardziej, że przecież cały poprzedni tydzień spędziliśmy na chodzeniu po górach. Aby na teren stacji wejść z psem, konieczne jest założenie mu kagańca. Belcia i Leoś bardzo tego nie lubią, ale wszystkie pieski traktowane są równo, a ochrona metra bardzo pilnuje przestrzegania tego przepisu. Na szczęście podróż nie trwa długo, więc jakoś dajemy radę 🙂

Wysiadamy na stacji, której nazwy w żaden sposób nie potrafię powtórzyć i kierujemy się w stronę Bazyliki Świętego Stefana. Jest to największy kościół w Budapeszcie, a jego budowa trwała aż 50 lat. Największe wrażenie robi potężna, złocista kopuła świątyni. Kościół w wybranych godzinach udostępniany jest do zwiedzania bezpłatnie, a opłata pobierana jest jedynie za wejście na widokową antresolę, znajdującą się na kopule. Chętnych nie brakuje, więc po raz kolejny darujemy sobie stanie w długiej kolejce.

Zwiedzając dalej, udajemy się się w stronę słynnego Mostu Łańcuchowego. To pierwszy stały most, który połączył niegdyś Budę z Pesztem. Na jego obu brzegach znajdują się kamienne rzeźby lwów. Ruch w okolicach mostu jest ogromy. Samochody poruszają się tu w ślimaczym tempie, a turyści chodzą po ulicy jak chcą, często wbiegając pod koła nadjeżdżających aut. Cuda na kiju, aż dziwne, że nie było tam żadnych służb, które by pilnowały porządku w tym miejscu. Zaczynam się bać powrotu, gdyż dociera do mnie, że tamtędy będziemy musieli przejeżdżać.

Póki co, wybieramy się jeszcze na ulicę Vaci, na której znajdują się zarówno zabytkowe, piękne kamienice, jak i drogie markowe butiki. Spacer okazuje się przeciskaniem w tłumie innych turystów. Nie polecam zakupu pamiątek w tym miejscu – ceny mogą Was przyprawić o zawrót głowy.

Ulica ma jakiś kilometr długości, a kończy się w okolicy mostu Elżbiety, którym musimy przejść na drugi brzeg, by wrócić do samochodu zaparkowanego na wzgórzu Gellerta.

Nie mamy już sił na wizytę w pobliskiej hali targowej, wstępujemy jedynie do cukierni, by skosztować tradycyjnej, zawijanej drożdżówki z kakaowym nadzieniem o wdzięcznej nazwie kakaóscsiga 🙂 Kupujemy jeszcze na drogę powrotną kilka różnych smaków pogaczy, na których zapach Futrzaki bardzo się ożywiają 😀 Została już ostatnia prosta do auta.

Uwierzcie, że nogi bolały mnie tak bardzo, że prawie popłakałam się z radości na widok naszego samochodu. W planie mieliśmy jeszcze zakup pamiątek w straganach na samym czubku wzgórza, więc zostawiamy nasz plecak z prowiantem i ciśniemy na górę. Co można przywieźć z Budapesztu? Paprykę oczywiście! I to w każdej możliwej postaci 😀 Jako przyprawa – słodka lub ostra, wędzona lub nie. Różnego rodzaju pasty, zarówno w tubkach jak i w słoiczkach. Kupić można też całe pętka suszonych papryczek. Bez żalu wydajemy tam wszystkie forinty jakie nam zostały i wracamy do auta, w którym psiaki niemal natychmiast zasypiają.

Co prawda nasz plan zwiedzania zakładał jeszcze zobaczenie Budapesztu po zmroku, ale z uwagi na zmęczenie, które nas dopadło, tym razem daliśmy sobie spokój. Obiecaliśmy sobie jednak , że wrócimy tu na dłużej. Jeden dzień to naprawdę zdecydowanie za mało czasu na zwiedzenie tego pięknego miasta. Jeśli macie jakiś fajny, sprawdzony nocleg w Budapeszcie, gdzie mile widziane są też Futrzaki, dajcie proszę znać w wiadomości lub w komentarzu.

PS. Jeśli ktoś dobrnął do końca tego tekstu, też może dać znać 😀 Się rozpisałam 😀 😀 😀