Góry Izerskie – 3 dni z plecakiem

Uff, ta wyprawa już za nami. Dziś spoglądam na nią mądrzejsza o to nowe, bądź co bądź, doświadczenie. Z perspektywy moich bąbli na stopach, co nieco bym zmieniła, ale niech będzie to lekcją na przyszłość. Tak czy siak, nawet za cenę piekącego bólu przy każdym kroku, naprawdę było warto.

Dlaczego wybraliśmy właśnie Góry Izerskie? 

Pomysłów na spędzenie przedłużonego weekendu mieliśmy od groma, ale ten jeden wydał się najrozsądniejszy.
Dlaczego?

  • Na weekend zapowiadali upały, a trasy w Izerach nie są ani trudne kondycyjnie, ani technicznie. Co ważne, w trakcie wędrówki można je kilka razy modyfikować, biorąc pod uwagę zasób swoich sił i możliwości.
  • Obczailiśmy fajny parking w czeskiej miejscowości Jizerka, Dało nam to możliwość odkrycia nowych szlaków w tych górach, co zdecydowanie mocno nas zmotywowało.
  • Bez problemu znaleźliśmy noclegi w schroniskach na trasie z naszymi Futrzakami. I to bez dodatkowych opłat!
  • Decydujący jednak okazał się fakt, że naprawdę dawno nas tu nie było. Ostatni raz mroźną zimą, jeszcze przed adopcją Belli. No przecież trzeba nadrobić zaległości 🙂

Co by tu spakować do plecaka? 

Dla mnie to swego rodzaju nowe przeżycie. Nie to, żebym nigdy dotychczas nie spała w schronisku 🙂 Kilka razy do roku robimy takie wypady, ale zwykle kończy się na jednej nocy i niewielkim bagażu. Tym razem jednak było inaczej. Plecak jakiś cięższy i w ogóle… 🙂

  • Po pierwsze ciuchów trzeba było trochę wziąć na zmianę. Bo upał, bo się spocę, bo w czymś trzeba spać, coś założyć wieczorem grubszego, no i obowiązkowo kurtka gdyby padało i sandały, żeby stopy odpoczęły.  Tym samym pakuję o kilka rzeczy za dużo, ale nie sposób wszystkiego przewidzieć, więc lepiej mieć, niż nie mieć. Biorę rzeczy, które mało ważą, więc w sumie wydaje się, że nie ma tragedii.
  • Żarcie. No to już jednak swoje waży. Przy wyjeździe na 1 noc jest tego znacznie mniej. Nawet nie sądziłam, że to może być aż taka różnica! Następnym razem ten element bagażu znacznie poprawię i wybiorę rzeczy o mniejszej wadze 🙂
  • Picie, termosy, czajnik turystyczny i inne takie pakuje Łukasz. Podobnie jak żarcie dla piesów. Ja biorę zapasowe smycze, paszporty, mapę, apteczkę i kosmetyki. Aha – jeszcze ładowarki, latarki, karty do gry wieczorami i inne takie cuda. No niby nic, ale jednak wszystko razem coś tam waży.
  • Śpiwory – kupiliśmy nowe, więc trzeba było je przetestować 🙂 No nic, że duże i ważą po prawie 2 kg, za to wygodne, cieplutkie i nie będzie trzeba za pościel w schronach dopłacać 🙂
  • Finalnie, nie wiem jak to się stało, ale mój plecak ważył jakieś 15 kg, a plecak Łukasza ponad 20 kg. No kurde! Przy 30 stopniach C to naprawdę spore obciążenie.

Tradycyjne przeboje na starcie. 

Wyjeżdżamy punkt 5 rano, planując dojazd na parking w  Jizerce w granicach godziny 10-tej. Tymczasem na szlaku meldujemy się dopiero o godzinie 12:20. Tym razem wszystko szło nie po naszej myśli.

  • Po pierwsze – korek przed bramkami na autostradzie we Wrocławiu przytrzymał nas na 30 min, ale jeszcze łudziliśmy się, że jakoś to nadrobimy 🙂
  • Po drugie – nawigacja spłatała nam psikusa i kierowała nas w zupełnie inne miejsce. Właśnie za to nie cierpię tego ustrojstwa. Tym sposobem straciliśmy kolejną godzinę na błądzeniu do celu 🙁
  • Po trzecie – na miejscu okazało się, że za parking można płacić tylko gotówką w parkomacie, a my oczywiście nie mieliśmy czeskich koron ze sobą. Przez najbliższe pół godziny sprzeczamy się czyja to wina, aż w końcu Łukasz pyta w pobliskiej gospodzie czy możemy zostawić auto na ich parkingu i zapłacić kartą. Facet się zgadza, więc problem się rozwiązał. Za dwie noce płacimy 200 kc. Wciąż tanio, choć nieco drożej jednak niż w parkomacie. Grunt, że bezpiecznie.  Dajemy sobie buziaka na zgodę i już na luzie ruszamy w drogę 🙂

Komu w drogę, temu czas! 

Pierwsza część naszej trasy to znakowany na czerwono odcinek od parkingu Pod Bukovcem do węzła Předěl o długości 11 km.  Początkowo mijamy zabudowania osady Jizerka, a szlak wiedzie asfaltem. Po drodze Futrzaki urządzają sobie kąpiel w rzeczce 🙂 Póki co jest naprawdę przyjemnie 🙂

Troszkę powyżej tej sielskiej mieściny asfalt wiedzie nas pod górę w las. Kurde, ciepło i ciężko. Idziemy żółwim tempem, musimy się jakoś rozruszać. Psy mają stan przedzawałowy, więc co chwilę robimy krótkie odsapki. Na szczęście kawałek dalej ścieżka odbija w lewo i dalsza część szlaku prowadzi leśnym duktem na przemian z kładkami nad torfowiskiem. Płasko i przyjemnie. Nawet z ciężkim plecakiem do przejścia na lajcie 🙂 Dla piesków dodatkowy bonus w postaci częstej możliwości chłodzenia podwozia . Wszyscy są szczęśliwi.

Po drodze mijamy kilka ciekawych miejsc, a najfajniejsze jest okienko skalne w pobliżu Pytláckych kameny. Ciężko było zmieścić się z plecakiem 😉

Robimy sobie też krótką przerwę w rezerwacie Černá jezírka. Niepowtarzalny klimat tego miejsca kusi, by na chwilkę się tu zatrzymać. Dla psiaków to prawdziwy raj na ziemi. Mają lepiej niż w SPA 😉

Upiorne podejście na Smrk

Dochodzimy na Předěl. To nic innego jak węzeł szlaków przy asfaltowej drodze rowerowej. Stąd odbija niebieski szlak na Smrk (1124 m n.p.m.) , który wiedzie troszkę na około przez skalny punkt widokowy Paličník. Oceniamy czas i nasze możliwości w ten upalny dzień, po czym z wielkim żalem wybieramy krótszy wariant trasy. Będzie tu przynajmniej po co wrócić, bo Paličník zdecydowanie jest wart odwiedzenia 🙂

Jeszcze wtedy nie wiem, że to prawdopodobnie ta decyzja zaważyła o dalszych losach tego wyjazdu. Wybrany przez nas krótszy wariant trasy, przez pierwsze 2 km prowadzi lekko w dół asfaltową drogą. Przez pół godziny takiego dreptania dosłownie zdarłam podeszwy w butach i nabawiłam się ogromnych pęcherzy na stopach. Od tego momentu każdy krok wiązał się z ogromnym bólem. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że wzięłam ze sobą najwygodniejsze, ale nieco już zużyte buty, zamiast tych najbardziej wytrzymałych. Mój błąd i nauczka na przyszłość. Nie wiem jak to się stało, że nie przewidziałam takiego finału.

Leonek i Bella w nosie mieli moje cierpienie. Z ich perspektywy, wybór tej trasy był jak najbardziej trafiony, bo po drodze znów były okazje do zamoczenia futerka 🙂

Asfalt w pewnym momencie przecina wspomniany już wyżej niebieski szlak na szczyt Smrk-a. Wspinaczka nim okazała się niezwykle mozolna. Co kilka kroków odsapka na kamieniu. W normalnych warunkach pewnie ta trasa nie zrobiłaby na mnie większego wrażenia, ale jest tak parno i duszno, że czuję się wycieńczona. Do tego ten piekielnie ciężki plecak i bolące stopy. Droga rzez mękę, dosłownie. Futrzaki idą grzecznie przy nodze, wydaje się, że na nich ta wspinaczka nie robi większego wrażenia. Na szczęście czym bliżej szczytu, tym szlak się bardziej spłaszcza i ponownie prowadzi po przyjemnych kładkach. No, teraz to już na luzie – dam radę.

Smrk - Schronisko na Stogu Izerskim. 

Żeby nie było tak kolorowo, pojawiają się nad nami czarne chmury, a w powietrzu czuć solidną burzę. Kto mnie zna, ten wie, że to dla mnie największa motywacja do podkręcenia tempa. Rekordu z uwagi na kondycję moich stóp nie pobiłam, ale na pewno był to jeden z najlepszych czasów przejścia w mojej historii.  Nie zatrzymujemy się nawet na Smrk-u, gdzie stoi bardzo fajna wieża widokowa. Robimy tylko szybkie zdjęcia i spadamy. Pomruki burzy słuchać z dwóch stron, nieźle się nad nami kotłuje. Dopiero widok schroniska sprawia, że się uspokajam. Jesteśmy dosłownie minutę przed burzą. Tym razem mieliśmy farta 🙂

Nocleg to koszt 50 zł/os, pieski przyjmowane są bez dopłat. Bez problemu można z nimi wejść również do sali restauracyjnej. Mają tu smaczne lane piwko w cenie 7 zł/0,5 l. i naprawdę niezły bigos. Warunki też całkiem względne, brakuje jedynie kontaktów w pokoju by podładować sprzęt. Najważniejsze, że jest czysto, wybrzydzać nie będziemy.

Po zmroku wychodzimy z Futrzakami na szybkie siku. Widok jest naprawdę piękny, więc cykamy kilka fotek. Na żywo było ładniej, naprawdę.

Dzień drugi - na Halę Izerską. 

Wstajemy rano po smacznie przespanej nocy w nowych śpiworkach. Pal sześć, że trzeba było je tu wnieść, naprawdę było warto 🙂 Dzięki temu zaoszczędziliśmy też 24 zł na dwóch kompletach pościeli. No kurde, grosz do grosza, a ponoć będzie kokosza 🙂

Pijemy szybką kawę i o dziewiątej zbieramy się do dalszej drogi. Kursuje już kolejka gondolowa, więc plącze się za dużo jak na nasz gust ludzi. Na pożegnanie robimy jeszcze tylko sesję zdjęciową z tarasu pod schroniskiem i lecimy dalej.

Niestety moje pęcherze nie zeszły w jakiś cudowny sposób podczas nocy. Dalej boli jak cholera, ale łudzę się, że może to jakoś rozchodzę. Całe szczęście, że chociaż nie jest tak ciepło jak wczoraj.

Ruszamy żółtym szlakiem na Halę Izerską. Drogowskaz wskazuje 2 godz 15 min drogi do położonej na Hali Chatki Górzystów. Moim żółwim tempem wyszło tym razem nieco więcej. Tym bardziej, że po drodze łapie nas przyjemny letni deszcz, który był świetnym pretekstem do odpoczynku w zadaszonej wiacie.

Dalsza droga przebiega już w słoneczku po w miarę płaskim terenie. Dotychczas było pusto, ale w okolicy Hali Izerskiej, gdzie łączą się szlaki turystyczne i stoi przyjemne schronisko, ludzi jest dość sporo. Postanawiamy zrobić sobie krótki popas na trawce, by dać moim stopom odpocząć. Nasze Futrzaki stanowią tu prawdziwą atrakcję dla innych turystów. Wszyscy reagują bardzo życzliwie.

Hala Izerska - Stacja Turystyczna Orle

Ostatnia godzinka do naszego dzisiejszego celu. Droga jest płaska, więc zmieniam turystyczne buty na sandały, w nadziei, że będzie mniej bolało 😀 Wyglądam jak typowa Grażyna, bo zestawiłam je, jakże stylowo, ze skarpetami 😀 No trudno, tu nie moda się liczy, a wygoda. Łukasz idzie kilka metrów przede mną, chyba nie chce się do mnie przyznawać. Na jego nieszczęście mamy takie same psy, które ewidentnie zdradzają, że jesteśmy razem 😀

Pół godziny później zaczyna padać. W sandałach niezbyt komfortowo szło by się w deszczu, ale właśnie zbliżamy się do turystycznej wiaty, więc postanawiamy na chwilkę przysiąść i przeczekać. Miejsce okazuje się genialne do spania na dziko. Do tego stopnia, że mamy ochotę olać nocleg w schronisku i tu zostać, ale wizja zimnego piwa skutecznie nas tym razem odwiodła od tego pomysłu

Pół godziny później przestaje padać, więc ruszamy dalej. Zostało nam tylko jakieś 20 min dreptania i będziemy na miejscu. Stację Turystyczną Orle odwiedzamy dopiero drugi raz w życiu. Noclegi mamy w starym budynku, więc jest troszkę taniej – 35 zł/os, pieski gratis. Warunki dość nieciekawe, głównie ze względu na wszechobecny brud, ale jedną noc jakoś wytrzymamy. W duchu cieszę się, że nie wypożyczamy tu pościeli (dodatkowe 8 zł/os) tylko mamy własny śpiwór.

Wszystko rekompensuje sielski odpoczynek w okolicy schroniska. Relaks na leżakach, cisza i spokój, pyszna grochówka (serio!) i zimne piwo. Obsługa zza wschodniej granicy też bardzo uprzejma, więc mimo drobnych niedogodności naprawdę z czystym sumieniem polecamy to miejsce. Istnieje tu też możliwość dojazdu samochodem z Jakuszyc i rozbicia namiotu na polanie. Całkiem fajna alternatywa.

Dzień trzeci - ostatni :( 

Nadszedł dzień powrotu. Poprzedniego wieczora przebiłam bąble na stopach, ale niestety wcale nie jest lepiej. Na szczęście do przejścia mamy tylko jakieś 5 km do Jizerki. Ruszamy zielonym szlakiem do granicy z Czechami, którą stanowi Karlovsky Most. Stamtąd skręcamy na żółty szlak, który zaprowadzi nas już prosto do samochodu.

Całość naszego pobytu w Izerach, od wyjścia z parkingu do powrotu do auta, to niespełna 48 godzin. W tym czasie przeszliśmy prawie 40 km. Żaden wyczyn, tym bardziej, że trasa głównie wiedzie po w miarę płaskim terenie. Gdyby nie upał i te piekielne bąble na podeszwach stóp, spokojnie można by ją wydłużyć, co też w przyszłości mamy w planie uczynić 🙂 Miejsca przez nas odwiedzone są w 100% psiolubne, a sama trasa dla Futrzaków nie stanowiła najmniejszego problemu.

No to co, kiedy ruszacie w drogę? 

Tylko pamiętajcie – rozsądnie wybierzcie buty 😀

Do zobaczenia na szlaku!