Tatrzańska Osterwa na czterech łapach 🐾 🐾

Od Tatrzańskiej Polanki do Popradzkiego Plesa
- subiektywny opis trasy :)

Wiecie co jest najgorsze w takiej wyprawie? Zdecydowanie budzik. Dzwoni o wpół do pierwszej w nocy i wyrywa nas ze smacznego,  ledwo co rozpoczętego snu. Horror dosłownie. Nawet Futrzaki nie chcą się dobrowolnie zwlec z łóżka o tej porze. Na szczęście prawie wszystko mamy już przygotowane. Zostaje nam tylko napełnić termosy, zrobić kawę na drogę i ruszamy.

O 1:00 siedzimy już w samochodzie, łudząc się, że kawa nas obudzi 😅 No mnie choć trochę musi, bo prowadzę, ale na Łukasza kofeina tradycyjnie nie działa. Zaraz po wypiciu kawy zasypia. Psy też mają w nosie całą tą wyprawę, od razu kładą się spać na tylnej kanapie. No trudno – nie będzie z kim pogadać po drodze, więc włączam głośniej radio. Jak zacznę śpiewać to się obudzę i jakoś dojedziemy 🙂

Cel : Tatrzańska Polanka 

Przed nami jakieś 190 km. drogi, wg. mapy jakieś 3 godz i 45 min. jazdy. Uwzględniając krótki postój na siku, powinniśmy dojechać na 5:00 rano. Damy radę, nie pierwszy i nie ostatni raz 🙂

Tatrzańska Polanka to niewielka, uzdrowiskowa miejscowość, położona u stóp najwyższego tatrzańskiego szczytu – Gerlachu – 2655 m n.p.m. Wiele osób obiera sobie ją za start, planując wyprawę na Polski Grzebień, Małą Wysoką czy właśnie na wspomniany Gerlach. Łatwo tu trafić, gdyż położona jest bezpośrednio przy tzw. Drodze Wolności, która łączy ze sobą podtatrzańskie miejscowości na Słowacji. Równolegle do drogi samochodowej biegną tory kolei elektrycznej, czyli sławnej „elektriczki”, która w Tatrzańskiej Polance ma jedną ze swoich stacji.

Na miejsce dojeżdżamy zgodnie z planem ok. 5 rano. O tej porze jeszcze znajdujemy wolne, bezpłatne miejsce postojowe. Parkujemy auto obok stacji „elektriczki”, po czym wychodzimy z samochodu i uderza nas przejmujący chłód. Jest 5 dzień lipca, a na dworze tylko 4 stopnie. W sumie nie ma się co dziwić, w końcu miejscowość, w której jesteśmy, leży na wysokości ponad 1000 m n.p.m. No nic, ubieramy kurtki i w drogę 😜 Żwawy marsz jakoś nas rozgrzeje.

Zielonym szlakiem do schroniska "Śląski Dom" 

Z Tatrzańskiej Polanki tylko jeden szlak wyprowadza nas w góry – nie da się tu zgubić. Trasa, którą idziemy, kilkakrotnie przecina asfaltową drogę dojazdową do schroniska. Nieco wyżej łączy się z Potokiem Wielickim, wzdłuż którego dojdziemy bezpośrednio do Wielickiego Stawu  i położonego nad nim dużego hotelu  o nazwie „Śląski Dom” (1667 m n.p.m.). Miejsce to jest przyjazne czworonogom, ale w naszym odczuciu drogie. Link do obiektu na booking.com macie tutaj.

Piesze przejście tego fragmentu szlaku trwa ok. 2 godziny. Nie napotkacie tu żadnych technicznych trudności. Do pokonania jest jednak ponad 650 metrów przewyższenia, więc u osób ze słabszą kondycją możliwa jest niewielka zadyszka 🙂 Pieski idą żwawo, jeszcze nie ma zapowiadanego upału, więc nie mają najmniejszego problemu z pokonaniem tej trasy na czterech łapkach 🐾🐾

Otoczenie Wielickiego Stawu naprawdę robi wrażenie. Bliskość wysokich, tatrzańskich szczytów i spokój o tej godzinie sprawiają, że decydujemy się na dłuższy odpoczynek, połączony ze śniadaniem nad brzegiem stawu. Ciszę kilka razy przecina jedynie helikopter, który prowadzi akurat akcję ratunkową w masywie Gerlachu.


Tatrzańską Magistralą do Batyżowieckiego Stawu

Kolejny odcinek trasy prowadzi głównym tatrzańskim szlakiem po słowackiej stronie Tatr – tzw. magistralą. Droga wiedzie głównie po dużych skalnych płytach i głazach, ale dla naszych czworonogów nie stanowi żadnego technicznego problemu. Za nami otwiera się widok na Sławkowski Szczyt, a po lewej stronie na Kotlinę Popradzką. Przejście tego odcinka szlaku trwa około 1 godz. Robi się ciepło, gdyż cały czas idziemy południowym, nasłonecznionym zboczem. W upalne dni może być to prawdziwa droga przez mękę dla czworonogów, ale dziś przyjemnie wieje wiatr, więc nie mamy trudności z pokonaniem tej trasy. W połowie drogi robimy tylko małą przerwę na uzupełnienie płynów.

Batyżowiecki Staw położony jest na wysokości 1884 m n.p.m. Powyżej lustra wody wznoszą się potężne tatrzańskie szczyty, w tym masyw „króla Tatr” – Gerlacha. Otoczenie skalistych szczytów robi na nas ogromne wrażenie, więc robimy w tym miejscu kolejną dłuższą przerwę. Uwierzcie mi, że wiele pięknych miejsc w Tatrach już widzieliśmy, ale cisza i spokój tego miejsca naprawdę hipnotyzują na całego. Żal było stamtąd odchodzić.

 

Najwyższy punkt programu: Przełęcz pod Osterwą.

Po długim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Trasa nadal wiedzie wzdłuż znakowanej na czerwono magistrali. Do przełęczy pod Osterwą mamy jakieś 1,5 godziny drogi. Pogoda jest piękna, a my właściwie nie mamy się gdzie spieszyć, więc idziemy powoli, delektując się widokami i ciesząc się słońcem. Wciąż wieje przyjemny wiatr. Na tej wysokości, szczęśliwie, nie ma zapowiadanego na ten dzień upału. Co jakiś czas robimy krótki postój na uzupełnienie płynów. Na szlak zawsze zabieramy ogromne ilości wody, zarówno dla siebie jak i dla psów. Plecaki początkowo naprawdę sporo ważą, ale w miarę pokonywania trasy pozbywamy się tego balastu i na plecach robi się znacznie lżej 🙂

Czym bliżej przełęczy, tym ciekawszy widok otwiera się na wprost nas, co bardzo motywuje do podkręcenia tempa. Po lewej stronie widzimy Szczyrbskie Jezioro i znany nam już szczyt Skrajnego Soliska (2093 m n.p.m.) Byliśmy tam rok temu, w trakcie mglistej i jeszcze zimowej pogody, jaka trafiła się nam w długi majowy weekend. Może kiedyś wrócimy tam w przyjemniejszych warunkach?

Jesteśmy na Przełęczy pod Osterwą (1966 m n.p.m), a wraz z nami dziesiątki innych turystów. Ludzie wchodzą tu całymi rodzinami trasą znad Popradzkiego Stawu, bo jest prosta i stosunkowo krótka. Nie jest łatwo o znalezienie ustronnego miejsca, ale udaje się. We znaki powoli daje się nam zmęczenie. Wstaliśmy przecież w środku nocy, by tu przyjechać. W planie co prawda było jeszcze zdobycie pobliskiej Tępej (2284 m n.p.m.), na którą nie prowadzi znakowany szlak turystyczny, ale mimo to chodzą tam całe rzesze turystów. Lenistwo wzięło tym razem górę i zamiast tego na przełęczy ucinamy sobie dłuuugą drzemkę 🙂

Budzi nas szczekanie psów. Podbiegł do nas jakiś „Kajtek”, z którym niekoniecznie nasze Futrzaki miały ochotę się zaprzyjaźniać. Awantura gotowa. W takich zatłoczonych miejscach zdecydowanie trzymamy psy na smyczy! Zresztą na terenie Parku Narodowego nigdzie nie puszczamy psów luzem. O tym mówią przepisy, a ich łamanie grozi mandatem! Pamiętajmy też o tym, że dotychczas Tatry słowackie pozostają otwarte dla czworonogów, ale czym więcej przypadków łamania regulaminu zostanie odnotowanych, tym szybciej może się to zmienić. Już w tym roku istniał projekt, w znacznym stopniu ograniczający wędrówki z czworonogiem u boku. Dotychczas nie został on wprowadzony w życie. Niewątpliwie do tego tematu będzie się jednak w przyszłości powracać, a postawa właścicieli psów i respektowanie przepisów będą miały tutaj kluczowe znaczenie.

Zakosami w dół, nad Popradzki Staw. 

Ostatnie spojrzenie z przełęczy na otaczającą nas panoramę. Widać stąd między innymi Rysy, Wysoką i Koprowy Wierch, a poniżej lustro wody Popradzkiego Stawu (1494 m n.p.m.) wraz z dużym schroniskiem przy brzegu. Miejsce to również akceptuje czworonogi, dla zainteresowanych wklejam link do obiektu. 

Zejście nad staw jest mega upierdliwe. Po pierwsze trochę strome, ale przede wszystkim nie możemy się pozbyć wrażenia, że ta droga nie ma końca. Jest niezwykle monotonna, przez co wydaje się nam, że idziemy bardzo długo. Dojście do schroniska zajmuje tymczasem niespełna 40 minut.

Upał! Wyżej cudownie wiał wiatr, tutaj rozpływamy się z gorąca. Ludzi jak mrówek, ciężko znaleźć wolne miejsce. Jesteśmy tak spragnieni, że ustawiamy się w kolejce po zimne piwo. Dla mnie radler, te 2% wypocę przecież zanim wrócimy do samochodu, dla Łukasza zimny Kelcik ❤ Pieski wypijają po miseczce wody i zasypiają pod stolikiem. Oprócz Belli i Leonka jest tu masa innych czworonogów, ale nikt nikomu nie wchodzi w drogę 🙂

Piekielnym asfaltem do "elektriczki" 

Tak, to zdecydowanie najbardziej znienawidzona przez nas część trasy. Droga wiedzie rozgrzanym asfaltem wśród dużej ilości turystów. Na szczęście to ostatnia prosta, a trasa trwa tylko godzinę. Tłum turystów na Słowacji to też nie to samo, co np. tłum w drodze nad Morskie Oko. Ludzi jest naprawdę dużo, ale mimo to jest znacznie luźniej. No i jakoś kulturalniej niż w Polsce. U nas ludzie słuchają głośno muzyki i drą się wniebogłosy. Nie żeby tu panowała cisza, ale jednak jest jakoś spokojniej.

Dochodzimy do stacji „elektriczki” Popradskie Pleso. Siadamy w cieniu i oczekujemy na pociąg. Wagoniki w sezonie jeżdżą mocno zapchane, ale dla nas to jedyna opcja powrotu do samochodu. Bez problemu wejdziecie do środka z pieskiem. Kagańce mieliśmy przygotowane i przypięte do obroży, ale nie zakładaliśmy psiakom z uwagi na upalny dzień. Bilety kupujemy poprzez wysłanie sms-a. Nr telefonu i treść wiadomości jaką należy wysłać, znajdziecie na każdej stacji jak i w wewnątrz pociągu. Kiedyś jednak, z duszą na ramieniu, przejechaliśmy na gapę, bo z uwagi na problem z roomingiem nie udało się nam wysłać sms-a i otrzymać biletu. Całe szczęście tym razem obyło się bez takich problemów. Nasze Futrzaki w pociągu były niemałą atrakcją dla turystów. Zmęczone, poszły grzecznie spać, wzbudzając szerokie uśmiechy na twarzach pozostałych towarzyszy podróży.

Z „elektriczki” wysiadamy na stacji Tatrzańska Polanka i zmierzamy prosto do auta. Żegnamy się z Tatrami. To był wspaniały, pełen wrażeń dzień dla naszej czwórki ❤❤❤❤🐾🐾🐾🐾

A za co tak właściwie kochamy słowackie Tatry? 
  1. Wiele już gór widzieliśmy, ale piękniejszych od Tatr jeszcze nie trafiliśmy. W Polsce leży tylko nieco ponad 22% tego pasma, pozostałe 78% leży po stronie słowackiej. Jest gdzie pochodzić.
  2. Od Tatr Bielskich, po Wysokie, a kończąc na Zachodnich – wszędzie jest pięknie. Różnorodność szlaków jest ogromna – każdy znajdzie tu coś dla siebie.
  3. Z uwagi na większą powierzchnię Tatr po słowackiej stronie, turyści jakoś rozpraszają się po różnych szlakach i dzięki temu jest trochę mniej tłoczno niż w Polsce. Pomiędzy bajki możecie jednak włożyć teksty, że na Słowacji szlaki są puste. Te najbardziej popularne są pełne turystów, choć mimo wszystko jakoś mniej zakorkowane.
  4. Niemal wszędzie można wejść z psem. Istniał co prawda projekt nowego regulaminu, który miałby ograniczyć wstęp ze zwierzętami, jednak Słowacy wycofali się póki co z tego pomysłu.
  5. Jest naprawdę blisko ❤ Z Tychów często wyruszamy na jednodniowe wyprawy – to naprawdę jest wykonalne.
  6. Brak opłat za wstęp do Parku Narodowego. W zamian za to warto się ubezpieczyć, gdyż za ewentualną akcję ratunkową zapewne zostanie wystawiony niemały rachunek. W niektórych miejscach znajdziecie też bezpłatne parkingi, ale większość to koszt 5 – 7 euro za dzień postoju.
To co, kiedy ruszacie na wycieczkę? 

Dajcie znać, jeśli nasza wyprawa okaże się dla Was inspiracją na kolejny górski wypad 🙂

My szykujemy już plecaki do kolejnych podróży!

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🐾🐾🐾🐾

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Wolna niedziela i ładna pogoda – zwykle nie potrzebujemy większej zachęty do wypadu za miasto. Tym razem jednak już w sobotę zaczęliśmy szukać  wymówek, by zostać w domu. Dlaczego? Popołudniowa półgodzinna drzemka zamieniła się w trzygodzinny twardy sen, przez co w nocy długo nie mogliśmy zasnąć. Niewyspani, bez entuzjazmu spakowaliśmy jednak rano plecaki i pojechaliśmy przed siebie. Przecież szkoda dnia na siedzenie w domu 😀

Obraliśmy kurs na Stryszawę, by zaliczyć odkładaną już od kilku lat trasę na Jałowiec. Wybór idealny, jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, tak by za bardzo się nie zmęczyć, a jednak trochę się poruszać i nacieszyć oczy ładnymi widokami.

Jałowiec mierzy 1111 m n.p.m i leży właściwie na pograniczu Beskidu Żywieckiego i Makowskiego. Pasmo Jałowieckie od południa graniczy z Pasmem Babiej Góry, dzięki czemu ze szczytu i pobliskich przełęczy mamy świetny widok na Królową Beskidów.

Trasa ze Stryszawy jest pozbawiona jakichkolwiek trudności technicznych. Pętelka mierzy nieco ponad 12 kilometrów, w trakcie których pokonamy niecałe 600 metrów różnicy wzniesień. Bez problemu do przejścia przez każdego, zarówno na dwóch jak i na czterech łapach. W odróżnieniu od pobliskiej Babiej Góry – na legalu można wędrować z psami 🙂

Parkujemy auto przy zielonym szlaku, którym zamierzamy schodzić, Miejsca jest raptem na kilka samochodów, więc jeśli nie uda się Wam zaparkować w tym miejscu, to jadąc dalej w kierunku Roztoki jest niewielki parking po lewej stronie szosy. My tą drogę pokonujemy już pieszo. Leon i Bella nadają tempo wędrówce Wiedzą, że czeka ich nowa przygoda i dłuuugi spacer wśród ciekawych zapachów.

 

Dochodzimy do miejsca, w którym rozpoczyna się żółty szlak na Polanę Krawcową. Droga  wznosi się początkowo łagodnie wzdłuż zabudowań. Następnie idziemy wzdłuż strumyka, na którym dostrzegamy niewielki, ale malowniczy wodospad. Zaraz za nim szlak odbija w lewo, pozwalając podejść po schodkach wprost pod kaskadę.

Czujemy przyjemny chłód wody. Wskakujemy na skałkę, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i idziemy dalej.

Szlak pnie się w górę wśród pachnącego lasu. W tygodniu trwa tu obecnie zrywka drewna, więc całą drogę idziemy w błocie. Na psach nie robi to żadnego wrażenia, ale my ślizgamy się z każdym krokiem. W duchu narzekam, że
mogłam siedzieć w domu 🙂

 

Polana okazuje się zalesiona, nie ma stąd spektakularnych widoków, ale jest ławeczka, na której postanawiamy chwilkę odpocząć. Psy biegają luzem i urządzają sobie kąpiele błotne 🙂 Gdy wyciągamy kanapki siadają obok i czekają na ostatni kęs – wiedzą, że zawsze jest przeznaczony dla nich.

Po jakiś 15 min. ruszamy do dalszej drogi. Szlak zmienia kolor na niebieski.

 

Tu dołączają do nas dwie osoby, więc już w towarzystwie idziemy aż do szczytu. Momentami droga pnie się ostro w górę, więc zatrzymujemy się co jakiś czas na wyregulowanie oddechu. Pieski idą spokojnie na luźnej smyczy, nie forsują się w takich miejscach. Chwilę przed szczytem szlak robi się łagodniejszy.

Jesteśmy na Jałowcu. Naszym oczom ukazuje się piękny widok na Pilsko i Babią Górę. Postanawiamy zrobić dłuższy odpoczynek na trawce. Miejsca jest naprawdę dużo. Poza nami są tu przecież tylko dwie osoby. Puszczamy psy ze smyczy. Bella po krótkim rekonesansie wybiera odpoczynek  w naszym towarzystwie, a Leon znajduje patyk, który rozkazuje sobie rzucać 🙂 Zabawa na całego. Jest sielsko i błogo, więc spędzamy tu dobrych pół godziny. W międzyczasie na szczyt dociera tylko jedna osoba na rowerze. Cisza i spokój, można odpocząć. Już nie żałuję, że się tu wybrałam.

Kolor szlaku na szczycie z powrotem zmienia się na żółty. Znak wskazuje,że mamy 20 min do prywatnego schroniska na przełęczy Opaczne.  Nie wchodzimy do środka, jednak oszałamiający widok na Królową Babią Górę karze się zatrzymać i napić się herbaty na ławeczce.

Nieco się chmurzy, więc sprawdzam radar burzowy w telefonie. Ponoć nadciąga deszcz, więc ubieramy kurtki i idziemy dalej w stronę przełęczy Kolędówka. Kilka minut później faktycznie nadciąga ulewa.

Deszcz jest intensywny, ale ciepły i przyjemny. Niestety droga z powrotem staje się bagienna, więc idziemy umazani błotem po same tyłki. Na przełęczy skręcamy na zielony szlak, który ma nas doprowadzić bezpośrednio do samochodu. Kawałek później przestaje padać i wychodzi słońce. Las zaczyna jeszcze intensywniej pachnieć. Ściągamy przemoczone kurtki ciesząc się promieniami wiosennego słońca. Dochodzimy do pierwszych zabudowań. Jest tak pięknie, że postanawiamy znów usiąść na chwilkę na ławeczce. Nie musimy się przecież nigdzie spieszyć. Bella z upodobaniem wcina sobie świeżą, mokrą trawę. Leon z kolei wygląda, jakby marzył o łóżeczku i kołderce 🙂

Naładowaliśmy nasze baterie słońcem, więc idziemy dalej. Do auta mamy jakieś 10 min drogi.

Szlak polecamy wszystkim, którzy szukają ciszy i spokoju. W weekend co prawda możecie natrafić na jakąś wycieczkę. My mijaliśmy jedną grupę ok 20 os. w drodze ze szczytu do schroniska. Później nie spotkaliśmy już nikogo aż do samego dołu. Myślę, że popularniejsze szlaki na Jałowiec wiodą z Zawoi.
Jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, będziecie z tej trasy zadowoleni, lecz jeśli macie ochotę na konkretną wyrypę, nic tu po Was 🙂
My postanowiliśmy powrócić w to miejsce zimą. Wyjazd pozwolił nam się wyluzować i dać siłę na przetrwanie kolejnego tygodnia.

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🙂