Beskid Żywiecki – Pilsko 1557 m n.p.m.

BURZOWE PROGNOZY POGODY

Burza w górach to naprawdę nic fajnego. Nie chodzimy po górach od wczoraj i już kilka razy przeżyliśmy taką konkretną. Za którymś tam razem przestałam się łudzić, że „może przejdzie bokiem”. Przed wyjściem w góry zawsze sprawdzam radary burzowe, które zwykle mnie nie zawodzą. Nie ryzykuję. Czasem lepiej zmienić plany, co w obliczu tegorocznych wydarzeń na Giewoncie, polecam rozważyć każdemu. Zdrowie i życie jest zdecydowanie zbyt cenne, by je tak głupio stracić.

Do rzeczy. Plan na ten dzień mieliśmy zupełnie inny. Rano, gdy Łukasz pakował plecaki, ja postanowiłam ponownie sprawdzić pogodę. No i całe szczęście, bo w prognozach pojawiły się burze już w okolicach godzin południowych. Szybko postanowiliśmy zatem dostosować swoje plany do niepewnej pogody. Zamiast całodziennej wędrówki po graniach, wybieramy trasę, która prowadzi w pobliżu górskiego schroniska.

Szybka decyzja – jedziemy na Pilsko.

Pilsko to drugi pod względem wysokości (zaraz po Babiej Górze) beskidzki szczyt. Od lat zresztą bardzo przez nas lubiany. Ostatnio, dokładnie taką samą pętelkę jaką mamy dziś w planie, przeszliśmy ze dwa lata temu. Uznaliśmy, że to świetna okazja by wrócić w te rejony. Tym bardziej, że nieco poniżej szczytu funkcjonuje duże schronisko, w którym w razie załamania pogody będziemy mogli przeczekać.

kORBIELÓW – GRANICA ZE SŁOWACJĄ

Nasza trasa rozpoczyna się na Przełęczy Glinne, która stanowi granicę ze Słowacją. Na przełęczy mieści się parking, który zawsze był bezpłatny, jednak od tego roku pobierana jest tu drobna opłata za postój – 8 zł. za cały dzień. Startujemy z tego miejsca po godzinie ósmej rano. Początek trasy prowadzi asfaltową drogą po słowackiej stronie granicy, aż do rozdroża Biela Farma. To jakieś 45 min. żwawego marszu. Na rozdrożu zmieniamy kolor szlaku na niebieski,  Przez dłuższy czas nadal wędrujemy asfaltem, ale coraz bardziej oddalamy się od głównej drogi, coraz dalej w las. Za plecami co jakiś czas pojawia się świetny widok na Babią Górę. Aż zatęskniliśmy 🙂

Wreszcie dochodzimy do miejsca, gdzie ścieżka zaczyna się wyraźniej piąć w górę. Przedtem robimy sobie przerwę na śniadanie. Cisza, spokój, zero ludzi. To lubimy 🙂

mozolnie pod górę

Wyraźnie nabieramy wysokości. Można się konkretnie zasapać, tym bardziej, że dzień staje się coraz bardziej gorący. Na szczęście w dużej mierze idziemy przez las, więc jest się gdzie schować przed słoneczkiem. Wciąż jesteśmy zaskoczeni brakiem turystów. Od samego rana nie spotkaliśmy na szlaku żywej duszy. Po drodze za to mijamy mnóstwo jagodowych krzaczków, więc co jakiś czas robimy przerwę na ich zbieranie i konsumpcję. Mniam 🙂

Wreszcie dochodzimy do miejsca, gdzie szlak zmienia kolor na zielony. Drogowskaz wskazuje, że zostało nam jeszcze 25 minut marszu. Po raz setny zatrzymujemy się, by dać Futrzakom wody. Na szczęście ścieżka staje się wyraźnie mniej stroma przez co dość szybko wyprowadza nas bezpośrednio na wyższy, słowacki wierzchołek Pilska.

Pilsko 1557 m n.p.m

No i jesteśmy 🙂

Po drodze robiliśmy sporo przystanków, więc jest już prawie godzina trzynasta. Wyraźne widzimy, że zmienia się pogoda. Niebo staje się coraz bardziej zachmurzone i jest naprawdę parno. To zwiastuje nieuchronną burzę. Mam do tego nosa, uwierzcie mi. Żadne radary nie są nam właściwie potrzebne, bo ja burzy w górach boję się jak diabeł święconej wody, więc zawsze wyczuwam, kiedy nadejdzie.

Na szczycie po raz pierwszy tego dnia spotykamy innych turystów. Po prawie pięciu godzinach to całkiem miła odmiana 🙂 Większość przyszła tu z pobliskiej Hali Miziowej, gdzie stoi wspomniane już wcześniej schronisko. Całe szczęście, że sam szczyt jest dość rozległy, przez co nie mamy poczucia tłoku. Siadamy na trawce i delektujemy się widokami na okolicę. Futrzaki ucinają sobie krótką drzemkę, a my obserwujemy, jak z każdą chwilą niebo staje się coraz bardziej zachmurzone. Nie dane nam jest dziś napatrzeć się na nasze ukochane Tatry. Przy dobrej pogodzie widać je stąd doskonale, ale dzisiaj widoczność jest kiepska. Mimo wszystko jest pięknie. Sami zobaczcie 🙂

Idzie burza – trzeba wiać 😉

W powietrzu, z każdą minutą, coraz bardziej czuć zbliżające się nieuchronnie załamanie pogody. Po chwili docierają też do nas pierwsze dźwięki zbliżającej się burzy. No nic, trzeba się ewakuować. Na szczęście do Hali Miziowej jest stąd stosunkowo niedaleko. Zbiegamy po kamienistym zboczu jak najszybciej do schroniska, po drodze mijając spore ilości turystów, którzy nie zważając na nic pchają się do góry. Co gorsza, większość z nich to osoby zupełnie nieprzygotowane na zapowiadaną gwałtowną zmianę pogody. Nie zrozumcie mnie źle – też kiedyś chodziłam w góry w adidasach i z plecaczkiem, w którym była tylko butelka wody i czekolada. Nigdy jednak nie zrozumiem, jak można świadomie podejmować ryzyko, by w odsłoniętym, wysoko położonym terenie, pchać się prosto w burzę. Co gorsza, ciągnąć ze sobą małe dzieci. W krótkim rękawie, w trampkach, bez kurtki… Zawsze w takich momentach zastanawiam się – w imię czego oni tam idą? Przecież góra stoi tam od wieków, poczeka, a zdrowia nikt im nie wróci!

schronisko na hali miziowej

No, obiektywna to ja nie będę, bo naprawdę lubię to miejsce. Za psiolubność, za sympatyczne warunki, za dobrą kuchnię i za czyste łazienki. Za wypas owiec, za mnogość szlaków turystycznych i za cudowne widoki. Za to, że to naprawdę duży obiekt, a nadal można się tam poczuć jak w kameralnym schronisku. Polecam na noclegi, jak i na krótką wizytę. Warto tu zajrzeć, bo to przecież najwyżej położone schronisko w polskich Beskidach. Leży na wysokości 1330 m n.p.m. i oferuje wspaniały widok na Babią Górę. Obiekt jest naprawdę duży. Znajduje się tu niemal 90 miejsc noclegowych w pokojach o zróżnicowanym standardzie. Jest czysto i wbrew pozorom naprawdę przytulnie. Nocleg z psem jest tu jak najbardziej możliwy, dopłacamy za pupila 15 zł/dobę. Uważam, że naprawdę warto zatrzymać się tu na dłużej. Wbrew pozorom panuje tu naprawdę rodzinna atmosfera. My na tym schronisku jeszcze nigdy się nie zawiedliśmy 🙂

Tym razem korzystamy tylko z bufetu, wpadając dosłownie chwilę przed burzą. Znajdujemy wolny stolik i siadamy w kąciku. Obserwujemy przez okno prawdziwe oberwanie chmury i solidną burzę z wyładowaniami. Zamawiamy piwko i zamierzamy spędzić tu co najmniej dwie najbliższe godziny. Właśnie tyle, według prognoz, ma trwać przejście frontu atmosferycznego. Jest dopiero godzina czternasta, nie musimy się nigdzie spieszyć. Bella i Leonek zasypiają zmęczeni pod stołem, a my gadamy o głupotach i cieszymy się, że zmieniliśmy plany na dzisiejszy dzień. W przeciwnym razie wcale nie byłoby nam teraz tak wesoło 🙂

Przez okno obserwujemy, jak przemoknięci turyści, których mijaliśmy,  zbiegają w stronę schroniska. Z dzieciakami na barana… 🙁 Nie będę tego komentować, bo szkoda stukania w klawiaturę… Strachu się pewnie najedli, ale żyją i nic im nie ma, a to najważniejsze.

A PO BURZY Będzie słońce?

W drogę powrotną postanawiamy wybrać się czerwonym szlakiem w stronę przełęczy Glinne. Gdy poniżej schroniska docieramy do granicy lasu, zaskakuje nas tablica ze znakiem Rezerwatu Przyrody i zakazem wprowadzania zwierząt (*przeczytaj ps. pod tekstem). Dałabym głowę, że ostatnio jej tu nie było… Wyciągam mapę i uspokajam sumienie: szlak turystyczny, wg. mojej mapy nie przechodzi przez obszar Rezerwatu, więc śmiało możemy iść dalej. Po drodze mijamy też Pana z dwoma kundelkami, więc zupełnie przestaję się przejmować.

Zejście zabrało nam nieco więcej czasu niż wskazywał szlak. Po deszczu było bardzo ślisko, a ten odcinek jest dość kamienisty, więc wskazana była większa ostrożność. Do samochodu docieramy już w słońcu, z postanowieniem, że musimy wrócić na Miziową w mroźny zimowy weekend. Ktoś chętny na wspólnego grzańca? 🙂

do zobaczenia na szlaku! 🙂

A jeśli szukacie więcej beskidzkich inspiracji to wpadajcie na:

Beskid Śląski – Skrzyczne na 4 łapach

lub:

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

PS. Postanowiłam po powrocie skontaktować się z Nadleśnictwem Jeleśnia, w celu rozwiania swoich wątpliwości dotyczących wspomnianego Rezerwatu Przyrody "Pilsko". Pani, z którą prowadziłam korespondencję uświadomiła mnie, że czerwony szlak którym szliśmy, na krótkim odcinku przebiega jednak przez obszar Rezerwatu. Z udostępnionej mi mapy wynika, że przejście tego odcinka zajmuje najwyżej kilkanaście minut, jednak mimo to, mają tu zastosowanie ogólnokrajowe przepisy, zakazujące wprowadzania zwierząt na obszar ścisłej ochrony przyrody i nie przewiduje się tutaj żadnych odstępstw w tym temacie. Co ciekawe, wzdłuż Rezerwatu możecie śmiało wędrować szlakiem niebieskim na szczyt Pilska, gdyż jest to szlak graniczny i stosuje się na nim bardziej liberalne przepisy naszych sąsiadów. Ot, polskich absurdów niezliczona ilość :/ 

 

 

 

Góry Izerskie – 3 dni z plecakiem

Uff, ta wyprawa już za nami. Dziś spoglądam na nią mądrzejsza o to nowe, bądź co bądź, doświadczenie. Z perspektywy moich bąbli na stopach, co nieco bym zmieniła, ale niech będzie to lekcją na przyszłość. Tak czy siak, nawet za cenę piekącego bólu przy każdym kroku, naprawdę było warto.

Dlaczego wybraliśmy właśnie Góry Izerskie? 

Pomysłów na spędzenie przedłużonego weekendu mieliśmy od groma, ale ten jeden wydał się najrozsądniejszy.
Dlaczego?

  • Na weekend zapowiadali upały, a trasy w Izerach nie są ani trudne kondycyjnie, ani technicznie. Co ważne, w trakcie wędrówki można je kilka razy modyfikować, biorąc pod uwagę zasób swoich sił i możliwości.
  • Obczailiśmy fajny parking w czeskiej miejscowości Jizerka, Dało nam to możliwość odkrycia nowych szlaków w tych górach, co zdecydowanie mocno nas zmotywowało.
  • Bez problemu znaleźliśmy noclegi w schroniskach na trasie z naszymi Futrzakami. I to bez dodatkowych opłat!
  • Decydujący jednak okazał się fakt, że naprawdę dawno nas tu nie było. Ostatni raz mroźną zimą, jeszcze przed adopcją Belli. No przecież trzeba nadrobić zaległości 🙂

Co by tu spakować do plecaka? 

Dla mnie to swego rodzaju nowe przeżycie. Nie to, żebym nigdy dotychczas nie spała w schronisku 🙂 Kilka razy do roku robimy takie wypady, ale zwykle kończy się na jednej nocy i niewielkim bagażu. Tym razem jednak było inaczej. Plecak jakiś cięższy i w ogóle… 🙂

  • Po pierwsze ciuchów trzeba było trochę wziąć na zmianę. Bo upał, bo się spocę, bo w czymś trzeba spać, coś założyć wieczorem grubszego, no i obowiązkowo kurtka gdyby padało i sandały, żeby stopy odpoczęły.  Tym samym pakuję o kilka rzeczy za dużo, ale nie sposób wszystkiego przewidzieć, więc lepiej mieć, niż nie mieć. Biorę rzeczy, które mało ważą, więc w sumie wydaje się, że nie ma tragedii.
  • Żarcie. No to już jednak swoje waży. Przy wyjeździe na 1 noc jest tego znacznie mniej. Nawet nie sądziłam, że to może być aż taka różnica! Następnym razem ten element bagażu znacznie poprawię i wybiorę rzeczy o mniejszej wadze 🙂
  • Picie, termosy, czajnik turystyczny i inne takie pakuje Łukasz. Podobnie jak żarcie dla piesów. Ja biorę zapasowe smycze, paszporty, mapę, apteczkę i kosmetyki. Aha – jeszcze ładowarki, latarki, karty do gry wieczorami i inne takie cuda. No niby nic, ale jednak wszystko razem coś tam waży.
  • Śpiwory – kupiliśmy nowe, więc trzeba było je przetestować 🙂 No nic, że duże i ważą po prawie 2 kg, za to wygodne, cieplutkie i nie będzie trzeba za pościel w schronach dopłacać 🙂
  • Finalnie, nie wiem jak to się stało, ale mój plecak ważył jakieś 15 kg, a plecak Łukasza ponad 20 kg. No kurde! Przy 30 stopniach C to naprawdę spore obciążenie.

Tradycyjne przeboje na starcie. 

Wyjeżdżamy punkt 5 rano, planując dojazd na parking w  Jizerce w granicach godziny 10-tej. Tymczasem na szlaku meldujemy się dopiero o godzinie 12:20. Tym razem wszystko szło nie po naszej myśli.

  • Po pierwsze – korek przed bramkami na autostradzie we Wrocławiu przytrzymał nas na 30 min, ale jeszcze łudziliśmy się, że jakoś to nadrobimy 🙂
  • Po drugie – nawigacja spłatała nam psikusa i kierowała nas w zupełnie inne miejsce. Właśnie za to nie cierpię tego ustrojstwa. Tym sposobem straciliśmy kolejną godzinę na błądzeniu do celu 🙁
  • Po trzecie – na miejscu okazało się, że za parking można płacić tylko gotówką w parkomacie, a my oczywiście nie mieliśmy czeskich koron ze sobą. Przez najbliższe pół godziny sprzeczamy się czyja to wina, aż w końcu Łukasz pyta w pobliskiej gospodzie czy możemy zostawić auto na ich parkingu i zapłacić kartą. Facet się zgadza, więc problem się rozwiązał. Za dwie noce płacimy 200 kc. Wciąż tanio, choć nieco drożej jednak niż w parkomacie. Grunt, że bezpiecznie.  Dajemy sobie buziaka na zgodę i już na luzie ruszamy w drogę 🙂

Komu w drogę, temu czas! 

Pierwsza część naszej trasy to znakowany na czerwono odcinek od parkingu Pod Bukovcem do węzła Předěl o długości 11 km.  Początkowo mijamy zabudowania osady Jizerka, a szlak wiedzie asfaltem. Po drodze Futrzaki urządzają sobie kąpiel w rzeczce 🙂 Póki co jest naprawdę przyjemnie 🙂

Troszkę powyżej tej sielskiej mieściny asfalt wiedzie nas pod górę w las. Kurde, ciepło i ciężko. Idziemy żółwim tempem, musimy się jakoś rozruszać. Psy mają stan przedzawałowy, więc co chwilę robimy krótkie odsapki. Na szczęście kawałek dalej ścieżka odbija w lewo i dalsza część szlaku prowadzi leśnym duktem na przemian z kładkami nad torfowiskiem. Płasko i przyjemnie. Nawet z ciężkim plecakiem do przejścia na lajcie 🙂 Dla piesków dodatkowy bonus w postaci częstej możliwości chłodzenia podwozia . Wszyscy są szczęśliwi.

Po drodze mijamy kilka ciekawych miejsc, a najfajniejsze jest okienko skalne w pobliżu Pytláckych kameny. Ciężko było zmieścić się z plecakiem 😉

Robimy sobie też krótką przerwę w rezerwacie Černá jezírka. Niepowtarzalny klimat tego miejsca kusi, by na chwilkę się tu zatrzymać. Dla psiaków to prawdziwy raj na ziemi. Mają lepiej niż w SPA 😉

Upiorne podejście na Smrk

Dochodzimy na Předěl. To nic innego jak węzeł szlaków przy asfaltowej drodze rowerowej. Stąd odbija niebieski szlak na Smrk (1124 m n.p.m.) , który wiedzie troszkę na około przez skalny punkt widokowy Paličník. Oceniamy czas i nasze możliwości w ten upalny dzień, po czym z wielkim żalem wybieramy krótszy wariant trasy. Będzie tu przynajmniej po co wrócić, bo Paličník zdecydowanie jest wart odwiedzenia 🙂

Jeszcze wtedy nie wiem, że to prawdopodobnie ta decyzja zaważyła o dalszych losach tego wyjazdu. Wybrany przez nas krótszy wariant trasy, przez pierwsze 2 km prowadzi lekko w dół asfaltową drogą. Przez pół godziny takiego dreptania dosłownie zdarłam podeszwy w butach i nabawiłam się ogromnych pęcherzy na stopach. Od tego momentu każdy krok wiązał się z ogromnym bólem. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że wzięłam ze sobą najwygodniejsze, ale nieco już zużyte buty, zamiast tych najbardziej wytrzymałych. Mój błąd i nauczka na przyszłość. Nie wiem jak to się stało, że nie przewidziałam takiego finału.

Leonek i Bella w nosie mieli moje cierpienie. Z ich perspektywy, wybór tej trasy był jak najbardziej trafiony, bo po drodze znów były okazje do zamoczenia futerka 🙂

Asfalt w pewnym momencie przecina wspomniany już wyżej niebieski szlak na szczyt Smrk-a. Wspinaczka nim okazała się niezwykle mozolna. Co kilka kroków odsapka na kamieniu. W normalnych warunkach pewnie ta trasa nie zrobiłaby na mnie większego wrażenia, ale jest tak parno i duszno, że czuję się wycieńczona. Do tego ten piekielnie ciężki plecak i bolące stopy. Droga rzez mękę, dosłownie. Futrzaki idą grzecznie przy nodze, wydaje się, że na nich ta wspinaczka nie robi większego wrażenia. Na szczęście czym bliżej szczytu, tym szlak się bardziej spłaszcza i ponownie prowadzi po przyjemnych kładkach. No, teraz to już na luzie – dam radę.

Smrk - Schronisko na Stogu Izerskim. 

Żeby nie było tak kolorowo, pojawiają się nad nami czarne chmury, a w powietrzu czuć solidną burzę. Kto mnie zna, ten wie, że to dla mnie największa motywacja do podkręcenia tempa. Rekordu z uwagi na kondycję moich stóp nie pobiłam, ale na pewno był to jeden z najlepszych czasów przejścia w mojej historii.  Nie zatrzymujemy się nawet na Smrk-u, gdzie stoi bardzo fajna wieża widokowa. Robimy tylko szybkie zdjęcia i spadamy. Pomruki burzy słuchać z dwóch stron, nieźle się nad nami kotłuje. Dopiero widok schroniska sprawia, że się uspokajam. Jesteśmy dosłownie minutę przed burzą. Tym razem mieliśmy farta 🙂

Nocleg to koszt 50 zł/os, pieski przyjmowane są bez dopłat. Bez problemu można z nimi wejść również do sali restauracyjnej. Mają tu smaczne lane piwko w cenie 7 zł/0,5 l. i naprawdę niezły bigos. Warunki też całkiem względne, brakuje jedynie kontaktów w pokoju by podładować sprzęt. Najważniejsze, że jest czysto, wybrzydzać nie będziemy.

Po zmroku wychodzimy z Futrzakami na szybkie siku. Widok jest naprawdę piękny, więc cykamy kilka fotek. Na żywo było ładniej, naprawdę.

Dzień drugi - na Halę Izerską. 

Wstajemy rano po smacznie przespanej nocy w nowych śpiworkach. Pal sześć, że trzeba było je tu wnieść, naprawdę było warto 🙂 Dzięki temu zaoszczędziliśmy też 24 zł na dwóch kompletach pościeli. No kurde, grosz do grosza, a ponoć będzie kokosza 🙂

Pijemy szybką kawę i o dziewiątej zbieramy się do dalszej drogi. Kursuje już kolejka gondolowa, więc plącze się za dużo jak na nasz gust ludzi. Na pożegnanie robimy jeszcze tylko sesję zdjęciową z tarasu pod schroniskiem i lecimy dalej.

Niestety moje pęcherze nie zeszły w jakiś cudowny sposób podczas nocy. Dalej boli jak cholera, ale łudzę się, że może to jakoś rozchodzę. Całe szczęście, że chociaż nie jest tak ciepło jak wczoraj.

Ruszamy żółtym szlakiem na Halę Izerską. Drogowskaz wskazuje 2 godz 15 min drogi do położonej na Hali Chatki Górzystów. Moim żółwim tempem wyszło tym razem nieco więcej. Tym bardziej, że po drodze łapie nas przyjemny letni deszcz, który był świetnym pretekstem do odpoczynku w zadaszonej wiacie.

Dalsza droga przebiega już w słoneczku po w miarę płaskim terenie. Dotychczas było pusto, ale w okolicy Hali Izerskiej, gdzie łączą się szlaki turystyczne i stoi przyjemne schronisko, ludzi jest dość sporo. Postanawiamy zrobić sobie krótki popas na trawce, by dać moim stopom odpocząć. Nasze Futrzaki stanowią tu prawdziwą atrakcję dla innych turystów. Wszyscy reagują bardzo życzliwie.

Hala Izerska - Stacja Turystyczna Orle

Ostatnia godzinka do naszego dzisiejszego celu. Droga jest płaska, więc zmieniam turystyczne buty na sandały, w nadziei, że będzie mniej bolało 😀 Wyglądam jak typowa Grażyna, bo zestawiłam je, jakże stylowo, ze skarpetami 😀 No trudno, tu nie moda się liczy, a wygoda. Łukasz idzie kilka metrów przede mną, chyba nie chce się do mnie przyznawać. Na jego nieszczęście mamy takie same psy, które ewidentnie zdradzają, że jesteśmy razem 😀

Pół godziny później zaczyna padać. W sandałach niezbyt komfortowo szło by się w deszczu, ale właśnie zbliżamy się do turystycznej wiaty, więc postanawiamy na chwilkę przysiąść i przeczekać. Miejsce okazuje się genialne do spania na dziko. Do tego stopnia, że mamy ochotę olać nocleg w schronisku i tu zostać, ale wizja zimnego piwa skutecznie nas tym razem odwiodła od tego pomysłu

Pół godziny później przestaje padać, więc ruszamy dalej. Zostało nam tylko jakieś 20 min dreptania i będziemy na miejscu. Stację Turystyczną Orle odwiedzamy dopiero drugi raz w życiu. Noclegi mamy w starym budynku, więc jest troszkę taniej – 35 zł/os, pieski gratis. Warunki dość nieciekawe, głównie ze względu na wszechobecny brud, ale jedną noc jakoś wytrzymamy. W duchu cieszę się, że nie wypożyczamy tu pościeli (dodatkowe 8 zł/os) tylko mamy własny śpiwór.

Wszystko rekompensuje sielski odpoczynek w okolicy schroniska. Relaks na leżakach, cisza i spokój, pyszna grochówka (serio!) i zimne piwo. Obsługa zza wschodniej granicy też bardzo uprzejma, więc mimo drobnych niedogodności naprawdę z czystym sumieniem polecamy to miejsce. Istnieje tu też możliwość dojazdu samochodem z Jakuszyc i rozbicia namiotu na polanie. Całkiem fajna alternatywa.

Dzień trzeci - ostatni :( 

Nadszedł dzień powrotu. Poprzedniego wieczora przebiłam bąble na stopach, ale niestety wcale nie jest lepiej. Na szczęście do przejścia mamy tylko jakieś 5 km do Jizerki. Ruszamy zielonym szlakiem do granicy z Czechami, którą stanowi Karlovsky Most. Stamtąd skręcamy na żółty szlak, który zaprowadzi nas już prosto do samochodu.

Całość naszego pobytu w Izerach, od wyjścia z parkingu do powrotu do auta, to niespełna 48 godzin. W tym czasie przeszliśmy prawie 40 km. Żaden wyczyn, tym bardziej, że trasa głównie wiedzie po w miarę płaskim terenie. Gdyby nie upał i te piekielne bąble na podeszwach stóp, spokojnie można by ją wydłużyć, co też w przyszłości mamy w planie uczynić 🙂 Miejsca przez nas odwiedzone są w 100% psiolubne, a sama trasa dla Futrzaków nie stanowiła najmniejszego problemu.

No to co, kiedy ruszacie w drogę? 

Tylko pamiętajcie – rozsądnie wybierzcie buty 😀

Do zobaczenia na szlaku!

 

Chorwacja – w poszukiwaniu słońca :)

Tego nie planowaliśmy, a przynajmniej nie podczas tegorocznej majówki. Jak już jednak wiecie, pogoda podczas pobytu na Słowenii nie co dzień była dla nas łaskawa. Trochę szkoda, bo planów mieliśmy naprawdę dużo, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Na Słowenię na pewno wrócimy, a tym razem jedziemy poszukać słońca w pobliskiej Chorwacji. Choć na jeden dzień, na kilka godzin 😀

gdzie jutro zaświeci słońce?

Wieczorem siedzimy i rozkminiamy pogodę. Źle to wygląda. W całej Słowenii deszcz, deszcz ze śniegiem, a nawet śnieg. Nie tak chcieliśmy spędzić tą majówkę. Tegoroczna wiosna nie była ani ciepła, ani ładna, więc takich warunków mamy już po kokardę. Chcemy słoneczka, albo chociaż żeby nie lało. Widzimy jeden jedyny, obiecujący punkcik na mapie. 22 stopnie i słońce – o to nam chodzi. Do pokonania mamy tylko 250 km. Trzy godziny w samochodzie i jesteśmy w słonecznym raju. Co to dla nas? 🙂 Postanowione – rano się pakujemy i jedziemy na Chorwację!

cel – pula 🙂

Coś tam kiedyś czytałam o tym miasteczku, ale w sumie to niewiele pamiętam. Łukaszowi wszystko jedno, czy jest tam coś do zwiedzania, byle było słońce. Jest już późno, nie ma czasu studiować internetów. Tym razem pojedziemy nieprzygotowani. Jak nie my:) Kto mnie zna, ten wie, że nigdzie nie ruszam się bez dokładnej analizy mapy 🙂 Tym razem robimy wyjątek. Ahoj przygodo 🙂

Podróż mija nam w ciągłym deszczu. Leon i Bella mają to kompletnie w nosie i całą drogę śpią na tylnej kanapie. No może prawie całą drogę 😉 Przekraczając granicę okazujemy dowody, wtedy budzą się i drą mordy po celniku 🙂 Nie dało się Futrzaków nie zauważyć, ale mimo to nikt nas nie prosi o ich dokumenty. Pamiętajcie jednak o tym, że trzeba się przygotować i psie paszporty mieć pod ręką w razie ewentualnej kontroli.

Czym bliżej celu tym większa nasza depresja. Nad nami wciąż czarne chmury i co kilka minut ulewnie pada deszcz. Marzymy o tym, by pogoda nie spłatała nam figla. Dopiero kilka kilometrów przed Pulą wychodzi słońce. Początkowo niepewnie, ale jednak. Dojeżdżamy na miejsce, wychodzimy z samochodu i uderza nas gorąco. 3 godziny temu w Bled było 3 stopnie, więc jesteśmy solidnie poubierani. Zdejmujemy bluzy, a kurtki na wszelki wypadek pakujemy do plecaka. Idziemy zobaczyć co fajnego to miasteczko ma do zaoferowania.

chorwacki rzym

No kurde, całkiem tu ładnie 😀 Pula to najstarsze miasto na wschodnim wybrzeżu Adriatyku i zachowało się tu kilka zabytków, pochodzących z czasów panowania Imperium Rzymskiego. Tworzy to niepowtarzalny klimat tego miejsca.

W pierwszej kolejności trafiamy na główny i najstarszy plac w mieście – Forum. Wokół znajdziemy zarówno urokliwe knajpki, jak i cenne zabytki. Jednym z nich z pewnością jest Świątynia Augusta. Budowla powstała na przełomie tysiącleci, pomiędzy  2 r. p.n.e. a 14 r. n.e. Na nas zrobiła naprawdę duże wrażenie 🙂 Obecnie w środku znajduje się muzeum, w którym można obejrzeć kolekcję kamiennych rzeźb. My robimy jedynie solidną sesję zdjęciową na zewnątrz Świątyni, na zwiedzanie wnętrza się nie decydujemy.

Obok stoi piękny Ratusz, który został wzniesiony w XIII w. Do dziś służy jako siedziba administracyjna miasta, ale również wspaniale zdobi ryneczek.

Naprawdę zaczyna się nam coraz bardziej podobać. Spacerując dalej między uliczkami trafiamy na znak wskazujący drogę do twierdzy. Bez wahania kierujemy się za drogowskazem pod górę. Twierdza mieści się na najwyższym wzniesieniu w mieście, więc z jej murów wspaniale widać okolicę. Wewnątrz znajduje się muzeum historyczne, którego tradycyjnie nie zwiedzamy. Zresztą jest tam wyraźny zakaz wejścia ze zwierzętami, więc wiele osób z pieskami siedzi w cieniu drzew przed wejściem i czeka na zwiedzających współtowarzyszy. Spotykamy tu m.in psią parkę beagle & basset. Leon i Bella nawiązują więc nowe znajomości 🙂

Obok murów twierdzy widzimy wąską ścieżkę. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zbadali dokąd prowadzi 🙂 Tym sposobem trafiamy na fajny, trochę dziki punkt widokowy, gdzie robimy sobie krótką przerwę. Wyciągamy z plecaka termos z kawą i upieczone rano bułeczki z domowym dżemem. Pieski piją wodę, po czym zasypiają w cieniu. Odpoczywając, oglądamy miasto z góry i dostrzegamy budowlę, wyglądającą z daleka jak rzymskie Koloseum. Już wiemy, w którym kierunku dalej zmierzać 🙂

Po drodze, trochę przez przypadek, trafiamy na najstarszy zachowany zabytek architektury rzymskiej w Puli – Bramę Herkulesa. Swoją nazwę brama ta zawdzięcza antycznemu opiekunowi miasta. Ponad nią wyrzeźbione są głowa i maczuga Herkulesa.

W końcu dochodzimy do amfiteatru. Bez wątpienia jest to jedna z największych atrakcji miasta, co potwierdza również ilość turystów w okolicy. Miejsce popularnie zwie się Areną, wewnątrz której w starożytnych czasach odbywały się walki gladiatorów. Jest to szósta pod względem wielkości tego typu budowla na świecie. W czasach swojej świetności mogła pomieścić ok. 23 tys. osób. Obecnie amfiteatr służy jako miejsce koncertów i innych wydarzeń kulturalnych. Samą budowlę szpecą jedynie zaparkowane w pobliżu samochody i bliskość głównej, ruchliwej ulicy w mieście. Jakoś tak trochę mi to nie współgra, ale może się czepiam…

ZARAZ, ZARAZ… A GDZIE TU JEST MORZE?

Dobra, trzeba przyznać, że Pula zrobiła na nas wrażenie. Dosyć jednak tego zwiedzania i łażenia, gdzie jest morze ja się pytam??? Gdzieś tam jakąś wodę było widać, ale plaży to w tym mieście chyba nie ma. Żar leje się z nieba, cała nasza czwórka marzy już tylko o chwili lenistwa. Włączamy wujka google i namierzamy małą plażę nad zatoką, do której pieszo mamy dojść w 45 min. No nic, kawał drogi, ale nie zamierzamy rezygnować z tego pomysłu. Kupujemy zimne piwo, ładujemy je do plecaka i w drogę. Po drodze gubimy się kilka razy, więc dopiero po jakiejś godzinie docieramy na miejsce. Wtedy zrozumieliśmy, jaką głupotą było iść tu pieszo. Przecież trzeba będzie jeszcze wrócić do centrum po auto 😀 Tym bardziej, że jesteśmy tu przed sezonem, a wokół plaży jest pełno miejsca do bezpłatnego parkowania.

Jesteśmy na Valsaline Beach, gdzie o tej porze roku nie spotkaliśmy się z żadnym zakazem dotyczącym wprowadzania zwierząt. Plaża wydaje się być raczej kameralna. Położona jest nad niewielką zatoką, głównie żwirowa, więc warto dla bardziej wrażliwych psich łapek wyposażyć się w buciki. Miejsca do opalania nie brakuje też na betonowych pomostach, na trawie czy na kamiennych głazach wzdłuż brzegu. W sezonie działa tu restauracja, bar na plaży i mały park wodny. Póki co – cisza i spokój. Nasze Futrzaki chętnie skorzystały z możliwości kąpieli. Nawet Bella, która dotychczas za pluskaniem w morzu nie przepadała. Co się dziwić, woda miała 16°C, więc przyjemnie chłodziła rozgrzane futerka.

To była nasza pierwsza wizyta w Chorwacji wiec oboje z Łukaszem byliśmy zachwyceni czystością i kolorem wody. Z pewnością w te okolice wrócimy, ale zdecydowanie na dłuższy wypoczynek. Półwysep Istria wydaje się naprawdę fajnym pomysłem na spędzenie urlopu 🙂

No to co, jedziecie na chorwację?

Tak naprawdę widzieliśmy niewiele, a na Chorwacji spędziliśmy jedynie pół dnia. Nie uznajemy siebie za ekspertów, więc jeśli nie mamy racji – poprawcie nas.

  • Chorwacja wydaje się być dość tania. Przynajmniej w porównaniu z drożyzną na Słowenii. Począwszy od noclegów, poprzez parking, zakup pamiątek, po piwo czy lody – wszystko mamy naprawdę znacząco taniej niż w pobliskiej Słowenii. Z pewnością jest to jeden z powodów, dla których nasi rodacy masowo co roku wyjeżdżają tu na wczasy.
  • Jest naprawdę blisko! To ogromny atut, szczególnie jeśli mieszkacie na południu Polski, tak jak my. Z Tychów do Puli jest jakieś 950 km,  które można pokonać w mniej niż 10 godz jazdy samochodem. Trasa wiedzie głównie po autostradach, a widoki po drodze są bardzo zróżnicowane i ciekawe. Jest czym nacieszyć oczy.
  • Do kosztu paliwa trzeba doliczyć koszt winiety. Najpopularniejsza droga wiedzie przez Czechy, Austrię i Słowenię – w każdym z tych Państw taką winietę trzeba posiadać. W Chorwacji za autostradę płacimy tak jak w Polsce, na bramkach. Wjeżdżając bierzemy bilecik, przy wyjeździe płacimy za przebyty odcinek. Płatność możliwa jest gotówką w lokalnych kunach lub w euro, ewentualnie kartą płatniczą. Przy płatności w euro trzeba pamiętać, że przelicznik będzie mało korzystny, a kasjerka i tak zapewne wyda Wam resztę w kunach.
  • Chorwacja leży poza strefą Schengen, więc na granicy trzeba okazać dokumenty : dowód osobisty lub paszport. Pamiętajcie o paszportach da zwierzaków – naszych nie sprawdzali, ale z pewnością wyrywkowo dokonują takich kontroli. Brak dokumentów może się wiązać z odmową wjazdu na terytorium kraju! W sezonie na granicy, jak i na bramkach na autostradzie bywają spore korki.
  • Pieski mile widziane 🙂 Jedyny zakaz z jakim się spotkaliśmy, widniał przy wejściu do twierdzy. Poza tym żadnych tabliczek z zakazami czy innych takich. Nawet w fontannie pieski mogły się spokojnie pluskać. W okolicy Puli bez problemu znajdziecie też plaże, na które swobodnie wejdziecie z czworonożnym przyjacielem, wystarczy wygooglować 😀

życzymy mIŁEGO WYPOCZYNKU 🙂

Mamy nadzieje, że nasze zdjęcia wystarczająco zachęciły Was do odwiedzenia Puli.

PS. Dajcie koniecznie znać jak było 🙂

 

 

 

Słowenia – mały kraj z wielką duszą

Emocje po majówce już dawno opadły, jednak z tej wyprawy zachowaliśmy wiele pięknych wspomnień, które odżyły w nas po wczorajszej prezentacji zdjęć w rodzinnym gronie.

Wiele zdjęć z tej podróży znajdziecie już na naszym Instagramie i Facebooku, a odnośniki do naszych profili społecznościowych znajdują się pod głównym menu na blogu.

Dlaczego w ogóle warto wybrać się do Słowenii?

Powierzchnia tego kraju jest mniejsza niż  województwo zachodniopomorskie, ale dzięki temu, gdziekolwiek się nie zatrzymamy, będziemy mieć możliwość naprawdę dużo zwiedzić. Biorąc pod uwagę tak mały obszar,  zadziwiające jest wręcz nagromadzenie atrakcyjnych miejsc wartych odwiedzenia. Tu właściwie każdy znajdzie coś dla siebie: zamki, jaskinie, doliny, wodospady, jeziora, morze czy górskie trasy o różnym zaawansowaniu trudności. Dalej zastanawiacie się czy warto tu przyjechać?

Cel podróży : Bled 🙂

Dla nas była to pierwsza wizyta w tym kraju, a za nasze miejsce wypadowe wybraliśmy osławiony Bled. Miejscowość ta znana była nam z folderów reklamujących Słowenię i trzeba przyznać, że naprawdę jest tam pięknie. Nocleg tradycyjnie znajdujemy na booking.com i jak zwykle jesteśmy bardzo zadowoleni z tego wyboru. Jeśli przyda się komuś namiar, tutaj wklejam bezpośredni link do obiektu. Apartament zawiera wszystko, co może być potrzebne, a za jedną z głównych jego zalet uznajemy świetnie wyposażona kuchnię, w której mieliśmy możliwość samodzielnie przygotowywać posiłki. Dla tych co szukają oszczędności, to naprawdę duże udogodnienie, tym bardziej, że Słowenia do tanich miejsc nie należy. Jeśli dodać do tego balkon ze wspaniałym widokiem na pasmo Karawanków, możliwość oglądania codziennie zjawiskowych wschodów słońca, przemiłą gospodynię i darmowy nocleg dla naszych Futrzaków, to czego można by chcieć więcej? 😍

W maju nad Bledem tłumów nie stwierdzono, ale w szczycie sezonu bywa tu podobno tłoczno. Szukając miejsca do zaparkowania auta kierujcie się w okolice dworca kolejowego Bled Jezero. W czasie naszego pobytu miejsca było tam sporo i co ważne parking był bezpłatny, w odróżnieniu od tych w centrum miasteczka. Miejscowość uważamy za bardzo psiolubną. Niemal przy każdym śmietniku znaleźć można woreczki na psie 💩, a w wielu miejscach również poidełka z wodą dla zwierzaków. Niestety, z uwagi na napięty harmonogram pobytu, nie dotarliśmy na zamek ani na wysepkę na środku jeziora, ale tam gdzie byliśmy nigdzie nie spotkaliśmy się z zakazem wejścia ze zwierzętami.

Obowiązkowo jednego dnia wchodzimy na sławny punkt widokowy Ojstrica. Teraz mamy własne zdjęcia, podobne do tych, które znajdują się na większości pocztówek z Bledu.

Vintgar – must-see wizyty w Słowenii 🙂

Nieopodal Bled znajduje się jedna z największych atrakcji Słowenii – wąwóz Vintgar. Wejście do niego kosztuje 9 euro, pieski zwiedzają za darmo. Dodatkowo płatny jest parking, jeśli dobrze pamiętam było to ok. 4 euro. Polecamy wizytę w tym miejscu wcześnie rano lub późnym popołudniem, gdyż wąwóz odwiedza ogromna ilość turystów, przez co w ciągu dnia wąskie kładki po prostu się korkują.  Jeśli nie traficie na dzikie tłumy w tym miejscu, to wędrówka w obie strony nie powinna zająć więcej niż 1,5 godziny. Miejsce to wręcz zachwyca swoim urokiem. Musicie uwierzyć mi na słowo, że na żywo prezentuje się jeszcze lepiej niż na zdjęciach.

Na samym końcu wąwozu znajduje się niewielki, ale ładny wodospad  Šum, a tuż za nim mała knajpka, w której można się napić lokalnego piwka.


Jeśli nie Bled, to co?

Jeśli przyjeżdżając do Słowenii  za swoją bazę wypadową wybierzecie okolice jeziora Bohinj, również nie będziecie zawiedzeni. Co więcej – mimo tak fajnej kwatery jaką mieliśmy w Bled, następnym razem na 100% zatrzymamy się gdzieś w okolicy Starej Fužiny . Żałujemy bardzo, że nie wystarczyło nam czasu na spacer wokół tego pięknego jeziora i między innymi dlatego planujemy już kolejną wizytę w Słowenii.

Atrakcje Doliny Bohinj.

Dolina Bohinj do zaoferowania ma znacznie więcej niż tylko jezioro. Do jednej z większych atrakcji śmiało można zaliczyć Centrum Narciarskie Vogel. Zimą jest to idealne miejsce dla narciarzy, latem zaś idealny punkt wypadowy na okoliczne szczyty. Wjazd kolejką gondolową zajmuje niespełna 5 minut, ale niestety do tanich nie należy. 20 euro od osoby to naszym zdaniem spory wydatek za tą chwilę wątpliwej jak dla nas przyjemności. Koszt biletu dla zwierzaka to dodatkowe 4 euro. Plusem jest jedynie darmowy parking pod dolną stacją kolejki. Z reguły unikamy takich atrakcji, wychodząc z założenia, że góra jest zdobyta tylko wtedy, gdy wejdziemy na nią o własnych siłach. Tym razem jednak decydujemy się na wjazd tym ustrojstwem, bo atrakcji na Słowenii jest sporo, a czasu mało, niestety. Wybierając się z psem należy mieć kaganiec w zanadrzu, choć nam nie kazali go tym razem zakładać.

O ileż większa byłaby nasza satysfakcja, gdybyśmy tam weszli na własnych nogach/łapkach 🙂 Na szczęście piękny widok na jezioro Bohinj i zaśnieżone Alpy Julijskie w tle, tym razem był wart tego odstępstwa 🗻🗻🗻😍😍😍

To jednak wciąż nie koniec atrakcji, jakie dolina Bohinj ma do zaoferowania. W odległości kilku kilometrów od dolnej stacji kolejki znajduje się Wodospad Savica. Jest to jeden z najczęściej odwiedzanych wodospadów w Słowenii, więc należy się nastawić, że bywa tu tłoczno. Dojście do niego od parkingu zajmuje ok 20 minut, a droga pnie się pod górę głównie po schodkach. Po drodze jest kilka miejsc, gdzie można zrobić sobie krótką przerwę.

Bardzo żałowaliśmy, że nie da się podejść bliżej pod wodospad, a szlak skończył się na metalowej bramie 😒
Co tu jednak dużo gadać, miejsce jest piękne i pomimo otaczających nas tłumów warte odwiedzenia. Wstęp tak samo jak parking kosztuje 3 euro, a pieski spacerują za darmo 🐾🐕🐾🐕🐾

A może by tak odwiedzić stolicę ?

Pomysłów na spędzenie wolnego czasu w okolicy naprawdę nie brakuje, jednak nasze plany musiały zmieniać się równie dynamicznie jak pogoda. Przez kolejne trzy dni naszego pobytu w Bled niemal nieprzerwanie padał deszcz, deszcz ze śniegiem, a w wyżej położonych rejonach, które mieliśmy w planie odwiedzić, również śnieg. Całe szczęście, że zawsze podróżujemy własnym samochodem! Dało nam to możliwość wybierać te miejsca do odwiedzenia, gdzie prognozy pogody były bardziej zachęcające 🙂  W ten oto sposób trafiliśmy m.in. do centralnej części tego małego kraju, gdzie leży jego stolica – Ljubljana. Auto bezpiecznie można zaparkować na dużym, bezpłatnym parkingu pod cmentarzem Žale. Jeśli będziecie bez piesków – warto tam zajrzeć, bo miejsce wydaje się niezwykle interesujące architektonicznie. Stamtąd do centrum miasta mamy jakieś 3 km. spacerkiem.

Kierując się w stronę Starego Miasta mijamy niemal same nieciekawe budynki i brzydki dworzec kolejowy. Pogoda nie rozpieszcza, co jakiś czas pada deszcz. Na miejscu okazuje się jednak, że warto było trochę zmoknąć, by zobaczyć to, co Lublana ma najlepszego do zaoferowania.

Niestety podczas naszego spaceru po starówce solidnie się rozpadało, więc nie dotarliśmy na Wzgórze Zamkowe 🙁  Szkoda, bo to prawdopodobnie największa atrakcja tego miasta. Na pocieszenie wcinamy pyszny burek z serowym nadzieniem i obiecujemy sobie, że jeszcze tu wrócimy 🙂

Piran – prawdziwa perła Adriatyku!

Wracamy do auta i uciekamy od deszczu w stronę słoweńskiego wybrzeża. Naszym celem jest Piran, oddalony o ok. 1,5 godz drogi autem od stolicy.
Samochód zostawiamy na płatnym parkingu, w odległości około 10 min od wyłączonego z ruchu zabytkowego centrum miasteczka. Jeszcze nie wiemy, że zaraz za zakrętem naszym oczom okaże się taki widok <3

Miasteczko położone jest na skalistym cyplu, który opada wprost do morza. Trzeba przyznać, że prezentuje się się wyjątkowo fotogenicznie i malowniczo. Już wiemy dlaczego mówi się, że Piran to prawdziwa perełka słoweńskiego wybrzeża. Bez dwóch zdań zasługuje na to miano, o czym przekonujemy się z każdą chwilą bardziej. Po jego wąskich, krętych uliczkach chce się spacerować bez końca. Trudno nie zakochać się w tym miejscu 😍

Szczególnie urzekająco Piran przedstawia się z naszej ulubionej perspektywy, czyli widziany z góry.  Czerwone dachy zabudowań miejskich oraz Adriatyk tworzą piękną dla oczu kompozycję 🌅 Zresztą spójrzcie sami 🙂

Na próżno szukać tu rozległych plaż, za to historyczne centrum miasta robi naprawdę wspaniałe wrażenie. Nie spotkaliśmy tu tłumu turystów, za to wszyscy bardzo życzliwie podchodzili do naszych Futrzaków. Zakaz wstępu ze zwierzętami obejmował tylko mury miejskie oraz widokową wieżę kościoła św. Jerzego.

W drodze powrotnej na parking, postanawiamy jeszcze zajrzeć do portu. W ten sposób zyskujemy zupełnie nowe spojrzenie na to wspaniałe miasteczko.

Żal było stamtąd wyjeżdżać. Zdecydowanie warto przyjechać tam nawet w drodze do lub z Chorwacji. Z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

Co by tu jeszcze można zobaczyć?

W Słowenii miejsc do odwiedzenia jet naprawdę dużo.
Wiele pomysłów znajdziecie w poniższym filmiku, który również dla nas był inspiracją do wyjazdu w te rejony.

Autorzy tego filmiku prowadzą też fajnego bloga, podrzucam  link do strony. 

Coś na deser 🙂

Z wszystkich tych wspaniałych miejsc, nam udało się „zobaczyć” jeszcze tylko Planicę. Sceneria, jak na maj, była jednak dość nietypowa 🙂

Cała reszta atrakcji wciąż znajduje się na naszej liście miejsc, które koniecznie musimy odwiedzić. Kto wie, może jeszcze w tym roku zawitamy w Słowenii ponownie? 🙂

Ps. Podobało się Wam? Dajcie po sobie znać, że czytacie 🙂