Góry Izerskie – 3 dni z plecakiem

Uff, ta wyprawa już za nami. Dziś spoglądam na nią mądrzejsza o to nowe, bądź co bądź, doświadczenie. Z perspektywy moich bąbli na stopach, co nieco bym zmieniła, ale niech będzie to lekcją na przyszłość. Tak czy siak, nawet za cenę piekącego bólu przy każdym kroku, naprawdę było warto.

Dlaczego wybraliśmy właśnie Góry Izerskie? 

Pomysłów na spędzenie przedłużonego weekendu mieliśmy od groma, ale ten jeden wydał się najrozsądniejszy.
Dlaczego?

  • Na weekend zapowiadali upały, a trasy w Izerach nie są ani trudne kondycyjnie, ani technicznie. Co ważne, w trakcie wędrówki można je kilka razy modyfikować, biorąc pod uwagę zasób swoich sił i możliwości.
  • Obczailiśmy fajny parking w czeskiej miejscowości Jizerka, Dało nam to możliwość odkrycia nowych szlaków w tych górach, co zdecydowanie mocno nas zmotywowało.
  • Bez problemu znaleźliśmy noclegi w schroniskach na trasie z naszymi Futrzakami. I to bez dodatkowych opłat!
  • Decydujący jednak okazał się fakt, że naprawdę dawno nas tu nie było. Ostatni raz mroźną zimą, jeszcze przed adopcją Belli. No przecież trzeba nadrobić zaległości 🙂

Co by tu spakować do plecaka? 

Dla mnie to swego rodzaju nowe przeżycie. Nie to, żebym nigdy dotychczas nie spała w schronisku 🙂 Kilka razy do roku robimy takie wypady, ale zwykle kończy się na jednej nocy i niewielkim bagażu. Tym razem jednak było inaczej. Plecak jakiś cięższy i w ogóle… 🙂

  • Po pierwsze ciuchów trzeba było trochę wziąć na zmianę. Bo upał, bo się spocę, bo w czymś trzeba spać, coś założyć wieczorem grubszego, no i obowiązkowo kurtka gdyby padało i sandały, żeby stopy odpoczęły.  Tym samym pakuję o kilka rzeczy za dużo, ale nie sposób wszystkiego przewidzieć, więc lepiej mieć, niż nie mieć. Biorę rzeczy, które mało ważą, więc w sumie wydaje się, że nie ma tragedii.
  • Żarcie. No to już jednak swoje waży. Przy wyjeździe na 1 noc jest tego znacznie mniej. Nawet nie sądziłam, że to może być aż taka różnica! Następnym razem ten element bagażu znacznie poprawię i wybiorę rzeczy o mniejszej wadze 🙂
  • Picie, termosy, czajnik turystyczny i inne takie pakuje Łukasz. Podobnie jak żarcie dla piesów. Ja biorę zapasowe smycze, paszporty, mapę, apteczkę i kosmetyki. Aha – jeszcze ładowarki, latarki, karty do gry wieczorami i inne takie cuda. No niby nic, ale jednak wszystko razem coś tam waży.
  • Śpiwory – kupiliśmy nowe, więc trzeba było je przetestować 🙂 No nic, że duże i ważą po prawie 2 kg, za to wygodne, cieplutkie i nie będzie trzeba za pościel w schronach dopłacać 🙂
  • Finalnie, nie wiem jak to się stało, ale mój plecak ważył jakieś 15 kg, a plecak Łukasza ponad 20 kg. No kurde! Przy 30 stopniach C to naprawdę spore obciążenie.

Tradycyjne przeboje na starcie. 

Wyjeżdżamy punkt 5 rano, planując dojazd na parking w  Jizerce w granicach godziny 10-tej. Tymczasem na szlaku meldujemy się dopiero o godzinie 12:20. Tym razem wszystko szło nie po naszej myśli.

  • Po pierwsze – korek przed bramkami na autostradzie we Wrocławiu przytrzymał nas na 30 min, ale jeszcze łudziliśmy się, że jakoś to nadrobimy 🙂
  • Po drugie – nawigacja spłatała nam psikusa i kierowała nas w zupełnie inne miejsce. Właśnie za to nie cierpię tego ustrojstwa. Tym sposobem straciliśmy kolejną godzinę na błądzeniu do celu 🙁
  • Po trzecie – na miejscu okazało się, że za parking można płacić tylko gotówką w parkomacie, a my oczywiście nie mieliśmy czeskich koron ze sobą. Przez najbliższe pół godziny sprzeczamy się czyja to wina, aż w końcu Łukasz pyta w pobliskiej gospodzie czy możemy zostawić auto na ich parkingu i zapłacić kartą. Facet się zgadza, więc problem się rozwiązał. Za dwie noce płacimy 200 kc. Wciąż tanio, choć nieco drożej jednak niż w parkomacie. Grunt, że bezpiecznie.  Dajemy sobie buziaka na zgodę i już na luzie ruszamy w drogę 🙂

Komu w drogę, temu czas! 

Pierwsza część naszej trasy to znakowany na czerwono odcinek od parkingu Pod Bukovcem do węzła Předěl o długości 11 km.  Początkowo mijamy zabudowania osady Jizerka, a szlak wiedzie asfaltem. Po drodze Futrzaki urządzają sobie kąpiel w rzeczce 🙂 Póki co jest naprawdę przyjemnie 🙂

Troszkę powyżej tej sielskiej mieściny asfalt wiedzie nas pod górę w las. Kurde, ciepło i ciężko. Idziemy żółwim tempem, musimy się jakoś rozruszać. Psy mają stan przedzawałowy, więc co chwilę robimy krótkie odsapki. Na szczęście kawałek dalej ścieżka odbija w lewo i dalsza część szlaku prowadzi leśnym duktem na przemian z kładkami nad torfowiskiem. Płasko i przyjemnie. Nawet z ciężkim plecakiem do przejścia na lajcie 🙂 Dla piesków dodatkowy bonus w postaci częstej możliwości chłodzenia podwozia . Wszyscy są szczęśliwi.

Po drodze mijamy kilka ciekawych miejsc, a najfajniejsze jest okienko skalne w pobliżu Pytláckych kameny. Ciężko było zmieścić się z plecakiem 😉

Robimy sobie też krótką przerwę w rezerwacie Černá jezírka. Niepowtarzalny klimat tego miejsca kusi, by na chwilkę się tu zatrzymać. Dla psiaków to prawdziwy raj na ziemi. Mają lepiej niż w SPA 😉

Upiorne podejście na Smrk

Dochodzimy na Předěl. To nic innego jak węzeł szlaków przy asfaltowej drodze rowerowej. Stąd odbija niebieski szlak na Smrk (1124 m n.p.m.) , który wiedzie troszkę na około przez skalny punkt widokowy Paličník. Oceniamy czas i nasze możliwości w ten upalny dzień, po czym z wielkim żalem wybieramy krótszy wariant trasy. Będzie tu przynajmniej po co wrócić, bo Paličník zdecydowanie jest wart odwiedzenia 🙂

Jeszcze wtedy nie wiem, że to prawdopodobnie ta decyzja zaważyła o dalszych losach tego wyjazdu. Wybrany przez nas krótszy wariant trasy, przez pierwsze 2 km prowadzi lekko w dół asfaltową drogą. Przez pół godziny takiego dreptania dosłownie zdarłam podeszwy w butach i nabawiłam się ogromnych pęcherzy na stopach. Od tego momentu każdy krok wiązał się z ogromnym bólem. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że wzięłam ze sobą najwygodniejsze, ale nieco już zużyte buty, zamiast tych najbardziej wytrzymałych. Mój błąd i nauczka na przyszłość. Nie wiem jak to się stało, że nie przewidziałam takiego finału.

Leonek i Bella w nosie mieli moje cierpienie. Z ich perspektywy, wybór tej trasy był jak najbardziej trafiony, bo po drodze znów były okazje do zamoczenia futerka 🙂

Asfalt w pewnym momencie przecina wspomniany już wyżej niebieski szlak na szczyt Smrk-a. Wspinaczka nim okazała się niezwykle mozolna. Co kilka kroków odsapka na kamieniu. W normalnych warunkach pewnie ta trasa nie zrobiłaby na mnie większego wrażenia, ale jest tak parno i duszno, że czuję się wycieńczona. Do tego ten piekielnie ciężki plecak i bolące stopy. Droga rzez mękę, dosłownie. Futrzaki idą grzecznie przy nodze, wydaje się, że na nich ta wspinaczka nie robi większego wrażenia. Na szczęście czym bliżej szczytu, tym szlak się bardziej spłaszcza i ponownie prowadzi po przyjemnych kładkach. No, teraz to już na luzie – dam radę.

Smrk - Schronisko na Stogu Izerskim. 

Żeby nie było tak kolorowo, pojawiają się nad nami czarne chmury, a w powietrzu czuć solidną burzę. Kto mnie zna, ten wie, że to dla mnie największa motywacja do podkręcenia tempa. Rekordu z uwagi na kondycję moich stóp nie pobiłam, ale na pewno był to jeden z najlepszych czasów przejścia w mojej historii.  Nie zatrzymujemy się nawet na Smrk-u, gdzie stoi bardzo fajna wieża widokowa. Robimy tylko szybkie zdjęcia i spadamy. Pomruki burzy słuchać z dwóch stron, nieźle się nad nami kotłuje. Dopiero widok schroniska sprawia, że się uspokajam. Jesteśmy dosłownie minutę przed burzą. Tym razem mieliśmy farta 🙂

Nocleg to koszt 50 zł/os, pieski przyjmowane są bez dopłat. Bez problemu można z nimi wejść również do sali restauracyjnej. Mają tu smaczne lane piwko w cenie 7 zł/0,5 l. i naprawdę niezły bigos. Warunki też całkiem względne, brakuje jedynie kontaktów w pokoju by podładować sprzęt. Najważniejsze, że jest czysto, wybrzydzać nie będziemy.

Po zmroku wychodzimy z Futrzakami na szybkie siku. Widok jest naprawdę piękny, więc cykamy kilka fotek. Na żywo było ładniej, naprawdę.

Dzień drugi - na Halę Izerską. 

Wstajemy rano po smacznie przespanej nocy w nowych śpiworkach. Pal sześć, że trzeba było je tu wnieść, naprawdę było warto 🙂 Dzięki temu zaoszczędziliśmy też 24 zł na dwóch kompletach pościeli. No kurde, grosz do grosza, a ponoć będzie kokosza 🙂

Pijemy szybką kawę i o dziewiątej zbieramy się do dalszej drogi. Kursuje już kolejka gondolowa, więc plącze się za dużo jak na nasz gust ludzi. Na pożegnanie robimy jeszcze tylko sesję zdjęciową z tarasu pod schroniskiem i lecimy dalej.

Niestety moje pęcherze nie zeszły w jakiś cudowny sposób podczas nocy. Dalej boli jak cholera, ale łudzę się, że może to jakoś rozchodzę. Całe szczęście, że chociaż nie jest tak ciepło jak wczoraj.

Ruszamy żółtym szlakiem na Halę Izerską. Drogowskaz wskazuje 2 godz 15 min drogi do położonej na Hali Chatki Górzystów. Moim żółwim tempem wyszło tym razem nieco więcej. Tym bardziej, że po drodze łapie nas przyjemny letni deszcz, który był świetnym pretekstem do odpoczynku w zadaszonej wiacie.

Dalsza droga przebiega już w słoneczku po w miarę płaskim terenie. Dotychczas było pusto, ale w okolicy Hali Izerskiej, gdzie łączą się szlaki turystyczne i stoi przyjemne schronisko, ludzi jest dość sporo. Postanawiamy zrobić sobie krótki popas na trawce, by dać moim stopom odpocząć. Nasze Futrzaki stanowią tu prawdziwą atrakcję dla innych turystów. Wszyscy reagują bardzo życzliwie.

Hala Izerska - Stacja Turystyczna Orle

Ostatnia godzinka do naszego dzisiejszego celu. Droga jest płaska, więc zmieniam turystyczne buty na sandały, w nadziei, że będzie mniej bolało 😀 Wyglądam jak typowa Grażyna, bo zestawiłam je, jakże stylowo, ze skarpetami 😀 No trudno, tu nie moda się liczy, a wygoda. Łukasz idzie kilka metrów przede mną, chyba nie chce się do mnie przyznawać. Na jego nieszczęście mamy takie same psy, które ewidentnie zdradzają, że jesteśmy razem 😀

Pół godziny później zaczyna padać. W sandałach niezbyt komfortowo szło by się w deszczu, ale właśnie zbliżamy się do turystycznej wiaty, więc postanawiamy na chwilkę przysiąść i przeczekać. Miejsce okazuje się genialne do spania na dziko. Do tego stopnia, że mamy ochotę olać nocleg w schronisku i tu zostać, ale wizja zimnego piwa skutecznie nas tym razem odwiodła od tego pomysłu

Pół godziny później przestaje padać, więc ruszamy dalej. Zostało nam tylko jakieś 20 min dreptania i będziemy na miejscu. Stację Turystyczną Orle odwiedzamy dopiero drugi raz w życiu. Noclegi mamy w starym budynku, więc jest troszkę taniej – 35 zł/os, pieski gratis. Warunki dość nieciekawe, głównie ze względu na wszechobecny brud, ale jedną noc jakoś wytrzymamy. W duchu cieszę się, że nie wypożyczamy tu pościeli (dodatkowe 8 zł/os) tylko mamy własny śpiwór.

Wszystko rekompensuje sielski odpoczynek w okolicy schroniska. Relaks na leżakach, cisza i spokój, pyszna grochówka (serio!) i zimne piwo. Obsługa zza wschodniej granicy też bardzo uprzejma, więc mimo drobnych niedogodności naprawdę z czystym sumieniem polecamy to miejsce. Istnieje tu też możliwość dojazdu samochodem z Jakuszyc i rozbicia namiotu na polanie. Całkiem fajna alternatywa.

Dzień trzeci - ostatni :( 

Nadszedł dzień powrotu. Poprzedniego wieczora przebiłam bąble na stopach, ale niestety wcale nie jest lepiej. Na szczęście do przejścia mamy tylko jakieś 5 km do Jizerki. Ruszamy zielonym szlakiem do granicy z Czechami, którą stanowi Karlovsky Most. Stamtąd skręcamy na żółty szlak, który zaprowadzi nas już prosto do samochodu.

Całość naszego pobytu w Izerach, od wyjścia z parkingu do powrotu do auta, to niespełna 48 godzin. W tym czasie przeszliśmy prawie 40 km. Żaden wyczyn, tym bardziej, że trasa głównie wiedzie po w miarę płaskim terenie. Gdyby nie upał i te piekielne bąble na podeszwach stóp, spokojnie można by ją wydłużyć, co też w przyszłości mamy w planie uczynić 🙂 Miejsca przez nas odwiedzone są w 100% psiolubne, a sama trasa dla Futrzaków nie stanowiła najmniejszego problemu.

No to co, kiedy ruszacie w drogę? 

Tylko pamiętajcie – rozsądnie wybierzcie buty 😀

Do zobaczenia na szlaku!

 

Tatrzańska Osterwa na czterech łapach 🐾 🐾

Od Tatrzańskiej Polanki do Popradzkiego Plesa
- subiektywny opis trasy :)

Wiecie co jest najgorsze w takiej wyprawie? Zdecydowanie budzik. Dzwoni o wpół do pierwszej w nocy i wyrywa nas ze smacznego,  ledwo co rozpoczętego snu. Horror dosłownie. Nawet Futrzaki nie chcą się dobrowolnie zwlec z łóżka o tej porze. Na szczęście prawie wszystko mamy już przygotowane. Zostaje nam tylko napełnić termosy, zrobić kawę na drogę i ruszamy.

O 1:00 siedzimy już w samochodzie, łudząc się, że kawa nas obudzi 😅 No mnie choć trochę musi, bo prowadzę, ale na Łukasza kofeina tradycyjnie nie działa. Zaraz po wypiciu kawy zasypia. Psy też mają w nosie całą tą wyprawę, od razu kładą się spać na tylnej kanapie. No trudno – nie będzie z kim pogadać po drodze, więc włączam głośniej radio. Jak zacznę śpiewać to się obudzę i jakoś dojedziemy 🙂

Cel : Tatrzańska Polanka 

Przed nami jakieś 190 km. drogi, wg. mapy jakieś 3 godz i 45 min. jazdy. Uwzględniając krótki postój na siku, powinniśmy dojechać na 5:00 rano. Damy radę, nie pierwszy i nie ostatni raz 🙂

Tatrzańska Polanka to niewielka, uzdrowiskowa miejscowość, położona u stóp najwyższego tatrzańskiego szczytu – Gerlachu – 2655 m n.p.m. Wiele osób obiera sobie ją za start, planując wyprawę na Polski Grzebień, Małą Wysoką czy właśnie na wspomniany Gerlach. Łatwo tu trafić, gdyż położona jest bezpośrednio przy tzw. Drodze Wolności, która łączy ze sobą podtatrzańskie miejscowości na Słowacji. Równolegle do drogi samochodowej biegną tory kolei elektrycznej, czyli sławnej „elektriczki”, która w Tatrzańskiej Polance ma jedną ze swoich stacji.

Na miejsce dojeżdżamy zgodnie z planem ok. 5 rano. O tej porze jeszcze znajdujemy wolne, bezpłatne miejsce postojowe. Parkujemy auto obok stacji „elektriczki”, po czym wychodzimy z samochodu i uderza nas przejmujący chłód. Jest 5 dzień lipca, a na dworze tylko 4 stopnie. W sumie nie ma się co dziwić, w końcu miejscowość, w której jesteśmy, leży na wysokości ponad 1000 m n.p.m. No nic, ubieramy kurtki i w drogę 😜 Żwawy marsz jakoś nas rozgrzeje.

Zielonym szlakiem do schroniska "Śląski Dom" 

Z Tatrzańskiej Polanki tylko jeden szlak wyprowadza nas w góry – nie da się tu zgubić. Trasa, którą idziemy, kilkakrotnie przecina asfaltową drogę dojazdową do schroniska. Nieco wyżej łączy się z Potokiem Wielickim, wzdłuż którego dojdziemy bezpośrednio do Wielickiego Stawu  i położonego nad nim dużego hotelu  o nazwie „Śląski Dom” (1667 m n.p.m.). Miejsce to jest przyjazne czworonogom, ale w naszym odczuciu drogie. Link do obiektu na booking.com macie tutaj.

Piesze przejście tego fragmentu szlaku trwa ok. 2 godziny. Nie napotkacie tu żadnych technicznych trudności. Do pokonania jest jednak ponad 650 metrów przewyższenia, więc u osób ze słabszą kondycją możliwa jest niewielka zadyszka 🙂 Pieski idą żwawo, jeszcze nie ma zapowiadanego upału, więc nie mają najmniejszego problemu z pokonaniem tej trasy na czterech łapkach 🐾🐾

Otoczenie Wielickiego Stawu naprawdę robi wrażenie. Bliskość wysokich, tatrzańskich szczytów i spokój o tej godzinie sprawiają, że decydujemy się na dłuższy odpoczynek, połączony ze śniadaniem nad brzegiem stawu. Ciszę kilka razy przecina jedynie helikopter, który prowadzi akurat akcję ratunkową w masywie Gerlachu.


Tatrzańską Magistralą do Batyżowieckiego Stawu

Kolejny odcinek trasy prowadzi głównym tatrzańskim szlakiem po słowackiej stronie Tatr – tzw. magistralą. Droga wiedzie głównie po dużych skalnych płytach i głazach, ale dla naszych czworonogów nie stanowi żadnego technicznego problemu. Za nami otwiera się widok na Sławkowski Szczyt, a po lewej stronie na Kotlinę Popradzką. Przejście tego odcinka szlaku trwa około 1 godz. Robi się ciepło, gdyż cały czas idziemy południowym, nasłonecznionym zboczem. W upalne dni może być to prawdziwa droga przez mękę dla czworonogów, ale dziś przyjemnie wieje wiatr, więc nie mamy trudności z pokonaniem tej trasy. W połowie drogi robimy tylko małą przerwę na uzupełnienie płynów.

Batyżowiecki Staw położony jest na wysokości 1884 m n.p.m. Powyżej lustra wody wznoszą się potężne tatrzańskie szczyty, w tym masyw „króla Tatr” – Gerlacha. Otoczenie skalistych szczytów robi na nas ogromne wrażenie, więc robimy w tym miejscu kolejną dłuższą przerwę. Uwierzcie mi, że wiele pięknych miejsc w Tatrach już widzieliśmy, ale cisza i spokój tego miejsca naprawdę hipnotyzują na całego. Żal było stamtąd odchodzić.

 

Najwyższy punkt programu: Przełęcz pod Osterwą.

Po długim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Trasa nadal wiedzie wzdłuż znakowanej na czerwono magistrali. Do przełęczy pod Osterwą mamy jakieś 1,5 godziny drogi. Pogoda jest piękna, a my właściwie nie mamy się gdzie spieszyć, więc idziemy powoli, delektując się widokami i ciesząc się słońcem. Wciąż wieje przyjemny wiatr. Na tej wysokości, szczęśliwie, nie ma zapowiadanego na ten dzień upału. Co jakiś czas robimy krótki postój na uzupełnienie płynów. Na szlak zawsze zabieramy ogromne ilości wody, zarówno dla siebie jak i dla psów. Plecaki początkowo naprawdę sporo ważą, ale w miarę pokonywania trasy pozbywamy się tego balastu i na plecach robi się znacznie lżej 🙂

Czym bliżej przełęczy, tym ciekawszy widok otwiera się na wprost nas, co bardzo motywuje do podkręcenia tempa. Po lewej stronie widzimy Szczyrbskie Jezioro i znany nam już szczyt Skrajnego Soliska (2093 m n.p.m.) Byliśmy tam rok temu, w trakcie mglistej i jeszcze zimowej pogody, jaka trafiła się nam w długi majowy weekend. Może kiedyś wrócimy tam w przyjemniejszych warunkach?

Jesteśmy na Przełęczy pod Osterwą (1966 m n.p.m), a wraz z nami dziesiątki innych turystów. Ludzie wchodzą tu całymi rodzinami trasą znad Popradzkiego Stawu, bo jest prosta i stosunkowo krótka. Nie jest łatwo o znalezienie ustronnego miejsca, ale udaje się. We znaki powoli daje się nam zmęczenie. Wstaliśmy przecież w środku nocy, by tu przyjechać. W planie co prawda było jeszcze zdobycie pobliskiej Tępej (2284 m n.p.m.), na którą nie prowadzi znakowany szlak turystyczny, ale mimo to chodzą tam całe rzesze turystów. Lenistwo wzięło tym razem górę i zamiast tego na przełęczy ucinamy sobie dłuuugą drzemkę 🙂

Budzi nas szczekanie psów. Podbiegł do nas jakiś „Kajtek”, z którym niekoniecznie nasze Futrzaki miały ochotę się zaprzyjaźniać. Awantura gotowa. W takich zatłoczonych miejscach zdecydowanie trzymamy psy na smyczy! Zresztą na terenie Parku Narodowego nigdzie nie puszczamy psów luzem. O tym mówią przepisy, a ich łamanie grozi mandatem! Pamiętajmy też o tym, że dotychczas Tatry słowackie pozostają otwarte dla czworonogów, ale czym więcej przypadków łamania regulaminu zostanie odnotowanych, tym szybciej może się to zmienić. Już w tym roku istniał projekt, w znacznym stopniu ograniczający wędrówki z czworonogiem u boku. Dotychczas nie został on wprowadzony w życie. Niewątpliwie do tego tematu będzie się jednak w przyszłości powracać, a postawa właścicieli psów i respektowanie przepisów będą miały tutaj kluczowe znaczenie.

Zakosami w dół, nad Popradzki Staw. 

Ostatnie spojrzenie z przełęczy na otaczającą nas panoramę. Widać stąd między innymi Rysy, Wysoką i Koprowy Wierch, a poniżej lustro wody Popradzkiego Stawu (1494 m n.p.m.) wraz z dużym schroniskiem przy brzegu. Miejsce to również akceptuje czworonogi, dla zainteresowanych wklejam link do obiektu. 

Zejście nad staw jest mega upierdliwe. Po pierwsze trochę strome, ale przede wszystkim nie możemy się pozbyć wrażenia, że ta droga nie ma końca. Jest niezwykle monotonna, przez co wydaje się nam, że idziemy bardzo długo. Dojście do schroniska zajmuje tymczasem niespełna 40 minut.

Upał! Wyżej cudownie wiał wiatr, tutaj rozpływamy się z gorąca. Ludzi jak mrówek, ciężko znaleźć wolne miejsce. Jesteśmy tak spragnieni, że ustawiamy się w kolejce po zimne piwo. Dla mnie radler, te 2% wypocę przecież zanim wrócimy do samochodu, dla Łukasza zimny Kelcik ❤ Pieski wypijają po miseczce wody i zasypiają pod stolikiem. Oprócz Belli i Leonka jest tu masa innych czworonogów, ale nikt nikomu nie wchodzi w drogę 🙂

Piekielnym asfaltem do "elektriczki" 

Tak, to zdecydowanie najbardziej znienawidzona przez nas część trasy. Droga wiedzie rozgrzanym asfaltem wśród dużej ilości turystów. Na szczęście to ostatnia prosta, a trasa trwa tylko godzinę. Tłum turystów na Słowacji to też nie to samo, co np. tłum w drodze nad Morskie Oko. Ludzi jest naprawdę dużo, ale mimo to jest znacznie luźniej. No i jakoś kulturalniej niż w Polsce. U nas ludzie słuchają głośno muzyki i drą się wniebogłosy. Nie żeby tu panowała cisza, ale jednak jest jakoś spokojniej.

Dochodzimy do stacji „elektriczki” Popradskie Pleso. Siadamy w cieniu i oczekujemy na pociąg. Wagoniki w sezonie jeżdżą mocno zapchane, ale dla nas to jedyna opcja powrotu do samochodu. Bez problemu wejdziecie do środka z pieskiem. Kagańce mieliśmy przygotowane i przypięte do obroży, ale nie zakładaliśmy psiakom z uwagi na upalny dzień. Bilety kupujemy poprzez wysłanie sms-a. Nr telefonu i treść wiadomości jaką należy wysłać, znajdziecie na każdej stacji jak i w wewnątrz pociągu. Kiedyś jednak, z duszą na ramieniu, przejechaliśmy na gapę, bo z uwagi na problem z roomingiem nie udało się nam wysłać sms-a i otrzymać biletu. Całe szczęście tym razem obyło się bez takich problemów. Nasze Futrzaki w pociągu były niemałą atrakcją dla turystów. Zmęczone, poszły grzecznie spać, wzbudzając szerokie uśmiechy na twarzach pozostałych towarzyszy podróży.

Z „elektriczki” wysiadamy na stacji Tatrzańska Polanka i zmierzamy prosto do auta. Żegnamy się z Tatrami. To był wspaniały, pełen wrażeń dzień dla naszej czwórki ❤❤❤❤🐾🐾🐾🐾

A za co tak właściwie kochamy słowackie Tatry? 
  1. Wiele już gór widzieliśmy, ale piękniejszych od Tatr jeszcze nie trafiliśmy. W Polsce leży tylko nieco ponad 22% tego pasma, pozostałe 78% leży po stronie słowackiej. Jest gdzie pochodzić.
  2. Od Tatr Bielskich, po Wysokie, a kończąc na Zachodnich – wszędzie jest pięknie. Różnorodność szlaków jest ogromna – każdy znajdzie tu coś dla siebie.
  3. Z uwagi na większą powierzchnię Tatr po słowackiej stronie, turyści jakoś rozpraszają się po różnych szlakach i dzięki temu jest trochę mniej tłoczno niż w Polsce. Pomiędzy bajki możecie jednak włożyć teksty, że na Słowacji szlaki są puste. Te najbardziej popularne są pełne turystów, choć mimo wszystko jakoś mniej zakorkowane.
  4. Niemal wszędzie można wejść z psem. Istniał co prawda projekt nowego regulaminu, który miałby ograniczyć wstęp ze zwierzętami, jednak Słowacy wycofali się póki co z tego pomysłu.
  5. Jest naprawdę blisko ❤ Z Tychów często wyruszamy na jednodniowe wyprawy – to naprawdę jest wykonalne.
  6. Brak opłat za wstęp do Parku Narodowego. W zamian za to warto się ubezpieczyć, gdyż za ewentualną akcję ratunkową zapewne zostanie wystawiony niemały rachunek. W niektórych miejscach znajdziecie też bezpłatne parkingi, ale większość to koszt 5 – 7 euro za dzień postoju.
To co, kiedy ruszacie na wycieczkę? 

Dajcie znać, jeśli nasza wyprawa okaże się dla Was inspiracją na kolejny górski wypad 🙂

My szykujemy już plecaki do kolejnych podróży!

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🐾🐾🐾🐾