Wenecja – z psem czy bez psa?

Czy podróż do Wenecji z psem jest dobrym pomysłem?

Pomysł zwiedzenia Wenecji pojawił się w mojej głowie spontanicznie, podczas szukania fajnego miejsca na stopover w podróży powrotnej z Toskanii. Wcześniej nigdy na poważnie nie rozważałam wizyty w tym mieście, ale bliska okolica Wenecji wydała mi się nagle całkiem atrakcyjnym punktem na nocleg.  Długo zastanawiałam się, czy to aby na pewno ma jakikolwiek sens. Przeczytałam dziesiątki wpisów w necie na ten temat i… moje uczucia były mocno mieszane. Generalnie – Ci, którzy byli tam z psem i tak raczej nie wypowiadali się entuzjastycznie. Opinie krążą takie, że niby da się, ale chyba raczej nie warto… Koniec końców – postanowiliśmy mimo wszystko podjąć wyzwanie i zmierzyć się z Wenecją na czterech, a właściwie ośmiu łapkach. No i nie taki diabeł straszny, jak się okazuje 🙂

Punta Sabbioni – idealny punkt wypadowy

Do dyspozycji mieliśmy dwie noce, więc jeden pełny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie słynnego miasta na wodzie. Na nocleg wybraliśmy bliską okolicę Punta Sabbioni i jest to naszym zdaniem idealna baza wypadowa. Okolica szczyci się długimi, piaszczystymi plażami, a ceny są nawet kilka razy niższe niż w samej Wenecji. Teren jest mocno zagospodarowany turystycznie, a wybrzeże pełne ośrodków wypoczynkowych i campingów. Znajdujemy przyzwoity nocleg w jednym z nich (dla zainteresowanych wklejam link ). Pieski przyjmowane są tu za opłatą 5 euro za szt/noc 🙂 Szczerze polecamy. Tym bardziej, że w drugiej połowie września była tu totalna cisza i spokój.

Z Punta Sabbioni, pod sam Plac Św. Marka, kursują weneckie tramwaje wodne, czyli vaporetto. Podróż zajmuje ok. 30 min, a widok Wenecji z perspektywy wody na pewno na długo pozostanie w Twojej pamięci. Punta Sabbioni to też doskonałe miejsce wypadowe do zwiedzania pozostałych wysepek Laguny Weneckiej. Koniecznie polecam Ci zajrzeć przynajmniej na wyspę Murano i kolorowe Burano 🙂 Tym bardziej, że kupując bilet na vaporetto można wybrać opcję 24-godzinną. Koszt to 20 euro, a wydatek zwraca się już przy trzecim kursie. Z dobrych informacji – pieski pływają za free. Dla psa należy mieć kaganiec, ale ani razu nie kazali nam go zakładać.

Co musisz wiedzieć przed wyjazdem?

Przyznaję, że nienawidzimy tłumów. Przeciskanie się między tysiącem innych turystów to dla nas istna droga przez mękę. Na całe szczęście dla nas to jednak większa trauma, niż dla naszych Futrzaków. One są zupełnie bezproblemowe – cierpliwie dają się głaskać obcym, a nawet pozują im do zdjęć. Potrafią zasnąć pod nogami nieznanych im ludzi, traktując ich buty jak poduszkę. Nie boją się nowych miejsc, nieznanych dźwięków, obcych zapachów. Jak przystało na psy myśliwskie – są wszystkiego ciekawe i wszystko koniecznie muszą obwąchać. No i obsikać 🙂 I tu może pojawić się pewien problem…

Pamiętaj, że Wenecja jest właściwie cała zabetonowana. Na próżno tu szukać jakiś placów czy trawników. Między uliczkami należy rozglądać się za wystającymi drzewami, by psiaki mogły na bieżąco załatwiać swoje potrzeby. Naszym na szczęście wystarczy jedno drzewko, a Bella to nawet nic sobie nie robi z siusiania na środku chodnika. Kilka kropelek, teren zaznaczony i pies szczęśliwy. Jeśli masz powody sądzić, że Twój pupil będzie miał problemy, by w takich warunkach załatwiać fizjologiczne potrzeby – dobrze się zastanów, czy na pewno powinieneś jechać z nim do Wenecji.

A czy jest jakiś sposób, by uniknąć tłumów w tym mieście?

1. Nigdy, przenigdy nie jedź do Wenecji z psem w szczycie sezonu!

Bez psa zresztą też sobie daruj. Choć to trochę trudne, bo na Wenecję jest chyba zawsze sezon… Tam zawsze są turyści, ale poza wakacjami z pewnością jest ich nieco mniej. O ile to możliwe do zorganizowania – nie jedź w weekend, tylko w tygodniu. Liczba turystów powinna być wtedy nieco mniejsza. My byliśmy w sobotę i vaporetto dosłownie pękało w szwach. No i najważniejsze – koniecznie unikaj upalnych dni, bo zarówno Ty jak i Twój pies będziecie się tylko męczyć!

2. Odwiedź Wenecję wcześnie rano.

Z Punta Sabbioni pierwsze vaporetto odpływa już bladym świtem.  Szczegółowy rozkład jazdy wszystkich połączeń znajdziecie na stronie przewoźnika ACTV. My wybraliśmy drugi bezpośredni kurs linii nr 15 i ok. godziny 7:30 byliśmy już w Wenecji. To był świetny wybór! Na Placu św. Marka było jeszcze pusto. Kawiarnie, sklepiki i inne punkty usługowe dopiero przygotowywały się do otwarcia. Zobaczyć jak to niesamowite miasto dopiero budzi się do życia – bezcenne 🙂

3. Wyrzuć mapę !

Jeśli chcesz cieszyć się Wenecją tylko dla siebie – zapomnij o najbardziej popularnych uliczkach. Skręć w inną stronę niż pozostała rzesza turystów i złap oddech. Zrób to nie tylko dla swojego psa, ale przede wszystkim dla siebie. Zobaczysz – Wenecja zaskakuje i zachwyca na każdym rogu. Czy nie lepiej cieszyć się tym w samotności, poza utartymi ścieżkami, którymi pomykają tłumy spacerowiczów?

4. Odwiedź Murano.

By się tu dostać musieliśmy spędzić kilkanaście minut w zatłoczonym tramwaju wodnym. My jakoś przeżyliśmy, a Futrzaki wyglądały, jakby tego tłoku zupełnie nie zauważały. Poszły spać, mając wszystko w tylnej części ciała 🙂

Murano to wyspa, która słynie głownie z produkowanego tu od wieków dmuchanego szkła. Szklane wyroby sprzedawane są tu niemal w każdym sklepiku, a ceny potrafią naprawdę przyprawić o zawrót głowy. I choć nie jest to najpiękniejsze miejsce na Lagunie Weneckiej, to jednak warto tu wpaść choć na chwilę. Choćby po to, by zobaczyć ukryte w zakamarkach miasta niepowtarzalne szklane rzeźby. Spacerowanie pomiędzy kanałami w poszukiwaniu kolejnych arcydzieł jest niezwykle przyjemne. O ile nie chce Ci się właśnie siku…

5. Koniecznie wpadnij też na Burano!

Twój pies Ci za to podziękuje! Tuż obok portu znajdziesz tu zielony skwer, gdzie można ukryć się w cieniu drzew, rozłożyć kocyk i zapomnieć na chwilkę o wybetonowanej Wenecji.

Wyspa jest niezwykle urocza i tworzy mega pozytywne wrażenie. Wszystko to za sprawą różnokolorowych domów, które przepięknie prezentują się na tle kanałów, odbijając w wodzie swoje fasady.  Coś pięknego! Nie ma się co dziwić, że przyciąga to turystów jak prawdziwy magnes.

Burano znane jest również z koronek, podobnych do tych, które można spotkać w Koniakowie. Przy odrobinie szczęścia możesz spotkać gospodynie, wyszywające koronkowe arcydzieła pod swoimi domami 😉 Bosssko 🙂

To w końcu warto, czy nie warto brać psa do Wenecji?

Na to pytanie nie ma niestety jednej odpowiedzi. To ty znasz swojego psa najlepiej i to Ty będziesz musiał podjąć decyzję. My taki wypad chętnie byśmy powtórzyli, ale zdecydowanie wybralibyśmy inną porę roku. Wydaje mi się, że wczesna wiosna mogłaby być idealnym momentem na wizytę w tych okolicach.

A może Twój pies był już z Tobą w Wenecji i masz zupełnie inne doświadczenia? Koniecznie daj znać w komentarzu.

Do zobaczenia gdzieś na trasie! 

 

 

Polska Sahara – pies na Pustyni Błędowskiej

W naszych głowach kotłowało się wiele pomysłów jak aktywnie spędzić niedzielę. Góry? Trzeba wstać wcześnie, a jakoś nie mieliśmy na to chęci. Ubiegły tydzień w pracy był dość wyczerpujący, przydałoby się kiedyś porządnie wyspać. Jezioro? Ładna pogoda, więc ludzi będzie dużo – odpada. Najbardziej nie lubimy tłumów. Nagle pojawia się w mojej głowie myśl – a gdyby tak pojechać na jakieś odludzie? Może np. na pustynię? 🙂

Pustynia Błędowska
Pustynia Błędowska - nasza "Polska Sahara".

Wyjątkowe to miejsce, trzeba przyznać. Aż dziwne, że dotychczas ani ja, ani Łukasz tutaj nie trafiliśmy.

Pustynia Błędowska leży na pograniczu województw śląskiego i małopolskiego. Jest to największa tego typu atrakcja na całym kontynencie europejskim. Łącznie zajmuje powierzchnię prawie 32 hektarów. Na jej obszarze wyznaczono kilka atrakcyjnych szlaków turystycznych. Najciekawszy i najdłuższy wydaje się szlak żółty z miejscowości Klucze do Błędowa, dzielnicy Dąbrowy Górniczej. Szlak ten mierzy ok 10 km i pozwala przemierzyć całą pustynię w poprzek.

W planie mieliśmy co prawda przejście tego długiego odcinka w całości, ale na miejscu tak nam się spodobało, że robiliśmy ciągłe przerwy na wygłupy w tej kupie piachu. Najszczęśliwsze były psiaki. Biegały luzem, goniły patyczki i kopały dołki. Można się poczuć jak na plaży – tylko morza brak 🙂

Punkt widokowy Czubatka w Kluczach. 

Auto zaparkowaliśmy w miejscowości Klucze. Dojazd z Tychów zajął nam ok. 40 minut. Drogowskazy bez problemu zaprowadziły nas do parkingu zlokalizowanego na szczycie wzgórza Czubatka. Parking jest dość spory i darmowy. Obok niego mieści się ciekawy punkt widokowy na Pustynię Błędowską. Trzeba przyznać – robi to wrażenie. Nie miałam pojęcia, że jest to tak duży obszar.

Dla turystów jest tu do dyspozycji kilka ławeczek i zadaszona wiata. Na chwilkę przysiadamy i pozwalamy psiakom wypasać się na świeżej trawce 🙂 My w tym czasie napawamy oczy ciekawym widokiem. Wiecie, jak dla nas świat widziany z góry zawsze lepiej się prezentuje. Pełen relaks 😀

Żółtym szlakiem przez pustynię. 

Nieopodal parkingu znajdujemy żółty szlak turystyczny, którym zamierzamy dziś wędrować. Początkowo prowadzi przez las, gdzie zaczynam żałować, że nie wzięłam ze sobą jakiś dłuższych ciuchów. Komary tną tu jak oszalałe. Na szczęście laskiem nie spaceruje się długo, a w naszym wypadku był to niemal sprint. Jak ja nienawidzę robactwa! Do dziś (minęły prawie 2 tygodnie!) zostały mi po tym spacerze spore ślady po ukąszeniach tych przebrzydłych owadów. Na szczęście kawałek dalej podłoże zmienia się w bardziej piaszczyste. Wychodzimy z lasu. Wreszcie naszym oczom ukazuje się wielka „piaskownica”.

Psy tu dosłownie oszalały. Ostatnio z taką radością biegały w sylwestra po nadbałtyckiej plaży 🙂 Swoją drogą, wtedy też było fajnie 🙂 Rozglądamy się w koło i jesteśmy mocno zdziwieni, że na horyzoncie NIE MA LUDZI. Korzystamy z okazji i puszczamy Futrzaki ze smyczy. Na pustyni raczej nic nie upolują 😀 Hulaj duszo, piekła nie ma 🙂 Co jak co, ale piasek to oni oboje kochają! My zresztą też 😀

 

Dobrą godzinę ganiamy tak po tym piachu. Na szczęście pogoda nam dziś bardzo dopisuje. Nie ma upału, a słoneczko jest głównie za chmurką. Dzięki temu piasek nie parzy w łapki, ale jest przyjemnie i ciepło. Dodatkowo wieje dość silny wiatr, który przyjemnie nas ochładza. Wszystko to sprawia, że mamy ochotę bawić się tak bez końca. Zdecydowanie odradzam wizytę w tym miejscu w bardzo upalny dzień. Można by było się usmażyć jak na patelni!

Nasz plan dojścia aż do Błędowa posypał się jednak całkowicie. Spędziliśmy tyle czasu na zabawach z Futrzakami, że już po przejściu 2,5 km byliśmy potwornie zmęczeni. Wcale nie tak łatwo chodzić po pustyni! W piachu zapadamy się z każdym krokiem i człowiek męczy się szybciej niż zwykle. Podejmujemy decyzję, by tym razem odpuścić. Psy też dyszą jak oszalałe, nasza zabawa również dla nich była wyczerpująca. Postanawiamy jednogłośnie, że  wrócimy tu jesienią, w jakiś pogodny dzień. Zaplanujemy wtedy kilkugodzinną wędrówkę po pustyni i troszkę lepiej się do tego przygotujemy. Tym razem nie mieliśmy ze sobą nic oprócz wody i jogurtu 🙂 Takie z nas turysty 😀

W kierunku Róży Wiatrów.

Wracając skręcamy nieco ze szlaku i kierujemy się w stronę tzw. Róży Wiatrów. To stosunkowo nowe kładki widokowe z kilkoma zadaszonymi wiatami dla turystów. Widzimy tą ciekawą konstrukcję z daleka, ale finalnie nie decydujemy się na wizytę w tym miejscu. W trakcie wędrówki kolejny raz zmieniamy plany. Z pewnością warto się tam wybrać, jeśli będziecie na Pustyni Błędowskiej. Tym bardziej, że w okolice Róży Wiatrów można dojechać samochodem po nieutwardzonej drodze. Widzieliśmy wyraźny drogowskaz jadąc główną drogą do Kluczy.

Tym razem postanawiamy powoli wracać do samochodu. Z tym że robimy to naprawdę pooowoooli 🙂 Nie spieszymy się nigdzie, więc decydujemy się jeszcze na krótki odpoczynek na jednej z kilku drewnianych platform widokowych. Pijemy wodę i uspokajamy psiaki. Czas na zabawę minął. Mogliby tak biegać bez końca, ale widzimy, że są już mocno zmęczeni. Wyciszamy się, spokojnie obserwując unikatowy krajobraz. Prawdziwy chillout 😀 Spędzam tak z Futrzakami co najmniej 15 lajtowych minut 🙂 W tym czasie Łukasz dalej biega po pustyni, bo okazało się że gdzieś zgubił koszulkę 😀 😀

Powrót na Czubatkę.

Czas wracać. W oddali widzimy charakterystyczną wieżę na szczycie wzgórza, gdzie zaparkowaliśmy auto. Postanawiamy dojść tam inną drogą, bo wygląda nam na krótszą. Całe szczęście, że podjęliśmy taką decyzję, bo zdecydowanie krótszy okazał się również fragment w lasku. Ostatnie kroki stawiamy dość mocno pod górkę. Odwracamy się za siebie, ostatni raz spoglądając na pustynię. Na pewno tu jeszcze wrócimy.

Dlaczego warto? 
  • Jeśli nie chcecie się za bardzo zmęczyć, ale za to zobaczyć coś ciekawego, to będziecie zadowoleni z wyboru tego miejsca. Wystarczy krótki spacer i chwila oddechu na jednym z punktów widokowych.
  • Jeśli lubicie wędrówki  i macie ochotę na przejście dłuższego dystansu po interesującym terenie, to żółty szlak z pewnością da Wam troszkę satysfakcji. Tym bardziej, jeśli w planie będziecie mieć powrót do samochodu tą samą drogą – gwarantuję, że można się zmęczyć 🙂
  • Jeśli Wasze psiaki są już wiekowe, jestem pewna, że zyskają tu drugą młodość. Zresztą nie tylko psiaki, bo i nam, człowiekom, włączył się tu tryb „głupawka” 🙂
  • Jeśli nie lubicie tłumów i tak jak my szukacie często miejsc, gdzie można odetchnąć od zgiełku, to zdecydowanie jest to miejsce dla Was. Wakacyjna niedziela, świetna pogoda, a my podczas prawie trzech godzin pobytu spotykamy może max 10 osób. No dobra, na szczycie Czubatki było więcej ludzi, ale ich nie biorę pod uwagę. Mało kto zapuszcza się szlakiem w dół na pustynię.  Ludzie podjeżdżają samochodem, popatrzą na widok z góry i wracają.
Dajcie znać, jak Wam podobała się Pustynia Błędowska. 

Jeśli już byliście w tych okolicach, to koniecznie dajcie znać, które pustynne zakamarki są również warte odwiedzenia. Może będziecie naszą inspiracją do kolejnych podróży w to miejsce? 😀

Ściskamy i tradycyjnie – do zobaczenia gdzieś na szlaku 😀

 

Góry Izerskie – 3 dni z plecakiem

Uff, ta wyprawa już za nami. Dziś spoglądam na nią mądrzejsza o to nowe, bądź co bądź, doświadczenie. Z perspektywy moich bąbli na stopach, co nieco bym zmieniła, ale niech będzie to lekcją na przyszłość. Tak czy siak, nawet za cenę piekącego bólu przy każdym kroku, naprawdę było warto.

Dlaczego wybraliśmy właśnie Góry Izerskie? 

Pomysłów na spędzenie przedłużonego weekendu mieliśmy od groma, ale ten jeden wydał się najrozsądniejszy.
Dlaczego?

  • Na weekend zapowiadali upały, a trasy w Izerach nie są ani trudne kondycyjnie, ani technicznie. Co ważne, w trakcie wędrówki można je kilka razy modyfikować, biorąc pod uwagę zasób swoich sił i możliwości.
  • Obczailiśmy fajny parking w czeskiej miejscowości Jizerka, Dało nam to możliwość odkrycia nowych szlaków w tych górach, co zdecydowanie mocno nas zmotywowało.
  • Bez problemu znaleźliśmy noclegi w schroniskach na trasie z naszymi Futrzakami. I to bez dodatkowych opłat!
  • Decydujący jednak okazał się fakt, że naprawdę dawno nas tu nie było. Ostatni raz mroźną zimą, jeszcze przed adopcją Belli. No przecież trzeba nadrobić zaległości 🙂

Co by tu spakować do plecaka? 

Dla mnie to swego rodzaju nowe przeżycie. Nie to, żebym nigdy dotychczas nie spała w schronisku 🙂 Kilka razy do roku robimy takie wypady, ale zwykle kończy się na jednej nocy i niewielkim bagażu. Tym razem jednak było inaczej. Plecak jakiś cięższy i w ogóle… 🙂

  • Po pierwsze ciuchów trzeba było trochę wziąć na zmianę. Bo upał, bo się spocę, bo w czymś trzeba spać, coś założyć wieczorem grubszego, no i obowiązkowo kurtka gdyby padało i sandały, żeby stopy odpoczęły.  Tym samym pakuję o kilka rzeczy za dużo, ale nie sposób wszystkiego przewidzieć, więc lepiej mieć, niż nie mieć. Biorę rzeczy, które mało ważą, więc w sumie wydaje się, że nie ma tragedii.
  • Żarcie. No to już jednak swoje waży. Przy wyjeździe na 1 noc jest tego znacznie mniej. Nawet nie sądziłam, że to może być aż taka różnica! Następnym razem ten element bagażu znacznie poprawię i wybiorę rzeczy o mniejszej wadze 🙂
  • Picie, termosy, czajnik turystyczny i inne takie pakuje Łukasz. Podobnie jak żarcie dla piesów. Ja biorę zapasowe smycze, paszporty, mapę, apteczkę i kosmetyki. Aha – jeszcze ładowarki, latarki, karty do gry wieczorami i inne takie cuda. No niby nic, ale jednak wszystko razem coś tam waży.
  • Śpiwory – kupiliśmy nowe, więc trzeba było je przetestować 🙂 No nic, że duże i ważą po prawie 2 kg, za to wygodne, cieplutkie i nie będzie trzeba za pościel w schronach dopłacać 🙂
  • Finalnie, nie wiem jak to się stało, ale mój plecak ważył jakieś 15 kg, a plecak Łukasza ponad 20 kg. No kurde! Przy 30 stopniach C to naprawdę spore obciążenie.

Tradycyjne przeboje na starcie. 

Wyjeżdżamy punkt 5 rano, planując dojazd na parking w  Jizerce w granicach godziny 10-tej. Tymczasem na szlaku meldujemy się dopiero o godzinie 12:20. Tym razem wszystko szło nie po naszej myśli.

  • Po pierwsze – korek przed bramkami na autostradzie we Wrocławiu przytrzymał nas na 30 min, ale jeszcze łudziliśmy się, że jakoś to nadrobimy 🙂
  • Po drugie – nawigacja spłatała nam psikusa i kierowała nas w zupełnie inne miejsce. Właśnie za to nie cierpię tego ustrojstwa. Tym sposobem straciliśmy kolejną godzinę na błądzeniu do celu 🙁
  • Po trzecie – na miejscu okazało się, że za parking można płacić tylko gotówką w parkomacie, a my oczywiście nie mieliśmy czeskich koron ze sobą. Przez najbliższe pół godziny sprzeczamy się czyja to wina, aż w końcu Łukasz pyta w pobliskiej gospodzie czy możemy zostawić auto na ich parkingu i zapłacić kartą. Facet się zgadza, więc problem się rozwiązał. Za dwie noce płacimy 200 kc. Wciąż tanio, choć nieco drożej jednak niż w parkomacie. Grunt, że bezpiecznie.  Dajemy sobie buziaka na zgodę i już na luzie ruszamy w drogę 🙂

Komu w drogę, temu czas! 

Pierwsza część naszej trasy to znakowany na czerwono odcinek od parkingu Pod Bukovcem do węzła Předěl o długości 11 km.  Początkowo mijamy zabudowania osady Jizerka, a szlak wiedzie asfaltem. Po drodze Futrzaki urządzają sobie kąpiel w rzeczce 🙂 Póki co jest naprawdę przyjemnie 🙂

Troszkę powyżej tej sielskiej mieściny asfalt wiedzie nas pod górę w las. Kurde, ciepło i ciężko. Idziemy żółwim tempem, musimy się jakoś rozruszać. Psy mają stan przedzawałowy, więc co chwilę robimy krótkie odsapki. Na szczęście kawałek dalej ścieżka odbija w lewo i dalsza część szlaku prowadzi leśnym duktem na przemian z kładkami nad torfowiskiem. Płasko i przyjemnie. Nawet z ciężkim plecakiem do przejścia na lajcie 🙂 Dla piesków dodatkowy bonus w postaci częstej możliwości chłodzenia podwozia . Wszyscy są szczęśliwi.

Po drodze mijamy kilka ciekawych miejsc, a najfajniejsze jest okienko skalne w pobliżu Pytláckych kameny. Ciężko było zmieścić się z plecakiem 😉

Robimy sobie też krótką przerwę w rezerwacie Černá jezírka. Niepowtarzalny klimat tego miejsca kusi, by na chwilkę się tu zatrzymać. Dla psiaków to prawdziwy raj na ziemi. Mają lepiej niż w SPA 😉

Upiorne podejście na Smrk

Dochodzimy na Předěl. To nic innego jak węzeł szlaków przy asfaltowej drodze rowerowej. Stąd odbija niebieski szlak na Smrk (1124 m n.p.m.) , który wiedzie troszkę na około przez skalny punkt widokowy Paličník. Oceniamy czas i nasze możliwości w ten upalny dzień, po czym z wielkim żalem wybieramy krótszy wariant trasy. Będzie tu przynajmniej po co wrócić, bo Paličník zdecydowanie jest wart odwiedzenia 🙂

Jeszcze wtedy nie wiem, że to prawdopodobnie ta decyzja zaważyła o dalszych losach tego wyjazdu. Wybrany przez nas krótszy wariant trasy, przez pierwsze 2 km prowadzi lekko w dół asfaltową drogą. Przez pół godziny takiego dreptania dosłownie zdarłam podeszwy w butach i nabawiłam się ogromnych pęcherzy na stopach. Od tego momentu każdy krok wiązał się z ogromnym bólem. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że wzięłam ze sobą najwygodniejsze, ale nieco już zużyte buty, zamiast tych najbardziej wytrzymałych. Mój błąd i nauczka na przyszłość. Nie wiem jak to się stało, że nie przewidziałam takiego finału.

Leonek i Bella w nosie mieli moje cierpienie. Z ich perspektywy, wybór tej trasy był jak najbardziej trafiony, bo po drodze znów były okazje do zamoczenia futerka 🙂

Asfalt w pewnym momencie przecina wspomniany już wyżej niebieski szlak na szczyt Smrk-a. Wspinaczka nim okazała się niezwykle mozolna. Co kilka kroków odsapka na kamieniu. W normalnych warunkach pewnie ta trasa nie zrobiłaby na mnie większego wrażenia, ale jest tak parno i duszno, że czuję się wycieńczona. Do tego ten piekielnie ciężki plecak i bolące stopy. Droga rzez mękę, dosłownie. Futrzaki idą grzecznie przy nodze, wydaje się, że na nich ta wspinaczka nie robi większego wrażenia. Na szczęście czym bliżej szczytu, tym szlak się bardziej spłaszcza i ponownie prowadzi po przyjemnych kładkach. No, teraz to już na luzie – dam radę.

Smrk - Schronisko na Stogu Izerskim. 

Żeby nie było tak kolorowo, pojawiają się nad nami czarne chmury, a w powietrzu czuć solidną burzę. Kto mnie zna, ten wie, że to dla mnie największa motywacja do podkręcenia tempa. Rekordu z uwagi na kondycję moich stóp nie pobiłam, ale na pewno był to jeden z najlepszych czasów przejścia w mojej historii.  Nie zatrzymujemy się nawet na Smrk-u, gdzie stoi bardzo fajna wieża widokowa. Robimy tylko szybkie zdjęcia i spadamy. Pomruki burzy słuchać z dwóch stron, nieźle się nad nami kotłuje. Dopiero widok schroniska sprawia, że się uspokajam. Jesteśmy dosłownie minutę przed burzą. Tym razem mieliśmy farta 🙂

Nocleg to koszt 50 zł/os, pieski przyjmowane są bez dopłat. Bez problemu można z nimi wejść również do sali restauracyjnej. Mają tu smaczne lane piwko w cenie 7 zł/0,5 l. i naprawdę niezły bigos. Warunki też całkiem względne, brakuje jedynie kontaktów w pokoju by podładować sprzęt. Najważniejsze, że jest czysto, wybrzydzać nie będziemy.

Po zmroku wychodzimy z Futrzakami na szybkie siku. Widok jest naprawdę piękny, więc cykamy kilka fotek. Na żywo było ładniej, naprawdę.

Dzień drugi - na Halę Izerską. 

Wstajemy rano po smacznie przespanej nocy w nowych śpiworkach. Pal sześć, że trzeba było je tu wnieść, naprawdę było warto 🙂 Dzięki temu zaoszczędziliśmy też 24 zł na dwóch kompletach pościeli. No kurde, grosz do grosza, a ponoć będzie kokosza 🙂

Pijemy szybką kawę i o dziewiątej zbieramy się do dalszej drogi. Kursuje już kolejka gondolowa, więc plącze się za dużo jak na nasz gust ludzi. Na pożegnanie robimy jeszcze tylko sesję zdjęciową z tarasu pod schroniskiem i lecimy dalej.

Niestety moje pęcherze nie zeszły w jakiś cudowny sposób podczas nocy. Dalej boli jak cholera, ale łudzę się, że może to jakoś rozchodzę. Całe szczęście, że chociaż nie jest tak ciepło jak wczoraj.

Ruszamy żółtym szlakiem na Halę Izerską. Drogowskaz wskazuje 2 godz 15 min drogi do położonej na Hali Chatki Górzystów. Moim żółwim tempem wyszło tym razem nieco więcej. Tym bardziej, że po drodze łapie nas przyjemny letni deszcz, który był świetnym pretekstem do odpoczynku w zadaszonej wiacie.

Dalsza droga przebiega już w słoneczku po w miarę płaskim terenie. Dotychczas było pusto, ale w okolicy Hali Izerskiej, gdzie łączą się szlaki turystyczne i stoi przyjemne schronisko, ludzi jest dość sporo. Postanawiamy zrobić sobie krótki popas na trawce, by dać moim stopom odpocząć. Nasze Futrzaki stanowią tu prawdziwą atrakcję dla innych turystów. Wszyscy reagują bardzo życzliwie.

Hala Izerska - Stacja Turystyczna Orle

Ostatnia godzinka do naszego dzisiejszego celu. Droga jest płaska, więc zmieniam turystyczne buty na sandały, w nadziei, że będzie mniej bolało 😀 Wyglądam jak typowa Grażyna, bo zestawiłam je, jakże stylowo, ze skarpetami 😀 No trudno, tu nie moda się liczy, a wygoda. Łukasz idzie kilka metrów przede mną, chyba nie chce się do mnie przyznawać. Na jego nieszczęście mamy takie same psy, które ewidentnie zdradzają, że jesteśmy razem 😀

Pół godziny później zaczyna padać. W sandałach niezbyt komfortowo szło by się w deszczu, ale właśnie zbliżamy się do turystycznej wiaty, więc postanawiamy na chwilkę przysiąść i przeczekać. Miejsce okazuje się genialne do spania na dziko. Do tego stopnia, że mamy ochotę olać nocleg w schronisku i tu zostać, ale wizja zimnego piwa skutecznie nas tym razem odwiodła od tego pomysłu

Pół godziny później przestaje padać, więc ruszamy dalej. Zostało nam tylko jakieś 20 min dreptania i będziemy na miejscu. Stację Turystyczną Orle odwiedzamy dopiero drugi raz w życiu. Noclegi mamy w starym budynku, więc jest troszkę taniej – 35 zł/os, pieski gratis. Warunki dość nieciekawe, głównie ze względu na wszechobecny brud, ale jedną noc jakoś wytrzymamy. W duchu cieszę się, że nie wypożyczamy tu pościeli (dodatkowe 8 zł/os) tylko mamy własny śpiwór.

Wszystko rekompensuje sielski odpoczynek w okolicy schroniska. Relaks na leżakach, cisza i spokój, pyszna grochówka (serio!) i zimne piwo. Obsługa zza wschodniej granicy też bardzo uprzejma, więc mimo drobnych niedogodności naprawdę z czystym sumieniem polecamy to miejsce. Istnieje tu też możliwość dojazdu samochodem z Jakuszyc i rozbicia namiotu na polanie. Całkiem fajna alternatywa.

Dzień trzeci - ostatni :( 

Nadszedł dzień powrotu. Poprzedniego wieczora przebiłam bąble na stopach, ale niestety wcale nie jest lepiej. Na szczęście do przejścia mamy tylko jakieś 5 km do Jizerki. Ruszamy zielonym szlakiem do granicy z Czechami, którą stanowi Karlovsky Most. Stamtąd skręcamy na żółty szlak, który zaprowadzi nas już prosto do samochodu.

Całość naszego pobytu w Izerach, od wyjścia z parkingu do powrotu do auta, to niespełna 48 godzin. W tym czasie przeszliśmy prawie 40 km. Żaden wyczyn, tym bardziej, że trasa głównie wiedzie po w miarę płaskim terenie. Gdyby nie upał i te piekielne bąble na podeszwach stóp, spokojnie można by ją wydłużyć, co też w przyszłości mamy w planie uczynić 🙂 Miejsca przez nas odwiedzone są w 100% psiolubne, a sama trasa dla Futrzaków nie stanowiła najmniejszego problemu.

No to co, kiedy ruszacie w drogę? 

Tylko pamiętajcie – rozsądnie wybierzcie buty 😀

Do zobaczenia na szlaku!

 

Tatrzańska Osterwa na czterech łapach 🐾 🐾

Od Tatrzańskiej Polanki do Popradzkiego Plesa
- subiektywny opis trasy :)

Wiecie co jest najgorsze w takiej wyprawie? Zdecydowanie budzik. Dzwoni o wpół do pierwszej w nocy i wyrywa nas ze smacznego,  ledwo co rozpoczętego snu. Horror dosłownie. Nawet Futrzaki nie chcą się dobrowolnie zwlec z łóżka o tej porze. Na szczęście prawie wszystko mamy już przygotowane. Zostaje nam tylko napełnić termosy, zrobić kawę na drogę i ruszamy.

O 1:00 siedzimy już w samochodzie, łudząc się, że kawa nas obudzi 😅 No mnie choć trochę musi, bo prowadzę, ale na Łukasza kofeina tradycyjnie nie działa. Zaraz po wypiciu kawy zasypia. Psy też mają w nosie całą tą wyprawę, od razu kładą się spać na tylnej kanapie. No trudno – nie będzie z kim pogadać po drodze, więc włączam głośniej radio. Jak zacznę śpiewać to się obudzę i jakoś dojedziemy 🙂

Cel : Tatrzańska Polanka 

Przed nami jakieś 190 km. drogi, wg. mapy jakieś 3 godz i 45 min. jazdy. Uwzględniając krótki postój na siku, powinniśmy dojechać na 5:00 rano. Damy radę, nie pierwszy i nie ostatni raz 🙂

Tatrzańska Polanka to niewielka, uzdrowiskowa miejscowość, położona u stóp najwyższego tatrzańskiego szczytu – Gerlachu – 2655 m n.p.m. Wiele osób obiera sobie ją za start, planując wyprawę na Polski Grzebień, Małą Wysoką czy właśnie na wspomniany Gerlach. Łatwo tu trafić, gdyż położona jest bezpośrednio przy tzw. Drodze Wolności, która łączy ze sobą podtatrzańskie miejscowości na Słowacji. Równolegle do drogi samochodowej biegną tory kolei elektrycznej, czyli sławnej „elektriczki”, która w Tatrzańskiej Polance ma jedną ze swoich stacji.

Na miejsce dojeżdżamy zgodnie z planem ok. 5 rano. O tej porze jeszcze znajdujemy wolne, bezpłatne miejsce postojowe. Parkujemy auto obok stacji „elektriczki”, po czym wychodzimy z samochodu i uderza nas przejmujący chłód. Jest 5 dzień lipca, a na dworze tylko 4 stopnie. W sumie nie ma się co dziwić, w końcu miejscowość, w której jesteśmy, leży na wysokości ponad 1000 m n.p.m. No nic, ubieramy kurtki i w drogę 😜 Żwawy marsz jakoś nas rozgrzeje.

Zielonym szlakiem do schroniska "Śląski Dom" 

Z Tatrzańskiej Polanki tylko jeden szlak wyprowadza nas w góry – nie da się tu zgubić. Trasa, którą idziemy, kilkakrotnie przecina asfaltową drogę dojazdową do schroniska. Nieco wyżej łączy się z Potokiem Wielickim, wzdłuż którego dojdziemy bezpośrednio do Wielickiego Stawu  i położonego nad nim dużego hotelu  o nazwie „Śląski Dom” (1667 m n.p.m.). Miejsce to jest przyjazne czworonogom, ale w naszym odczuciu drogie. Link do obiektu na booking.com macie tutaj.

Piesze przejście tego fragmentu szlaku trwa ok. 2 godziny. Nie napotkacie tu żadnych technicznych trudności. Do pokonania jest jednak ponad 650 metrów przewyższenia, więc u osób ze słabszą kondycją możliwa jest niewielka zadyszka 🙂 Pieski idą żwawo, jeszcze nie ma zapowiadanego upału, więc nie mają najmniejszego problemu z pokonaniem tej trasy na czterech łapkach 🐾🐾

Otoczenie Wielickiego Stawu naprawdę robi wrażenie. Bliskość wysokich, tatrzańskich szczytów i spokój o tej godzinie sprawiają, że decydujemy się na dłuższy odpoczynek, połączony ze śniadaniem nad brzegiem stawu. Ciszę kilka razy przecina jedynie helikopter, który prowadzi akurat akcję ratunkową w masywie Gerlachu.


Tatrzańską Magistralą do Batyżowieckiego Stawu

Kolejny odcinek trasy prowadzi głównym tatrzańskim szlakiem po słowackiej stronie Tatr – tzw. magistralą. Droga wiedzie głównie po dużych skalnych płytach i głazach, ale dla naszych czworonogów nie stanowi żadnego technicznego problemu. Za nami otwiera się widok na Sławkowski Szczyt, a po lewej stronie na Kotlinę Popradzką. Przejście tego odcinka szlaku trwa około 1 godz. Robi się ciepło, gdyż cały czas idziemy południowym, nasłonecznionym zboczem. W upalne dni może być to prawdziwa droga przez mękę dla czworonogów, ale dziś przyjemnie wieje wiatr, więc nie mamy trudności z pokonaniem tej trasy. W połowie drogi robimy tylko małą przerwę na uzupełnienie płynów.

Batyżowiecki Staw położony jest na wysokości 1884 m n.p.m. Powyżej lustra wody wznoszą się potężne tatrzańskie szczyty, w tym masyw „króla Tatr” – Gerlacha. Otoczenie skalistych szczytów robi na nas ogromne wrażenie, więc robimy w tym miejscu kolejną dłuższą przerwę. Uwierzcie mi, że wiele pięknych miejsc w Tatrach już widzieliśmy, ale cisza i spokój tego miejsca naprawdę hipnotyzują na całego. Żal było stamtąd odchodzić.

 

Najwyższy punkt programu: Przełęcz pod Osterwą.

Po długim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Trasa nadal wiedzie wzdłuż znakowanej na czerwono magistrali. Do przełęczy pod Osterwą mamy jakieś 1,5 godziny drogi. Pogoda jest piękna, a my właściwie nie mamy się gdzie spieszyć, więc idziemy powoli, delektując się widokami i ciesząc się słońcem. Wciąż wieje przyjemny wiatr. Na tej wysokości, szczęśliwie, nie ma zapowiadanego na ten dzień upału. Co jakiś czas robimy krótki postój na uzupełnienie płynów. Na szlak zawsze zabieramy ogromne ilości wody, zarówno dla siebie jak i dla psów. Plecaki początkowo naprawdę sporo ważą, ale w miarę pokonywania trasy pozbywamy się tego balastu i na plecach robi się znacznie lżej 🙂

Czym bliżej przełęczy, tym ciekawszy widok otwiera się na wprost nas, co bardzo motywuje do podkręcenia tempa. Po lewej stronie widzimy Szczyrbskie Jezioro i znany nam już szczyt Skrajnego Soliska (2093 m n.p.m.) Byliśmy tam rok temu, w trakcie mglistej i jeszcze zimowej pogody, jaka trafiła się nam w długi majowy weekend. Może kiedyś wrócimy tam w przyjemniejszych warunkach?

Jesteśmy na Przełęczy pod Osterwą (1966 m n.p.m), a wraz z nami dziesiątki innych turystów. Ludzie wchodzą tu całymi rodzinami trasą znad Popradzkiego Stawu, bo jest prosta i stosunkowo krótka. Nie jest łatwo o znalezienie ustronnego miejsca, ale udaje się. We znaki powoli daje się nam zmęczenie. Wstaliśmy przecież w środku nocy, by tu przyjechać. W planie co prawda było jeszcze zdobycie pobliskiej Tępej (2284 m n.p.m.), na którą nie prowadzi znakowany szlak turystyczny, ale mimo to chodzą tam całe rzesze turystów. Lenistwo wzięło tym razem górę i zamiast tego na przełęczy ucinamy sobie dłuuugą drzemkę 🙂

Budzi nas szczekanie psów. Podbiegł do nas jakiś „Kajtek”, z którym niekoniecznie nasze Futrzaki miały ochotę się zaprzyjaźniać. Awantura gotowa. W takich zatłoczonych miejscach zdecydowanie trzymamy psy na smyczy! Zresztą na terenie Parku Narodowego nigdzie nie puszczamy psów luzem. O tym mówią przepisy, a ich łamanie grozi mandatem! Pamiętajmy też o tym, że dotychczas Tatry słowackie pozostają otwarte dla czworonogów, ale czym więcej przypadków łamania regulaminu zostanie odnotowanych, tym szybciej może się to zmienić. Już w tym roku istniał projekt, w znacznym stopniu ograniczający wędrówki z czworonogiem u boku. Dotychczas nie został on wprowadzony w życie. Niewątpliwie do tego tematu będzie się jednak w przyszłości powracać, a postawa właścicieli psów i respektowanie przepisów będą miały tutaj kluczowe znaczenie.

Zakosami w dół, nad Popradzki Staw. 

Ostatnie spojrzenie z przełęczy na otaczającą nas panoramę. Widać stąd między innymi Rysy, Wysoką i Koprowy Wierch, a poniżej lustro wody Popradzkiego Stawu (1494 m n.p.m.) wraz z dużym schroniskiem przy brzegu. Miejsce to również akceptuje czworonogi, dla zainteresowanych wklejam link do obiektu. 

Zejście nad staw jest mega upierdliwe. Po pierwsze trochę strome, ale przede wszystkim nie możemy się pozbyć wrażenia, że ta droga nie ma końca. Jest niezwykle monotonna, przez co wydaje się nam, że idziemy bardzo długo. Dojście do schroniska zajmuje tymczasem niespełna 40 minut.

Upał! Wyżej cudownie wiał wiatr, tutaj rozpływamy się z gorąca. Ludzi jak mrówek, ciężko znaleźć wolne miejsce. Jesteśmy tak spragnieni, że ustawiamy się w kolejce po zimne piwo. Dla mnie radler, te 2% wypocę przecież zanim wrócimy do samochodu, dla Łukasza zimny Kelcik ❤ Pieski wypijają po miseczce wody i zasypiają pod stolikiem. Oprócz Belli i Leonka jest tu masa innych czworonogów, ale nikt nikomu nie wchodzi w drogę 🙂

Piekielnym asfaltem do "elektriczki" 

Tak, to zdecydowanie najbardziej znienawidzona przez nas część trasy. Droga wiedzie rozgrzanym asfaltem wśród dużej ilości turystów. Na szczęście to ostatnia prosta, a trasa trwa tylko godzinę. Tłum turystów na Słowacji to też nie to samo, co np. tłum w drodze nad Morskie Oko. Ludzi jest naprawdę dużo, ale mimo to jest znacznie luźniej. No i jakoś kulturalniej niż w Polsce. U nas ludzie słuchają głośno muzyki i drą się wniebogłosy. Nie żeby tu panowała cisza, ale jednak jest jakoś spokojniej.

Dochodzimy do stacji „elektriczki” Popradskie Pleso. Siadamy w cieniu i oczekujemy na pociąg. Wagoniki w sezonie jeżdżą mocno zapchane, ale dla nas to jedyna opcja powrotu do samochodu. Bez problemu wejdziecie do środka z pieskiem. Kagańce mieliśmy przygotowane i przypięte do obroży, ale nie zakładaliśmy psiakom z uwagi na upalny dzień. Bilety kupujemy poprzez wysłanie sms-a. Nr telefonu i treść wiadomości jaką należy wysłać, znajdziecie na każdej stacji jak i w wewnątrz pociągu. Kiedyś jednak, z duszą na ramieniu, przejechaliśmy na gapę, bo z uwagi na problem z roomingiem nie udało się nam wysłać sms-a i otrzymać biletu. Całe szczęście tym razem obyło się bez takich problemów. Nasze Futrzaki w pociągu były niemałą atrakcją dla turystów. Zmęczone, poszły grzecznie spać, wzbudzając szerokie uśmiechy na twarzach pozostałych towarzyszy podróży.

Z „elektriczki” wysiadamy na stacji Tatrzańska Polanka i zmierzamy prosto do auta. Żegnamy się z Tatrami. To był wspaniały, pełen wrażeń dzień dla naszej czwórki ❤❤❤❤🐾🐾🐾🐾

A za co tak właściwie kochamy słowackie Tatry? 
  1. Wiele już gór widzieliśmy, ale piękniejszych od Tatr jeszcze nie trafiliśmy. W Polsce leży tylko nieco ponad 22% tego pasma, pozostałe 78% leży po stronie słowackiej. Jest gdzie pochodzić.
  2. Od Tatr Bielskich, po Wysokie, a kończąc na Zachodnich – wszędzie jest pięknie. Różnorodność szlaków jest ogromna – każdy znajdzie tu coś dla siebie.
  3. Z uwagi na większą powierzchnię Tatr po słowackiej stronie, turyści jakoś rozpraszają się po różnych szlakach i dzięki temu jest trochę mniej tłoczno niż w Polsce. Pomiędzy bajki możecie jednak włożyć teksty, że na Słowacji szlaki są puste. Te najbardziej popularne są pełne turystów, choć mimo wszystko jakoś mniej zakorkowane.
  4. Niemal wszędzie można wejść z psem. Istniał co prawda projekt nowego regulaminu, który miałby ograniczyć wstęp ze zwierzętami, jednak Słowacy wycofali się póki co z tego pomysłu.
  5. Jest naprawdę blisko ❤ Z Tychów często wyruszamy na jednodniowe wyprawy – to naprawdę jest wykonalne.
  6. Brak opłat za wstęp do Parku Narodowego. W zamian za to warto się ubezpieczyć, gdyż za ewentualną akcję ratunkową zapewne zostanie wystawiony niemały rachunek. W niektórych miejscach znajdziecie też bezpłatne parkingi, ale większość to koszt 5 – 7 euro za dzień postoju.
To co, kiedy ruszacie na wycieczkę? 

Dajcie znać, jeśli nasza wyprawa okaże się dla Was inspiracją na kolejny górski wypad 🙂

My szykujemy już plecaki do kolejnych podróży!

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🐾🐾🐾🐾

Beskid Żywiecki – Jałowiec 1111 m. n.p.m

Wolna niedziela i ładna pogoda – zwykle nie potrzebujemy większej zachęty do wypadu za miasto. Tym razem jednak już w sobotę zaczęliśmy szukać  wymówek, by zostać w domu. Dlaczego? Popołudniowa półgodzinna drzemka zamieniła się w trzygodzinny twardy sen, przez co w nocy długo nie mogliśmy zasnąć. Niewyspani, bez entuzjazmu spakowaliśmy jednak rano plecaki i pojechaliśmy przed siebie. Przecież szkoda dnia na siedzenie w domu 😀

Obraliśmy kurs na Stryszawę, by zaliczyć odkładaną już od kilku lat trasę na Jałowiec. Wybór idealny, jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, tak by za bardzo się nie zmęczyć, a jednak trochę się poruszać i nacieszyć oczy ładnymi widokami.

Jałowiec mierzy 1111 m n.p.m i leży właściwie na pograniczu Beskidu Żywieckiego i Makowskiego. Pasmo Jałowieckie od południa graniczy z Pasmem Babiej Góry, dzięki czemu ze szczytu i pobliskich przełęczy mamy świetny widok na Królową Beskidów.

Trasa ze Stryszawy jest pozbawiona jakichkolwiek trudności technicznych. Pętelka mierzy nieco ponad 12 kilometrów, w trakcie których pokonamy niecałe 600 metrów różnicy wzniesień. Bez problemu do przejścia przez każdego, zarówno na dwóch jak i na czterech łapach. W odróżnieniu od pobliskiej Babiej Góry – na legalu można wędrować z psami 🙂

Parkujemy auto przy zielonym szlaku, którym zamierzamy schodzić, Miejsca jest raptem na kilka samochodów, więc jeśli nie uda się Wam zaparkować w tym miejscu, to jadąc dalej w kierunku Roztoki jest niewielki parking po lewej stronie szosy. My tą drogę pokonujemy już pieszo. Leon i Bella nadają tempo wędrówce Wiedzą, że czeka ich nowa przygoda i dłuuugi spacer wśród ciekawych zapachów.

 

Dochodzimy do miejsca, w którym rozpoczyna się żółty szlak na Polanę Krawcową. Droga  wznosi się początkowo łagodnie wzdłuż zabudowań. Następnie idziemy wzdłuż strumyka, na którym dostrzegamy niewielki, ale malowniczy wodospad. Zaraz za nim szlak odbija w lewo, pozwalając podejść po schodkach wprost pod kaskadę.

Czujemy przyjemny chłód wody. Wskakujemy na skałkę, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i idziemy dalej.

Szlak pnie się w górę wśród pachnącego lasu. W tygodniu trwa tu obecnie zrywka drewna, więc całą drogę idziemy w błocie. Na psach nie robi to żadnego wrażenia, ale my ślizgamy się z każdym krokiem. W duchu narzekam, że
mogłam siedzieć w domu 🙂

 

Polana okazuje się zalesiona, nie ma stąd spektakularnych widoków, ale jest ławeczka, na której postanawiamy chwilkę odpocząć. Psy biegają luzem i urządzają sobie kąpiele błotne 🙂 Gdy wyciągamy kanapki siadają obok i czekają na ostatni kęs – wiedzą, że zawsze jest przeznaczony dla nich.

Po jakiś 15 min. ruszamy do dalszej drogi. Szlak zmienia kolor na niebieski.

 

Tu dołączają do nas dwie osoby, więc już w towarzystwie idziemy aż do szczytu. Momentami droga pnie się ostro w górę, więc zatrzymujemy się co jakiś czas na wyregulowanie oddechu. Pieski idą spokojnie na luźnej smyczy, nie forsują się w takich miejscach. Chwilę przed szczytem szlak robi się łagodniejszy.

Jesteśmy na Jałowcu. Naszym oczom ukazuje się piękny widok na Pilsko i Babią Górę. Postanawiamy zrobić dłuższy odpoczynek na trawce. Miejsca jest naprawdę dużo. Poza nami są tu przecież tylko dwie osoby. Puszczamy psy ze smyczy. Bella po krótkim rekonesansie wybiera odpoczynek  w naszym towarzystwie, a Leon znajduje patyk, który rozkazuje sobie rzucać 🙂 Zabawa na całego. Jest sielsko i błogo, więc spędzamy tu dobrych pół godziny. W międzyczasie na szczyt dociera tylko jedna osoba na rowerze. Cisza i spokój, można odpocząć. Już nie żałuję, że się tu wybrałam.

Kolor szlaku na szczycie z powrotem zmienia się na żółty. Znak wskazuje,że mamy 20 min do prywatnego schroniska na przełęczy Opaczne.  Nie wchodzimy do środka, jednak oszałamiający widok na Królową Babią Górę karze się zatrzymać i napić się herbaty na ławeczce.

Nieco się chmurzy, więc sprawdzam radar burzowy w telefonie. Ponoć nadciąga deszcz, więc ubieramy kurtki i idziemy dalej w stronę przełęczy Kolędówka. Kilka minut później faktycznie nadciąga ulewa.

Deszcz jest intensywny, ale ciepły i przyjemny. Niestety droga z powrotem staje się bagienna, więc idziemy umazani błotem po same tyłki. Na przełęczy skręcamy na zielony szlak, który ma nas doprowadzić bezpośrednio do samochodu. Kawałek później przestaje padać i wychodzi słońce. Las zaczyna jeszcze intensywniej pachnieć. Ściągamy przemoczone kurtki ciesząc się promieniami wiosennego słońca. Dochodzimy do pierwszych zabudowań. Jest tak pięknie, że postanawiamy znów usiąść na chwilkę na ławeczce. Nie musimy się przecież nigdzie spieszyć. Bella z upodobaniem wcina sobie świeżą, mokrą trawę. Leon z kolei wygląda, jakby marzył o łóżeczku i kołderce 🙂

Naładowaliśmy nasze baterie słońcem, więc idziemy dalej. Do auta mamy jakieś 10 min drogi.

Szlak polecamy wszystkim, którzy szukają ciszy i spokoju. W weekend co prawda możecie natrafić na jakąś wycieczkę. My mijaliśmy jedną grupę ok 20 os. w drodze ze szczytu do schroniska. Później nie spotkaliśmy już nikogo aż do samego dołu. Myślę, że popularniejsze szlaki na Jałowiec wiodą z Zawoi.
Jeśli szukacie czegoś na rozgrzewkę, będziecie z tej trasy zadowoleni, lecz jeśli macie ochotę na konkretną wyrypę, nic tu po Was 🙂
My postanowiliśmy powrócić w to miejsce zimą. Wyjazd pozwolił nam się wyluzować i dać siłę na przetrwanie kolejnego tygodnia.

Do zobaczenia gdzieś na szlaku 🙂