Beskid Żywiecki – Pilsko 1557 m n.p.m.

BURZOWE PROGNOZY POGODY

Burza w górach to naprawdę nic fajnego. Nie chodzimy po górach od wczoraj i już kilka razy przeżyliśmy taką konkretną. Za którymś tam razem przestałam się łudzić, że „może przejdzie bokiem”. Przed wyjściem w góry zawsze sprawdzam radary burzowe, które zwykle mnie nie zawodzą. Nie ryzykuję. Czasem lepiej zmienić plany, co w obliczu tegorocznych wydarzeń na Giewoncie, polecam rozważyć każdemu. Zdrowie i życie jest zdecydowanie zbyt cenne, by je tak głupio stracić.

Do rzeczy. Plan na ten dzień mieliśmy zupełnie inny. Rano, gdy Łukasz pakował plecaki, ja postanowiłam ponownie sprawdzić pogodę. No i całe szczęście, bo w prognozach pojawiły się burze już w okolicach godzin południowych. Szybko postanowiliśmy zatem dostosować swoje plany do niepewnej pogody. Zamiast całodziennej wędrówki po graniach, wybieramy trasę, która prowadzi w pobliżu górskiego schroniska.

Szybka decyzja – jedziemy na Pilsko.

Pilsko to drugi pod względem wysokości (zaraz po Babiej Górze) beskidzki szczyt. Od lat zresztą bardzo przez nas lubiany. Ostatnio, dokładnie taką samą pętelkę jaką mamy dziś w planie, przeszliśmy ze dwa lata temu. Uznaliśmy, że to świetna okazja by wrócić w te rejony. Tym bardziej, że nieco poniżej szczytu funkcjonuje duże schronisko, w którym w razie załamania pogody będziemy mogli przeczekać.

kORBIELÓW – GRANICA ZE SŁOWACJĄ

Nasza trasa rozpoczyna się na Przełęczy Glinne, która stanowi granicę ze Słowacją. Na przełęczy mieści się parking, który zawsze był bezpłatny, jednak od tego roku pobierana jest tu drobna opłata za postój – 8 zł. za cały dzień. Startujemy z tego miejsca po godzinie ósmej rano. Początek trasy prowadzi asfaltową drogą po słowackiej stronie granicy, aż do rozdroża Biela Farma. To jakieś 45 min. żwawego marszu. Na rozdrożu zmieniamy kolor szlaku na niebieski,  Przez dłuższy czas nadal wędrujemy asfaltem, ale coraz bardziej oddalamy się od głównej drogi, coraz dalej w las. Za plecami co jakiś czas pojawia się świetny widok na Babią Górę. Aż zatęskniliśmy 🙂

Wreszcie dochodzimy do miejsca, gdzie ścieżka zaczyna się wyraźniej piąć w górę. Przedtem robimy sobie przerwę na śniadanie. Cisza, spokój, zero ludzi. To lubimy 🙂

mozolnie pod górę

Wyraźnie nabieramy wysokości. Można się konkretnie zasapać, tym bardziej, że dzień staje się coraz bardziej gorący. Na szczęście w dużej mierze idziemy przez las, więc jest się gdzie schować przed słoneczkiem. Wciąż jesteśmy zaskoczeni brakiem turystów. Od samego rana nie spotkaliśmy na szlaku żywej duszy. Po drodze za to mijamy mnóstwo jagodowych krzaczków, więc co jakiś czas robimy przerwę na ich zbieranie i konsumpcję. Mniam 🙂

Wreszcie dochodzimy do miejsca, gdzie szlak zmienia kolor na zielony. Drogowskaz wskazuje, że zostało nam jeszcze 25 minut marszu. Po raz setny zatrzymujemy się, by dać Futrzakom wody. Na szczęście ścieżka staje się wyraźnie mniej stroma przez co dość szybko wyprowadza nas bezpośrednio na wyższy, słowacki wierzchołek Pilska.

Pilsko 1557 m n.p.m

No i jesteśmy 🙂

Po drodze robiliśmy sporo przystanków, więc jest już prawie godzina trzynasta. Wyraźne widzimy, że zmienia się pogoda. Niebo staje się coraz bardziej zachmurzone i jest naprawdę parno. To zwiastuje nieuchronną burzę. Mam do tego nosa, uwierzcie mi. Żadne radary nie są nam właściwie potrzebne, bo ja burzy w górach boję się jak diabeł święconej wody, więc zawsze wyczuwam, kiedy nadejdzie.

Na szczycie po raz pierwszy tego dnia spotykamy innych turystów. Po prawie pięciu godzinach to całkiem miła odmiana 🙂 Większość przyszła tu z pobliskiej Hali Miziowej, gdzie stoi wspomniane już wcześniej schronisko. Całe szczęście, że sam szczyt jest dość rozległy, przez co nie mamy poczucia tłoku. Siadamy na trawce i delektujemy się widokami na okolicę. Futrzaki ucinają sobie krótką drzemkę, a my obserwujemy, jak z każdą chwilą niebo staje się coraz bardziej zachmurzone. Nie dane nam jest dziś napatrzeć się na nasze ukochane Tatry. Przy dobrej pogodzie widać je stąd doskonale, ale dzisiaj widoczność jest kiepska. Mimo wszystko jest pięknie. Sami zobaczcie 🙂

Idzie burza – trzeba wiać 😉

W powietrzu, z każdą minutą, coraz bardziej czuć zbliżające się nieuchronnie załamanie pogody. Po chwili docierają też do nas pierwsze dźwięki zbliżającej się burzy. No nic, trzeba się ewakuować. Na szczęście do Hali Miziowej jest stąd stosunkowo niedaleko. Zbiegamy po kamienistym zboczu jak najszybciej do schroniska, po drodze mijając spore ilości turystów, którzy nie zważając na nic pchają się do góry. Co gorsza, większość z nich to osoby zupełnie nieprzygotowane na zapowiadaną gwałtowną zmianę pogody. Nie zrozumcie mnie źle – też kiedyś chodziłam w góry w adidasach i z plecaczkiem, w którym była tylko butelka wody i czekolada. Nigdy jednak nie zrozumiem, jak można świadomie podejmować ryzyko, by w odsłoniętym, wysoko położonym terenie, pchać się prosto w burzę. Co gorsza, ciągnąć ze sobą małe dzieci. W krótkim rękawie, w trampkach, bez kurtki… Zawsze w takich momentach zastanawiam się – w imię czego oni tam idą? Przecież góra stoi tam od wieków, poczeka, a zdrowia nikt im nie wróci!

schronisko na hali miziowej

No, obiektywna to ja nie będę, bo naprawdę lubię to miejsce. Za psiolubność, za sympatyczne warunki, za dobrą kuchnię i za czyste łazienki. Za wypas owiec, za mnogość szlaków turystycznych i za cudowne widoki. Za to, że to naprawdę duży obiekt, a nadal można się tam poczuć jak w kameralnym schronisku. Polecam na noclegi, jak i na krótką wizytę. Warto tu zajrzeć, bo to przecież najwyżej położone schronisko w polskich Beskidach. Leży na wysokości 1330 m n.p.m. i oferuje wspaniały widok na Babią Górę. Obiekt jest naprawdę duży. Znajduje się tu niemal 90 miejsc noclegowych w pokojach o zróżnicowanym standardzie. Jest czysto i wbrew pozorom naprawdę przytulnie. Nocleg z psem jest tu jak najbardziej możliwy, dopłacamy za pupila 15 zł/dobę. Uważam, że naprawdę warto zatrzymać się tu na dłużej. Wbrew pozorom panuje tu naprawdę rodzinna atmosfera. My na tym schronisku jeszcze nigdy się nie zawiedliśmy 🙂

Tym razem korzystamy tylko z bufetu, wpadając dosłownie chwilę przed burzą. Znajdujemy wolny stolik i siadamy w kąciku. Obserwujemy przez okno prawdziwe oberwanie chmury i solidną burzę z wyładowaniami. Zamawiamy piwko i zamierzamy spędzić tu co najmniej dwie najbliższe godziny. Właśnie tyle, według prognoz, ma trwać przejście frontu atmosferycznego. Jest dopiero godzina czternasta, nie musimy się nigdzie spieszyć. Bella i Leonek zasypiają zmęczeni pod stołem, a my gadamy o głupotach i cieszymy się, że zmieniliśmy plany na dzisiejszy dzień. W przeciwnym razie wcale nie byłoby nam teraz tak wesoło 🙂

Przez okno obserwujemy, jak przemoknięci turyści, których mijaliśmy,  zbiegają w stronę schroniska. Z dzieciakami na barana… 🙁 Nie będę tego komentować, bo szkoda stukania w klawiaturę… Strachu się pewnie najedli, ale żyją i nic im nie ma, a to najważniejsze.

A PO BURZY Będzie słońce?

W drogę powrotną postanawiamy wybrać się czerwonym szlakiem w stronę przełęczy Glinne. Gdy poniżej schroniska docieramy do granicy lasu, zaskakuje nas tablica ze znakiem Rezerwatu Przyrody i zakazem wprowadzania zwierząt (*przeczytaj ps. pod tekstem). Dałabym głowę, że ostatnio jej tu nie było… Wyciągam mapę i uspokajam sumienie: szlak turystyczny, wg. mojej mapy nie przechodzi przez obszar Rezerwatu, więc śmiało możemy iść dalej. Po drodze mijamy też Pana z dwoma kundelkami, więc zupełnie przestaję się przejmować.

Zejście zabrało nam nieco więcej czasu niż wskazywał szlak. Po deszczu było bardzo ślisko, a ten odcinek jest dość kamienisty, więc wskazana była większa ostrożność. Do samochodu docieramy już w słońcu, z postanowieniem, że musimy wrócić na Miziową w mroźny zimowy weekend. Ktoś chętny na wspólnego grzańca? 🙂

do zobaczenia na szlaku! 🙂

A jeśli szukacie więcej beskidzkich inspiracji to wpadajcie na:

Beskid Śląski – Skrzyczne na 4 łapach

lub:

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

PS. Postanowiłam po powrocie skontaktować się z Nadleśnictwem Jeleśnia, w celu rozwiania swoich wątpliwości dotyczących wspomnianego Rezerwatu Przyrody "Pilsko". Pani, z którą prowadziłam korespondencję uświadomiła mnie, że czerwony szlak którym szliśmy, na krótkim odcinku przebiega jednak przez obszar Rezerwatu. Z udostępnionej mi mapy wynika, że przejście tego odcinka zajmuje najwyżej kilkanaście minut, jednak mimo to, mają tu zastosowanie ogólnokrajowe przepisy, zakazujące wprowadzania zwierząt na obszar ścisłej ochrony przyrody i nie przewiduje się tutaj żadnych odstępstw w tym temacie. Co ciekawe, wzdłuż Rezerwatu możecie śmiało wędrować szlakiem niebieskim na szczyt Pilska, gdyż jest to szlak graniczny i stosuje się na nim bardziej liberalne przepisy naszych sąsiadów. Ot, polskich absurdów niezliczona ilość :/ 

 

 

 

Beskid Śląski – Skrzyczne na 4 łapach

Propozycja sympatycznej górskiej "pętelki"

Skrzyczne to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Mierzy 1257 m n.p.m. Z naszego mieszkania, a właściwie balkonu 🙂 , doskonale widać jego górującą nad okolicznymi dolinami sylwetkę. Odległość w linii prostej to ok. 50 km.

Na szczycie stoi schronisko i zawsze jest bardzo dużo ludzi, a dzieje się tak przede wszystkim za sprawą kursującej tu dwuetapowej kolejki krzesełkowej ze Szczyrku. Większość pieszych turystów również rozpoczyna wędrówkę w tej znanej mieścinie. My jednak, jak już wiecie, nie znosimy tłumów, więc wybieramy mniej obleganą trasę, do której przejścia chcielibyśmy dzisiaj Was zachęcić 🙂

Na początek spacer Doliną Zimnika.

Nasza trasa rozpoczyna się we wsi Lipowa-Ostre. Na końcu drogi dojazdowej, zaraz za Hotelem Zimnik, znajduje się bezpłatny parking. Jest czerwcowy weekend, więc już ok. 8:00 jest tam sporo samochodów, ale bez większego problemu udaje się nam zaparkować auto. Postanawiamy naszą wędrówkę rozpocząć żółtym szlakiem, biegnącym przez Dolinę Zimnika w stronę Malinowskiej Skały. Początkowy etap trasy wiedzie nas asfaltem. Znacznie przyjemniej w naszej ocenie zacząć w tym właśnie kierunku, ponieważ asfalt na sam koniec trasy potrafi nieco dobić zarówno zmęczone stopy jak i psie łapki. Rano wędruje się tędy dosyć przyjemnie. Nie ma dużo ludzi, a po drodze psiaki mogą skorzystać z kąpieli w rzeczce. Droga prowadzi przez las, a my mamy dziś towarzystwo, więc czas ucieka nam błyskawicznie.

Wspinaczka na Malinowską Skałę.

Ostatnia godzina trasy wyprowadza nas już bardziej stromo pod górkę. Czym wyżej jesteśmy, tym bardziej widoczna staje się dla nas Malinowska Skała, nasz pierwszy dzisiejszy cel. Droga usłana jest małymi kamyczkami, więc trzeba uważać, żeby się nie potknąć i nie przewrócić. Poza tym idzie się przyjemnie, jednak trzeba pamiętać, że momentami nie ma gdzie uciec przed słońcem. W ciepły dzień koniecznie trzeba mieć ze sobą spory zapas wody, również dla czworonogów. Na szczęście co jakiś czas jest też gdzie odsapnąć w cieniu. Nigdzie się dziś nie spieszymy, więc raz za razem korzystamy z tej sposobności 🙂

Po ok. 2 godzinach od wyjścia z parkingu, docieramy na główny grzbiet, gdzie szlak zmienia kolor na zielony. Do Malinowskiej Skały zostało nam dosłownie kilka minut drogi. Psiaki znajdują tu kałużę z wodą, postanawiamy więc dać im chwilę odpocząć i schłodzić futerka, zanim ruszymy w dalszą drogę.

Malinowska Skała 1152 m n.p.m.

Malinowska Skała to od stosunkowo niedawna wspaniały punkt widokowy na Beskid Śląski i Żywiecki. Od niedawna, ponieważ niegdyś ta znana wychodnia skalna była całkowicie zalesiona. Na przestrzeni ostatnich lat bardzo zmienił się jednak otaczający ją krajobraz. Przyczyn tego zjawiska jest wiele. Początkowo uważano, że las zanika przez zanieczyszczenie środowiska znad Górnego Śląska, jednak okazało się, że przyczyny tego zjawiska tkwią znacznie głębiej. Już w XIX w. zaczęto tu wycinkę liściastego lasu na potrzeby przemysłu, a w zamian nasadzono drzewa iglaste, głównie świerki. Te początkowo przyjmowały się dobrze, jednak sadzonki pochodzące z upraw w dolinach nie były w stanie w pełni przystosować się do bardziej surowego, górskiego klimatu. Posunęło to za sobą całą lawinę konsekwencji. Począwszy od tego, że w wyniku tych działań, została mocno zakwaszona gleba, przez co drzewa w końcu zostały zaatakowane przez grzyby. To było powodem rozkładu i gnicia znacznej ilości systemów korzeniowych. Istny raj dla korników! Dodajmy do tego suszę, zanieczyszczenie środowiska oraz silne wiatry wiejące w wyższych partiach gór i mamy przepis na prawdziwą katastrofę ekologiczną. Sami zobaczcie, jak ta okolica zmieniała się na przestrzeni lat.

Obecnie sytuacja wygląda na opanowaną, a dzięki ciągłej pracy leśników jest szansa, że za jakieś kilkadziesiąt lat, powróci w to miejsce dojrzały i piękny las. Póki co Malinowska Skała służy jako piękny punkt widokowy. Panorama z pewnością zapada w pamięci na długo.

Tego dnia na szczycie wiał bardzo silny wiatr, jednak postanowiliśmy mimo to zrobić sobie przerwę na drugie śniadanie. Dobrze, że mamy ze sobą ciepłą herbatę 🙂 Chowamy się przed wiatrem za skałką i delektujemy oczy naprawdę przyjemnym widokiem. Futrzaki odpoczywają razem z nami. Wyobrażam sobie jak ładnie tu musi być o zachodzie słońca i od razu w głowie rodzi się kolejny plan wizyty w tym miejscu 🙂

Spacerkiem na Skrzyczne przez Małe Skrzyczne.

Posileni kierujemy się w stronę najwyższego szczytu Beskidu Śląskiego. Wg. znaku wędrówka zajmie nam jeszcze 1,5 godziny. Skrzyczne mierzy 1257 m n.p.m. i należy do Korony Gór Polskich. Wierzchołek tej góry jest bardzo charakterystyczny, ponieważ od 1992 roku na szczycie stoi pokaźnych rozmiarów nadajnik radiowo-telewizyjny. Cel naszej wędrówki jest zatem widoczny z daleka.

Na szlaku jest naprawdę dużo ludzi.  Droga jest bardzo wygodna i odpowiednia również dla turystów z dziećmi. Dużo osób jeździ tu jednak na rowerach, więc trzeba bardzo uważać i mieć oczy dookoła głowy.  Większość z nich jest bardzo ostrożna, ale jak wszędzie i tu wariatów nie brakuje. Futrzaki obowiązkowo prowadzimy na smyczy, nawet te najgrzeczniejsze!

Po drodze mijamy jeszcze szczyt Małego Skrzycznego – 1211 m n.p.m. Stoi tutaj górna stacja wyciągu, który zimą wchodzi w skład jednego z największych ośrodków narciarskich w Polce – Szczyrk Mountain Resort. Jakieś 200 m. poniżej szczytu, na Hali Skrzyczeńskiej, mieści się również górna stacja 10-osobowej kolejki gondolowej, która bardzo chętnie na swój pokład zabiera zwierzęta. I to całkowicie bezpłatnie! Jeśli macie ochotę ułatwić sobie wędrówkę, to wrzucam link do ich stronki.

My idziemy dalej. Do szczytu zostało nam tylko pół godziny.  Po drodze raz za razem mijamy pokaźnych rozmiarów kałuże, pozostałość po niedawnych deszczach. Raj dla naszych psów. Słoneczko przyświeca dość mocno, więc nie ma się co dziwić, że postanowiły sobie urządzić tu SPA 🙂

Kawałek dalej otwiera się przed nami wspaniała panorama na Beskid Żywiecki. Dobrą chwilę rozkminiamy która góra to Pilsko, a która Babia. W sumie nie wiem dlaczego, chyba słoneczko przygrzało za mocno, a obraz w okularach słonecznych jakoś mi się rozmył. Patrząc teraz na zdjęcia nie mam już żadnych wątpliwości 😀 Ale przyznaję się bez bicia – pierwszy raz wzięłam Pilsko za Babią – no wstyd 🙂

Najwyższy punkt programu - Skrzyczne.

Zbliżamy się do szczytu. Przed nami już tylko kilka chwil w lasku i wychodzimy wprost pod schronisko. Ludzi tu jak mrówek, a już gołym okiem widać, że większość tych osób dotarła na szczyt kolejką krzesełkową. Jeśli chcecie iść na łatwiznę, proszę bardzo. Na kolejkę również możecie wejść z pieskiem, ale na własną odpowiedzialność. Pamiętajcie, że to jednak nie jest zamknięta kabina, tylko krzesełka, a po drodze na szczyt przyjdzie Wam się jeszcze przesiąść w połowie jazdy. Nasze Futrzaki korzystały już z takich atrakcji i nie było żadnych problemów, ale niech każdy z Was indywidualnie oceni, czy jego Przyjaciel da radę przetrwać taką podróż bez ataku paniki. Za psi bilet tutaj również nic nie płacimy. Zainteresowanym wklejam link do strony gdzie znajdziecie aktualny cennik i godziny kursowania kolejki.

Postanawiamy urządzić sobie dłuższą przerwę obok schroniska. Jest to bardzo przyjazny czworonogom obiekt, więc jeśli będziecie chcieli wybrać się tu na nocleg, wrzucam bezpośredni odnośnik do ich strony.

Rozbijamy się na trawce i łapiemy troszkę słońca. Wieje przyjemny wiatr i nie ma upału, więc zarówno dla nas jak i dla Futrzaków są to idealne warunki. Kupujemy zimne piwko w schronisku, a potem leżymy i resetujemy myśli. Czasem tylko mały Bartek coś powie, albo pies zaszczeka, ale głównie spędzamy ten czas w ciszy. Nawet ludzie wokół nam nie przeszkadzają, a nie często udaje się nam aż tak wyłączyć.

Na koniec robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcia. W duchu myślę, że naprawdę bardzo lubię to miejsce. Najpiękniej jest zdecydowanie jesienią, gdy wieczorami zapada tu prawdziwa cisza, a na szlakach jest znacznie mniej ludzi, ale dziś też było fajnie, naprawdę.

Powrót niebieskim szlakiem. 

Do samochodu wracamy niebieskim szlakiem. Droga początkowo prowadzi dość mocno w dół po luźnych kamieniach,więc trzeba patrzeć pod nogi,by się nie przewrócić. Aż szkoda, bo widok przed nami jest naprawdę bardzo przyjemny. Jest spokojnie, a na szlaku jest naprawdę niewielu turystów. Spokojnym tempem do samochodu dochodzimy w niecałe 2 godzinki, a po drodze zaliczamy jeszcze krótki postój na uzupełnienie płynów.
Aż żal wracać do domu.

Bo w Beskidach "nic nie ma" - no kurde, nieprawda! 

No dobra, może to nie są Tatry, więc nie spodziewajcie się tu jakiś mega spektakularnych widoków. Beskid Śląski to jednak w większości niewielkie górki, ale dzięki temu są idealne dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z górskim łazikowaniem. Nie zdziwcie się jednak, że pomimo braku technicznych trudności, kondycyjnie te góry też potrafią dać nieźle w kość 🙂 Tu zbocza są w większości zalesione, a widoki rozpoczynają się dopiero w okolicy partii szczytowych. Ale i tak jest pięknie, naprawdę. Pamiętajcie, że ma to swoje niewątpliwe zalety, większość trasy pokonujemy w cieniu drzew, co latem ma dość duże znaczenie.

Skrzyczne, jako najwyższy szczyt w okolicy, cieszy się naprawdę dużą popularnością. Prowadzi tu wiele szlaków, a my z racji bliskości, przeszliśmy je już wszystkie i to po kilka razy 🙂 Zdecydowanie najfajniejsza opcja to opisana powyżej pętelka z Ostrego, do której przejścia zdecydowanie Was zachęcamy.

Kto wie, może spotkamy się kiedyś jesienią na Malinowskiej Skale o zachodzie słońca? 😀

Jeśli macie ochotę na więcej wpadnijcie też poczytać opis trasy na Jałowiec 🙂

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Przyjemnej wędrówki i do zobaczenia na szlaku!

 

Tatrzańska Osterwa na czterech łapach 🐾 🐾

Od Tatrzańskiej Polanki do Popradzkiego Plesa
- subiektywny opis trasy :)

Wiecie co jest najgorsze w takiej wyprawie? Zdecydowanie budzik. Dzwoni o wpół do pierwszej w nocy i wyrywa nas ze smacznego,  ledwo co rozpoczętego snu. Horror dosłownie. Nawet Futrzaki nie chcą się dobrowolnie zwlec z łóżka o tej porze. Na szczęście prawie wszystko mamy już przygotowane. Zostaje nam tylko napełnić termosy, zrobić kawę na drogę i ruszamy.

O 1:00 siedzimy już w samochodzie, łudząc się, że kawa nas obudzi 😅 No mnie choć trochę musi, bo prowadzę, ale na Łukasza kofeina tradycyjnie nie działa. Zaraz po wypiciu kawy zasypia. Psy też mają w nosie całą tą wyprawę, od razu kładą się spać na tylnej kanapie. No trudno – nie będzie z kim pogadać po drodze, więc włączam głośniej radio. Jak zacznę śpiewać to się obudzę i jakoś dojedziemy 🙂

Cel : Tatrzańska Polanka 

Przed nami jakieś 190 km. drogi, wg. mapy jakieś 3 godz i 45 min. jazdy. Uwzględniając krótki postój na siku, powinniśmy dojechać na 5:00 rano. Damy radę, nie pierwszy i nie ostatni raz 🙂

Tatrzańska Polanka to niewielka, uzdrowiskowa miejscowość, położona u stóp najwyższego tatrzańskiego szczytu – Gerlachu – 2655 m n.p.m. Wiele osób obiera sobie ją za start, planując wyprawę na Polski Grzebień, Małą Wysoką czy właśnie na wspomniany Gerlach. Łatwo tu trafić, gdyż położona jest bezpośrednio przy tzw. Drodze Wolności, która łączy ze sobą podtatrzańskie miejscowości na Słowacji. Równolegle do drogi samochodowej biegną tory kolei elektrycznej, czyli sławnej „elektriczki”, która w Tatrzańskiej Polance ma jedną ze swoich stacji.

Na miejsce dojeżdżamy zgodnie z planem ok. 5 rano. O tej porze jeszcze znajdujemy wolne, bezpłatne miejsce postojowe. Parkujemy auto obok stacji „elektriczki”, po czym wychodzimy z samochodu i uderza nas przejmujący chłód. Jest 5 dzień lipca, a na dworze tylko 4 stopnie. W sumie nie ma się co dziwić, w końcu miejscowość, w której jesteśmy, leży na wysokości ponad 1000 m n.p.m. No nic, ubieramy kurtki i w drogę 😜 Żwawy marsz jakoś nas rozgrzeje.

Zielonym szlakiem do schroniska "Śląski Dom" 

Z Tatrzańskiej Polanki tylko jeden szlak wyprowadza nas w góry – nie da się tu zgubić. Trasa, którą idziemy, kilkakrotnie przecina asfaltową drogę dojazdową do schroniska. Nieco wyżej łączy się z Potokiem Wielickim, wzdłuż którego dojdziemy bezpośrednio do Wielickiego Stawu  i położonego nad nim dużego hotelu  o nazwie „Śląski Dom” (1667 m n.p.m.). Miejsce to jest przyjazne czworonogom, ale w naszym odczuciu drogie. Link do obiektu na booking.com macie tutaj.

Piesze przejście tego fragmentu szlaku trwa ok. 2 godziny. Nie napotkacie tu żadnych technicznych trudności. Do pokonania jest jednak ponad 650 metrów przewyższenia, więc u osób ze słabszą kondycją możliwa jest niewielka zadyszka 🙂 Pieski idą żwawo, jeszcze nie ma zapowiadanego upału, więc nie mają najmniejszego problemu z pokonaniem tej trasy na czterech łapkach 🐾🐾

Otoczenie Wielickiego Stawu naprawdę robi wrażenie. Bliskość wysokich, tatrzańskich szczytów i spokój o tej godzinie sprawiają, że decydujemy się na dłuższy odpoczynek, połączony ze śniadaniem nad brzegiem stawu. Ciszę kilka razy przecina jedynie helikopter, który prowadzi akurat akcję ratunkową w masywie Gerlachu.


Tatrzańską Magistralą do Batyżowieckiego Stawu

Kolejny odcinek trasy prowadzi głównym tatrzańskim szlakiem po słowackiej stronie Tatr – tzw. magistralą. Droga wiedzie głównie po dużych skalnych płytach i głazach, ale dla naszych czworonogów nie stanowi żadnego technicznego problemu. Za nami otwiera się widok na Sławkowski Szczyt, a po lewej stronie na Kotlinę Popradzką. Przejście tego odcinka szlaku trwa około 1 godz. Robi się ciepło, gdyż cały czas idziemy południowym, nasłonecznionym zboczem. W upalne dni może być to prawdziwa droga przez mękę dla czworonogów, ale dziś przyjemnie wieje wiatr, więc nie mamy trudności z pokonaniem tej trasy. W połowie drogi robimy tylko małą przerwę na uzupełnienie płynów.

Batyżowiecki Staw położony jest na wysokości 1884 m n.p.m. Powyżej lustra wody wznoszą się potężne tatrzańskie szczyty, w tym masyw „króla Tatr” – Gerlacha. Otoczenie skalistych szczytów robi na nas ogromne wrażenie, więc robimy w tym miejscu kolejną dłuższą przerwę. Uwierzcie mi, że wiele pięknych miejsc w Tatrach już widzieliśmy, ale cisza i spokój tego miejsca naprawdę hipnotyzują na całego. Żal było stamtąd odchodzić.

 

Najwyższy punkt programu: Przełęcz pod Osterwą.

Po długim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Trasa nadal wiedzie wzdłuż znakowanej na czerwono magistrali. Do przełęczy pod Osterwą mamy jakieś 1,5 godziny drogi. Pogoda jest piękna, a my właściwie nie mamy się gdzie spieszyć, więc idziemy powoli, delektując się widokami i ciesząc się słońcem. Wciąż wieje przyjemny wiatr. Na tej wysokości, szczęśliwie, nie ma zapowiadanego na ten dzień upału. Co jakiś czas robimy krótki postój na uzupełnienie płynów. Na szlak zawsze zabieramy ogromne ilości wody, zarówno dla siebie jak i dla psów. Plecaki początkowo naprawdę sporo ważą, ale w miarę pokonywania trasy pozbywamy się tego balastu i na plecach robi się znacznie lżej 🙂

Czym bliżej przełęczy, tym ciekawszy widok otwiera się na wprost nas, co bardzo motywuje do podkręcenia tempa. Po lewej stronie widzimy Szczyrbskie Jezioro i znany nam już szczyt Skrajnego Soliska (2093 m n.p.m.) Byliśmy tam rok temu, w trakcie mglistej i jeszcze zimowej pogody, jaka trafiła się nam w długi majowy weekend. Może kiedyś wrócimy tam w przyjemniejszych warunkach?

Jesteśmy na Przełęczy pod Osterwą (1966 m n.p.m), a wraz z nami dziesiątki innych turystów. Ludzie wchodzą tu całymi rodzinami trasą znad Popradzkiego Stawu, bo jest prosta i stosunkowo krótka. Nie jest łatwo o znalezienie ustronnego miejsca, ale udaje się. We znaki powoli daje się nam zmęczenie. Wstaliśmy przecież w środku nocy, by tu przyjechać. W planie co prawda było jeszcze zdobycie pobliskiej Tępej (2284 m n.p.m.), na którą nie prowadzi znakowany szlak turystyczny, ale mimo to chodzą tam całe rzesze turystów. Lenistwo wzięło tym razem górę i zamiast tego na przełęczy ucinamy sobie dłuuugą drzemkę 🙂

Budzi nas szczekanie psów. Podbiegł do nas jakiś „Kajtek”, z którym niekoniecznie nasze Futrzaki miały ochotę się zaprzyjaźniać. Awantura gotowa. W takich zatłoczonych miejscach zdecydowanie trzymamy psy na smyczy! Zresztą na terenie Parku Narodowego nigdzie nie puszczamy psów luzem. O tym mówią przepisy, a ich łamanie grozi mandatem! Pamiętajmy też o tym, że dotychczas Tatry słowackie pozostają otwarte dla czworonogów, ale czym więcej przypadków łamania regulaminu zostanie odnotowanych, tym szybciej może się to zmienić. Już w tym roku istniał projekt, w znacznym stopniu ograniczający wędrówki z czworonogiem u boku. Dotychczas nie został on wprowadzony w życie. Niewątpliwie do tego tematu będzie się jednak w przyszłości powracać, a postawa właścicieli psów i respektowanie przepisów będą miały tutaj kluczowe znaczenie.

Zakosami w dół, nad Popradzki Staw. 

Ostatnie spojrzenie z przełęczy na otaczającą nas panoramę. Widać stąd między innymi Rysy, Wysoką i Koprowy Wierch, a poniżej lustro wody Popradzkiego Stawu (1494 m n.p.m.) wraz z dużym schroniskiem przy brzegu. Miejsce to również akceptuje czworonogi, dla zainteresowanych wklejam link do obiektu. 

Zejście nad staw jest mega upierdliwe. Po pierwsze trochę strome, ale przede wszystkim nie możemy się pozbyć wrażenia, że ta droga nie ma końca. Jest niezwykle monotonna, przez co wydaje się nam, że idziemy bardzo długo. Dojście do schroniska zajmuje tymczasem niespełna 40 minut.

Upał! Wyżej cudownie wiał wiatr, tutaj rozpływamy się z gorąca. Ludzi jak mrówek, ciężko znaleźć wolne miejsce. Jesteśmy tak spragnieni, że ustawiamy się w kolejce po zimne piwo. Dla mnie radler, te 2% wypocę przecież zanim wrócimy do samochodu, dla Łukasza zimny Kelcik ❤ Pieski wypijają po miseczce wody i zasypiają pod stolikiem. Oprócz Belli i Leonka jest tu masa innych czworonogów, ale nikt nikomu nie wchodzi w drogę 🙂

Piekielnym asfaltem do "elektriczki" 

Tak, to zdecydowanie najbardziej znienawidzona przez nas część trasy. Droga wiedzie rozgrzanym asfaltem wśród dużej ilości turystów. Na szczęście to ostatnia prosta, a trasa trwa tylko godzinę. Tłum turystów na Słowacji to też nie to samo, co np. tłum w drodze nad Morskie Oko. Ludzi jest naprawdę dużo, ale mimo to jest znacznie luźniej. No i jakoś kulturalniej niż w Polsce. U nas ludzie słuchają głośno muzyki i drą się wniebogłosy. Nie żeby tu panowała cisza, ale jednak jest jakoś spokojniej.

Dochodzimy do stacji „elektriczki” Popradskie Pleso. Siadamy w cieniu i oczekujemy na pociąg. Wagoniki w sezonie jeżdżą mocno zapchane, ale dla nas to jedyna opcja powrotu do samochodu. Bez problemu wejdziecie do środka z pieskiem. Kagańce mieliśmy przygotowane i przypięte do obroży, ale nie zakładaliśmy psiakom z uwagi na upalny dzień. Bilety kupujemy poprzez wysłanie sms-a. Nr telefonu i treść wiadomości jaką należy wysłać, znajdziecie na każdej stacji jak i w wewnątrz pociągu. Kiedyś jednak, z duszą na ramieniu, przejechaliśmy na gapę, bo z uwagi na problem z roomingiem nie udało się nam wysłać sms-a i otrzymać biletu. Całe szczęście tym razem obyło się bez takich problemów. Nasze Futrzaki w pociągu były niemałą atrakcją dla turystów. Zmęczone, poszły grzecznie spać, wzbudzając szerokie uśmiechy na twarzach pozostałych towarzyszy podróży.

Z „elektriczki” wysiadamy na stacji Tatrzańska Polanka i zmierzamy prosto do auta. Żegnamy się z Tatrami. To był wspaniały, pełen wrażeń dzień dla naszej czwórki ❤❤❤❤🐾🐾🐾🐾

A za co tak właściwie kochamy słowackie Tatry? 
  1. Wiele już gór widzieliśmy, ale piękniejszych od Tatr jeszcze nie trafiliśmy. W Polsce leży tylko nieco ponad 22% tego pasma, pozostałe 78% leży po stronie słowackiej. Jest gdzie pochodzić.
  2. Od Tatr Bielskich, po Wysokie, a kończąc na Zachodnich – wszędzie jest pięknie. Różnorodność szlaków jest ogromna – każdy znajdzie tu coś dla siebie.
  3. Z uwagi na większą powierzchnię Tatr po słowackiej stronie, turyści jakoś rozpraszają się po różnych szlakach i dzięki temu jest trochę mniej tłoczno niż w Polsce. Pomiędzy bajki możecie jednak włożyć teksty, że na Słowacji szlaki są puste. Te najbardziej popularne są pełne turystów, choć mimo wszystko jakoś mniej zakorkowane.
  4. Niemal wszędzie można wejść z psem. Istniał co prawda projekt nowego regulaminu, który miałby ograniczyć wstęp ze zwierzętami, jednak Słowacy wycofali się póki co z tego pomysłu.
  5. Jest naprawdę blisko ❤ Z Tychów często wyruszamy na jednodniowe wyprawy – to naprawdę jest wykonalne.
  6. Brak opłat za wstęp do Parku Narodowego. W zamian za to warto się ubezpieczyć, gdyż za ewentualną akcję ratunkową zapewne zostanie wystawiony niemały rachunek. W niektórych miejscach znajdziecie też bezpłatne parkingi, ale większość to koszt 5 – 7 euro za dzień postoju.
To co, kiedy ruszacie na wycieczkę? 

Dajcie znać, jeśli nasza wyprawa okaże się dla Was inspiracją na kolejny górski wypad 🙂

My szykujemy już plecaki do kolejnych podróży!

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🐾🐾🐾🐾